Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


 – Byłam niedawno w Warszawie i miałam déjà vu, że znowu żyję tym szarym, smutnym życiem – mówi Anna Przybysz, mama Pauliny i Natalii Przybysz, wokalistek tworzących przed laty zespół Sistars, a dziś rozwijających solowe kariery. Od czterech lat mieszka z mężem Jackiem w Andruszkowicach koło Sandomierza. Tutaj ma swój raj.

Dom

 – Ceglany dom w Andruszkowicach zbudował sto lat temu pradziadek Ani, Paweł Bryła. Ale materiał jest jeszcze starszy, bo pochodzi z rozebranej stanicy carskiej – opowiada Jacek Przybysz.Dziadek Stanisław tutaj się urodził, ale jeszcze przed wojną zamieszkał w Warszawie, gdzie w 1939 roku przyszedł na świat jego syn Lucjan. Stanisław przywiózł rodzinę do Andruszkowic tuż przed wybuchem powstania warszawskiego. Niestety, przez ten teren przetaczał się front i radziecki szrapnel na podwórzu zabił jego żonę Natalię. Lucjan wychowywał się w domu dziadków, uczył się w Collegium Gostomianum w Sandomierzu i dopiero potem wyjechał do Warszawy, gdzie założył rodzinę.

Jego córka Anna spędzała wakacje w Andruszkowicach u rodzeństwa dziadka: cioci Sabiny i wujka Edwarda.  –  Wychowałam się w mieście, ale od dziecka marzyłam, żeby tutaj zamieszkać. Byłam blisko natury, lubiłam ciotki, ich dobroć i prostotę. Tutaj miałam koleżanki, kolegów  i poczucie szczęścia, które nie towarzyszyło mi w Warszawie. Wszystko działo się powoli – wspomina. – „Znowu dziecek się najdzie i będzie bałagan” – powtarzała ciotka z drugiego domu. Potrafiłam przyjechać pociągiem, przyjść pieszo z dworca, a jak dom był zamknięty, to wejść przez okno do koleżanki i spać w jej łóżku. Tutaj prowadziłam życie jak Pippi Langstrump. Byłam koniarą, więc wyprowadzałam siwka z obory i plotłam mu warkocze – dodaje. Nie było łazienki, ale jej nawet kibelek z serduszkiem się podobał. Przeszkadzały tylko kurze odchody, więc Anna szorowała wszystko, łącznie ze zwierzętami.

Jako nastolatka uczyła się w liceum plastycznym. – Tutaj miałam raj: przyjeżdżałam bez rodziców, codziennie malowałam, rysowałam, chodziłam po polach albo do miasta – mówi.

Wymyśliła, że po maturze pójdzie do Krakowa na ASP i wtedy będzie mieszkała w Andruszkowicach. Z kolegą z liceum wyremontowali pokój. To były lata 70. Materiałów budowlanych nie można było kupić, więc musiała wszystko zdobywać. Narwała czereśni, żeby dostać cement. Obecny sołtys, wówczas młody chłopak, pomógł jej przywieźć deski. Marzyła o tym, że będzie sobie malowała i hodowała konie. Miała plan, że kupi taniej araby ze Służewca.

Ciocia powiedziała jej, że aby prowadzić gospodarstwo musi być rolnikiem. Za plecami rodziców poszła więc do ministerstwa, gdzie dowiedziała się, że nie może mieć dwóch szkół, bo nie można mieć dwóch zawodów: albo technik plastyk, albo rolnik. Ona stwierdziła, że to jakaś bzdura, uparła się i poszła na kurs przysposobienia rolniczego. Przez cztery lata w sobotę i niedzielę pieszo pokonywała trzy kilometry z Brwinowa do Pszczelina. Przy astmie to była męka. Koledzy z liceum plastycznego się z niej śmiali, a ona uczyła się o knurach i zbożu, i otrzymała zaświadczenie, że jest wykwalifikowanym rolnikiem. Tylko prawa jazdy na traktor nie zdążyła zrobić, bo w tym samym czasie była matura. Nawet myślała o tym, żeby zrezygnować z egzaminu dojrzałości, ale mama wybiła jej to z głowy.

Potem okazało się, że kolega z liceum, z którym remontowała pokój, jako student Akademii, nie chce już mieszkać w Andruszkowicach. Poznała Jacka – żeglarza, który grał na gitarze, ale też nie chciał przeprowadzić się na wieś. W 1981 roku założyli drukarnię, rok później wzięli ślub. W 1983 roku urodziła się Natalia, a dwa lata później – Paulina. Wybudowali dom w Ząbkach.

Muzyka

Muzyka była zawsze obecna w ich życiu. – Grałem na gitarze, a Anka śpiewała, więc nasze dzieci też śpiewały od małego – wspomina Jacek Przybysz. Przełomowym wydarzeniem w życiu rodziny stał się występ Natalii na organizowanym przez harcerzy festiwalu Morda w 1994 roku. 11-latka zdobyła wtedy nagrodę publiczności i telewizor. Podczas występu laureatów zaśpiewały razem z Pauliną. – Publiczności się bardzo podobało, szalała, tupała. Nie było innego wyjścia, dzieci musiały grać i śpiewać, najpierw w warunkach domowych, potem poszły do szkół muzycznych. I w którymś momencie powstał zespół Sistars.Od 2005 roku razem z córkami uczestniczyli w warsztatach gospelowo-śpiewaczych Hannibala Meansa. W pewnym momencie artysta namaścił Annę Przybysz, mówiąc, że ona powinna prowadzić warsztaty, zamiast w nich uczestniczyć. Zajęli się więc muzyką profesjonalnie. W Warszawie stworzyli chór Be Free Gospel Family. W 2007 roku prowadzili finansowane z Mechanizmów Norweskich warsztaty w czterech ośrodkach Monaru. – To była bardzo trudna praca, bo jak namówić do śpiewania kogoś, kto nie chce żyć? Ale jeździliśmy tam cały rok szkolny, a Anka jest na tyle charyzmatyczna, że porozbudzała tych najgorszych zakapiorów i na końcowych występach byli solistami – wspomina Jacek.

Cztery lata temu Anna Przybysz stała się właścicielką domu, o którym marzyła od dziecka, i przenieśli się do Andruszkowic. Budynek wymagał generalnego remontu, podłoga się zapadała, większość ścian postawili na nowo. Na chleb – bezglutenowy z niepalonej kaszy gryczanej – zarabiają muzyką. Ich firma nosi nazwę Świętokrzyski Ogród Inspiracji u Przybyszów. Sprzęt nagłaśniający kupili dzięki dofinansowaniu z Funduszy Szwajcarskich. Z tego samego źródła pochodziły pieniądze na zrobienie schodów na poddasze. Urządzili miejsca noclegowe dla kilkunastu osób i łazienkę, więc mogą tam mieszkać uczestnicy warsztatów. W sandomierskim zamku prowadzą chór SAN-do-MIR, propagując wspólne śpiewanie dla pokoju. W Zajeziorzu z paniami z Koła Gospodyń Wiejskich stworzyli zespół Przelaski. Prowadzą zajęcia artystyczno-plastyczno-edukacyjne w szkołach. Ogród Inspiracji oferuje również warsztaty integracyjne ze śpiewem dla firm. Jako Triodeon koncertują, przypominając piosenki Ordonki czy Edith Piaf. Zakupili stare kinowe krzesła i mogą u siebie organizować koncerty. W stodole, którą jeszcze czeka remont, na początku listopada zorganizowali koncert włoskiego pianisty Giuseppe Amadei. To pierwszy recital fortepianowy w gminie!

Owoce

  – Zawsze wiedziałam, że trzeba jeść rzeczy, które tutaj rosną. To mi smakowało. Znosiłam zielsko, gotowałam, robiłam kawę zbożową. Sprzątałam, ustawiałam wazony z kwiatami i chciałam dziadkom zrobić do jedzenia coś nowego. „Oj, Hanka, Hanka znowu kawiarnię robisz” – śmiali się.

W dorosłym życiu, z powodu wciąż dokuczającej jej astmy, zainteresowała się zdrową dietą. Była nawet na spotkaniu z nestorką polskiego wegetarianizmu Marią Grodecką. 20-dniowa głodówka, którą przeszła w 1990 roku, zmiana stylu życia, Tai Chi, sprawiły, że nie trafia już do szpitala. Ich córki od dziecka są wegetariankami i angażują się w prozwierzęce kampanie. Wnuki nigdy nie jadły mięsa.Samborzec jest gminą rolniczą, wyspecjalizowaną w sadownictwie. Mieszkańcy żyją z jabłek i brzoskwiń, a idą do marketu i kupują przetworzone jedzenie. Artyści zauważyli też, że na wszystkich imprezach króluje niezdrowy cukier w postaci placków i piętrowych tortów. Ani dzieci, ani dorośli nie jedzą owoców. Z sąsiadami założyli więc nieformalną grupę „Owocna droga” i Ania Przybysz napisała projekt „Ciśniemy moc”. Dzięki środkom z programu „Działaj Lokalnie” zakupili wyciskarkę i blender, i zaczęli zarażać dzieci i dorosłych miłością do zdrowych soków. Organizowali pokazy w domu, jeździli po szkołach. Zaprosili dentystkę, tłumaczyli dziadkom, że miłość do wnuków można wyrażać inaczej niż przez słodycze. Zaczęli też zabierać sprzęt i jabłka na koncerty. 600 porcji soku wydali na dożynkach prezydenckich w Spale i nawet para prezydencka spróbowała ich przysmaku. Na Święcie Policji w Sandomierzu wycisnęli 500 kubków. Filmik opisujący projekt dostał pierwszą nagrodę, za którą kupili odpowiednią maszynę i teraz sami wytłaczają olej lniany.

Kolejny krok Przybyszów w propagowaniu zdrowego stylu życia i regionalnych produktów spożywczych, to pomysł, żeby typowy dla gminnych imprez catering zastąpić bardziej wartościowymi potrawami. Już raz udało się na spotkaniu w Chobrzanach, gdzie nawet gospodyni księdza przygotowała „rawfoodowe” ciasta i 80 osób jadło zdrowe pyszności. – Kobiety przyjechały do mnie po przepisy i uczyłam je gotować – dodaje Anna Przybysz. A panie z Koła Gospodyń Wiejskich zgodziły się na to, by na gminnych obchodach Święta Niepodległości w Zajeziorzu była grochówka wegetariańska z tofu wędzonym, kuleczki jaglane czy smalec kokosowy. – Postawiłam postulat, że wolnym można być od różnych uzależnień. Można uwolnić się od alkoholu, cukru, mięcha i dać temu wyraz na takim święcie. Powiedziałam im: będziecie prekursorkami – opowiada. Podczas wakacyjnych zajęć uczyli też dzieci, jak zrobić zdrowe posiłki, np. naleśniki na mące ryżowej z brzoskwiniami.

Królestwo

 – Byłam niedawno w Warszawie i miałam déjà vu, że znów żyję tym szarym, smutnym życiem. Czekasz na autobus, jedziesz nim bez końca, albo siedzisz w aucie w korku i nie masz z kim porozmawiać. W Warszawie byłam trybikiem w ogromnej maszynie, ludzikiem, który zawsze coś musi, przeznaczony do orania w trudzie i znoju. Tutaj mam kontakt z ludźmi w różnym wieku, znam swoich sąsiadów, lubię ich, rozmawiamy o ważnych sprawach. Uczestniczę w życiu osób, którzy mają swoje królestwa i ja jestem królową, bo mam kawałek ogródka i co wymyślę, to robię. Realizuję pomysły i spełniam marzenia – przekonuje Anna Przybysz.

Tekst: Agnieszka Gołębiowska, Zdjęcia: Mateusz Wolski

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close