Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Jest piękna, odważna i utalentowana, a przy tym ciągle uśmiechnięta, serdeczna. Gdy trafiła do Kielc, kojarzono ją z Marleną z serialu „Barwy szczęścia”, ale z tym poradziła sobie szybko. Doceniona w ubiegłym sezonie (m.in. nagrodą im. Zelwerowicza za rolę Harper), w tym – grając we wszystkich spektaklach – udowodniła, że te wyróżnienia nie były przypadkowe. Niestety, żegna się z Kielcami, od września dołącza do zespołu Starego Teatru w Krakowie. Obiecuje, że będzie wracać na deski naszej sceny i to także w nowych spektaklach. Poznajcie laureatkę Nagrody Publiczności oraz „Made in Świętokrzyskie” w plebiscycie o Dziką Różę, Magdę Grąziowską.

W ubiegłym roku wszyscy zachwycali się Pani tytułową kreacją w „Harper” i obsypywali nagrodami. W tym, co prawda, gra Pani we wszystkich premierach, ale nie są to już tak duże role. Jak ocenia Pani mijający sezon w Teatrze im. Stefana Żeromskiego?

Uważam, że był dla mnie lepszy. Czuję, że się rozwinęłam i więcej dowiedziałam o sobie samej. Cieszę się, że mogłam się spotkać z wybitnymi reżyserami. Po raz pierwszy miałam okazję pracować z Remigiuszem Brzykiem, Wiktorem Rubinem. Właśnie skończyliśmy spektakl z Mają Kleczewską. Marzyłam, aby pracować z Moniką Strzępką. Udało się i prawdopodobnie jeszcze się w pracy spotkamy. Dla mnie więc ten sezon był wyjątkowo udany.

Która z ról jest Pani najbliższa?

Bardzo lubię moje zadanie w spektaklu „1946”. Wspaniale się dotarliśmy z reżyserem Remigiuszem Brzykiem i dramaturgiem Tomkiem Śpiewakiem, który wyczuł w czym mogłabym zaistnieć, co mogłabym ważnego powiedzieć. Lubię także swoją rolę w „Rasputinie”. Jola Janiczak napisała ją, mam wrażenie, pode mnie, zresztą jak wszystkie kreacje w tym spektaklu. Traktuję Olgę osobiście, jej postawa jest mi bliska. Jest jeszcze Ta Obca z „Ciemności”. Zlepek różnych maluczkich, uciemiężonych, przedstawicieli prekariatu, nawet azjatyckie dziecko, które za miseczkę ryżu musi wytwarzać T-shirty dla znanej sieciówki. Zagrać kilka postaci w jednej roli nie było łatwe.

Scenariusze spektakli, o których Pani wspomniała, powstawały właściwie podczas prób.

Dramaty powstające na zamówienie mają przewagę nad tymi napisanymi wcześniej. Aktorzy mogą na bieżąco pracować z dramaturgiem, uczyć się, podpatrywać, wspólnie wpływać na kształt postaci. Mam wrażenie, że Tomek  Śpiewak i Jola Janiczak skorzystali z tego, co my, aktorzy, mieliśmy do zaoferowania.

Jeśli chodzi o „Ciemności”, to z Pawłem Demirskim nie znaliśmy się wcześniej i rola Tej Obcej była pisana na samym końcu. Moje dwa monologi powstały w ostatnim tygodniu prób. Myślę, że Paweł nie chciał mnie zostawić w takiej niedookreślonej scenicznie postaci, chciał też żeby każdy z aktorów miał materiał, w którym mógłby zaistnieć. I choć bardzo lubię swoją rolę, to „królową” tego spektaklu jest dla mnie Ania Kłos-Kleszczewska.

Trudno się z tym nie zgodzić, to naprawdę wspaniała rola. Ten nowy sposób konstruowania przedstawień sprawił, że we współczesnym teatrze mówi się raczej o reżyserach, a trochę mniej o aktorach.

Brzmi jakby pani umniejszała rolę aktorów, a dla mnie te tandemy dramaturg–reżyser mocno czerpią z aktorów. I na odwrót, właśnie ten rodzaj wymiany i wzajemnych oddziaływań tworzy przestrzeń do dialogu. Są tacy, którzy chodzą na reżyserów, chodzą na nazwiska. A ja lubię oglądać przedstawienia jako całość.

Czy trudno jest grać rolę, która nie do końca Pani pasuje? 

Nie jest to proste. Jak się nie lubi, to się nie lubi i już. Oczywiście staram się znajdywać w każdej roli coś, dzięki czemu mam później przyjemność wychodzenia na scenę. Właściwie zawsze tak robię. Nawet jak się z czymś nie zgadzam, a reżyser naciska, aby zagrać to tak, a nie inaczej, to staram się w tym zadaniu znaleźć przestrzeń, która będzie mi sprawiała radość, ale nie boksuję się z materią, masochistką nie jestem.

Jak Pani zaczyna pracę nad rolą? Czy postać trzeba najpierw zrozumieć, wytłumaczyć, czy może trzeba się nią stać na chwilę lub dłużej?

Do każdej pracy podchodzę „od zera”. Daję postaci czystą kartę, którą zapisuję w  procesie prób. Niewiadomą jest często także styl, w jakim pracuje reżyser czy dramaturg. Staram się nie powielać tego, co już wykorzystywałam, szukać nowych rzeczy i dostosować się do okoliczności pracy. Gdy widzę, jak pracuje reżyser, próbuję się dostroić. Za każdym razem wychodzi trochę inaczej. W przypadku Mai Kleczewskiej to była w dużej mierze praca samodzielna. Ona oczekiwała od nas propozycji, z których potem wybierała, tworzyła sceny, budowała przedstawienie. Po początkowych „nakłuciach” postaci już robiliśmy przelot całości i musieliśmy się w tym jakoś odnaleźć. Dużo improwizowaliśmy. To było kształcące doświadczenie. Myślę, że dzięki niemu mogłam dojrzeć nie tylko jako aktorka, ale i artystka, choć to chyba trochę zbyt górnolotnie zabrzmiało… (śmiech)

Mnie najbardziej urzekł Pani monolog w „1946”. Matka szukająca dziecka, która z rozpaczy, bólu popada w obłęd nienawiści i pluje jadem właściwie na cały świat. Proszę zdradzić tajemnicę, jak Pani to robi, że może Pani powtórzyć te emocje co wieczór, zagrać to wiele razy?

Nie robię tego tak samo. To jest trudny monolog i nie zawsze wychodzi. Zwykle tworząc rolę stawiam sobie poprzeczkę, poniżej której nie schodzę, bez względu na to, w jakiej jestem danego dnia kondycji. Akurat w przypadku tej roli, nazwaliśmy ją Antonina-Żeberko, często czuję niedosyt. Mam wewnętrze poczucie, że nie zawsze udaje mi się doskoczyć do tej poprzeczki. Jestem wymagająca, więc czasami ten wewnętrzny głos może nie mieć pokrycia w rzeczywistości. Konstruując ten monolog, wyszłam od abstrakcyjnego wyobrażenia czegoś zewnętrznego, obcego, nie mojego. Ważne było, zresztą jak w całej pracy nad spektaklem, byśmy my aktorzy nie utożsamiali się w sensie psychologicznym z granymi postaciami. Jesteśmy tam raczej „cytatami”, nośnikami słów. Ten monolog jest długi, ma cztery strony, z każdą kolejną linijką słów przybywa, emocjonalność jak kula śniegowa robi się coraz większa, aż osiąga poziom swoistego szaleństwa. Staram się robić to technicznie, precyzyjnie, matematycznie, ale oczywiście moje emocje jakoś się w tej strukturze rodzą i biorą górę.

fot. Krzysztof Bieliński („Harper”)

W wywiadzie dla Jacka Wakara po otrzymaniu nagrody im. Zelwerowicza powiedziała Pani, że nigdy na scenie nie płacze z powodu prywatnych tematów.

To prawda. Jeszcze w szkole teatralnej, gdy szukałam swojej metody, kilkakrotnie się na to nacięłam. Byliśmy proszeni przez profesorów o przypomnienie sobie czegoś traumatycznego czy smutnego ze swojego życia, co w efekcie wywoływałoby łzy u postaci, którą gramy. Nie pasowało mi to, bo czułam, że się rozwarstwiam na siebie i na rolę, i, że to jest jakiś rodzaj oszustwa, który zamiast pomagać, wytraca energię wewnętrzną. Z jednej strony jestem postacią, ale płaczę prywatnie, dziwny rodzaj schizofrenii. W momencie, gdy naprawdę wczujemy się w osobę, którą mamy zagrać, możemy przeżywać jej emocje. Wtedy to jest klarowne, jasne, spójne i moim zdaniem… prostsze.

Powiedziała Pani także, że bliska jest Pani wizja, którą przedstawił Krystian Lupa. Aktor chodzi z rolą, żyje z nią nawet miesiącami, a potem się zespala. Powstaje twór, który w połowie jest postacią, a w połowie aktorem. Czy ten twór jest tylko na scenie? Czy także wychodzi z teatru?

Staram się tego nie robić. Zdarza się, że przenoszę emocje wynikające z danej pracy do domu, ale wtedy siebie bardzo nie lubię, bo prawdopodobnie jestem wówczas wredną małpą (śmiech). Często frustruję się, że czegoś mi się nie udaje stworzyć, zrobić. Przenoszenie roli z teatru na grunt prywatny byłoby sporym psychicznym obciążeniem. U mnie jest odwrotnie. Mogę się wyżyć na scenie, a to pozwala mi normalnie funkcjonować w domu. Traktuję teatr jako rodzaj terapii, mogę poczuć się kimś innym, doświadczać rzeczy, których nie mogę doświadczyć w życiu, i na dodatek robię to w warunkach bezpiecznych.

A jak Pani zwalcza tę wredną małpę w sobie?

Chodzę na siłownię, ćwiczę. Zauważyłam, że to mi pomaga.

Ten sezon trzeba zaliczyć do bardzo udanych. Po raz pierwszy mieliśmy okazję obejrzeć spektakle znanych twórców teatralnych. Wymieniła Pani ich wszystkich, mówiąc, że to ciekawe doświadczenia. Ale pewnie to nie pełna lista. U jakiego reżysera chciałby pani zagrać?

W sferze moich marzeń i chciejstw jest oczywiście Krystian Lupa i Krzysztof Warlikowski. Chciałabym pracować z Pawłem Miśkiewiczem. Wspominam ich, bo znam ich twórczość, oglądam ich spektakle i miałam okazję z nimi pracować w szkole teatralnej. A spośród młodych, o których słyszymy od niedawna, to Anna Smolar i Jędrzej Piaskowski.

Czy teatr powinien służyć przede wszystkim rozrywce? Czy raczej angażować się w to, co dzieje się dookoła nas, wsadzać kij w mrowisko, reagować?

Moim zdaniem tego nie da się uniknąć. Teatr jest polityczny. I mam wrażenie, że teraz wszystko, co robimy na scenie jest polityczne. Nie da się zamknąć oczu i udawać, że to nas nie dotyczy. Oczywiście nie jest to obowiązkiem, scena może służyć rozrywce. Osobiście jednak jestem zwolenniczką tego, by teatr opowiadał się po którejś stronie, kompromitował to, co skompromitowane zostać musi, żeby był krytyczny i komentował to, co się dzieje np. w kraju.

Teatr polityczny dzieli. Jan Klata powiedział ostatnio w wywiadzie, że teatr powinien tworzyć wspólnotę.

Trudno się z tym nie zgodzić. Nie zawsze ta polityka jest wynikiem przekonań. Często niesie za sobą oportunizm, pragmatyzm w dążeniu do realizacji własnych celów. Na konfliktach można dużo stracić, ale można też zyskać, ugrać coś dla siebie. Wszystko zależy od intencji. Cierpi na tym wspólnota, jaką powinien być teatr. Dzielą się artyści, dzieli widownia. A tak być nie powinno.

Podziwiam Pani głos. Może powinna Pani zostać śpiewającą aktorką, albo wokalistką z przeszłością aktorską?

Śpiewające aktorki źle mi się kojarzą. Ale nie ukrywam, że muzyka jest dla mnie ważna i jeśli tylko wystarcza czasu, staram się coś w tym kierunku robić. Śpiewam też w zespole muzycznym, ale spotykamy się zbyt rzadko. Gdy usłyszał mnie Tomek Sierajewski, autor muzyki do „Ciemności” zaproponował, byśmy razem coś stworzyli. Powstały już dwie piosenki. On napisał muzykę, a tekst Paweł Demirski. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. A poza wszystkim, marzy mi się muzyczno-teatralny spektakl techno.

A jeśli chodzi o rolę, o jakiej Pani marzy?

Lubię literaturę rosyjską. Z przyjemnością zagrałabym Annę z „Płatonowa” Czechowa, Gruszę z „Braci Karamazow” Dostojewskiego.

Duża różnorodność od spektaklu techno do emocjonalnego Czechowa czy Dostojewskiego.

To fakt, trudno mnie określić, łączę w sobie różne skrajności, jestem zmienna. Czasami nawet mam wrażenie, że jest mnie kilka.

Co jest najtrudniejsze w byciu aktorem?

Wieczne niezaspokojenie, niezadowolenie z siebie. Ciągły głód, żeby być lepszą. Niebezpieczeństwo zbytniej ambicji, które zamiast budować, niszczy i przeszkadza. Na szczęście nie mam parcia, by ciągle być pierwszą.

Zaraz, zaraz, Jackowi Wakarowi mówiła Pani rok temu, że się będzie rozpychać.

No i się rozpycham, ale staram się to robić uważnie, gromadzić to, co dla mnie wartościowe, co mnie rozwija i pozwala mi dojrzalej spojrzeć na świat.

Z serialu zrezygnowała Pani świadomie, grała Pani także w kilku filmach. Nie ciągnie Pani na ekran?

Przy takim systemie pracy nie ma czasu na castingi, role, wyjazdy. Z kilku propozycji musiałam zrezygnować. I przyznam, że trochę mi żal. Teatr jest teraz dla mnie najważniejszy. Odkrywa przede mną nowe światy i pozwala się rozwijać. Ale tak, chciałoby się robić coś więcej…

To może wystarczy wyjechać do większego miasta? Wielu aktorów, którzy tutaj pracowali, tak zrobiło. Z większym lub mniejszym powodzeniem…

Rok temu pojawiła się możliwość powrotu do Starego Teatru w Krakowie. Wtedy nie skorzystałam z okazji, bo z wielu względów to nie był dobry moment na tego typu ruchy, ale sytuacja uległa zmianie. Nadchodzący sezon będzie tam bardzo interesujący więc podjęłam decyzję o powrocie. Zaczynam prawdopodobnie od współpracy z Moniką Strzępką. Z Kielc do końca nie rezygnuję – będę nadal grać swoje role, jest też szansa, abym pojawiła się w nowych spektaklach. Wierzę, że uda mi się to pogodzić.

Gratuluję! Choć jest mi trochę smutno…

Ja też z ciężkim sercem opuszczę kielecką scenę, nie było łatwo się zdecydować. Tu jestem częścią wspaniałego zespołu, co dostrzegają i cenią twórcy, którzy z nami pracują oraz krytycy. Nie ma tu pędu, by zgarnąć jak najwięcej dla siebie, nie ma gwiazdorstwa. Pracujemy na spektakl jak drużyna piłkarska, która strzela do „jednej bramki”.

Czy nadal Pani uważa, że życie składa się z samych porażek i niewłaściwych wyborów?

Teraz już nie. To był dla mnie dobry rok, ciekawy zawodowo, artystycznie. Dojrzałam na scenie i chyba także dojrzałam w życiu, a przynajmniej mocno nad tym pracuję.

Czego mogę Pani życzyć?

Wspaniałych ról pod okiem wybitnych reżyserów. A tak po sezonie to: udanych wakacji.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Agnieszka Kozłowska-Piasta, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Magdalena Grąziowska – aktorka, absolwentka krakowskiej PWST w Krakowie. Od dwóch lat jest częścią zespołu Teatru im. Stefana Żeromskiego, gdzie stworzyła ponad dziesięć kreacji aktorskich. Zagrała m.in. Ewę Pobratyńską w „Dziejach grzechu” w reżyserii  Michała Kotańskiego, Saperkę  w „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” w reżyserii  Elżbiety Depty, Tą Obcą w „Ciemnościach” Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, Antoninę –Żeberko w „1946” Remigiusza Brzyka i Pawła Śpiewaka, Febe w „Jak wam się podoba” według Szekspira w reżyserii Mai Kleczewskiej czy tytułową rolę w „Harper” Grzegorza Wiśniewskiego. Za tę ostatnią otrzymała w ubiegłym sezonie nagrodę im. Zelwerowicza, przyznawaną przez miesięcznik „Teatr”. Wcześniej związana z  krakowską Bagatelą  i Narodowym Starym Teatrem im. Modrzejewskiej.

Grąziowska grała również w serialach, m.in. w „Barwach szczęścia”, „Londyńczykach 2” czy „Prawie Agaty” oraz filmach: główną rolę Melanii w „Ambassadzie” Juliusza Machulskiego czy prostytutkę-intelektualistkę w „Mistyfikacji” Jacka Koprowicza.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close