Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Ciągle w biegu. W długim, charakterystycznym płaszczu, z ogromną, wypchaną po brzegi, torbą na ramieniu, lekko zadyszany. Co chwilę przystaje, bo spotyka znajomego, z którym koniecznie trzeba zamienić parę słów. A potem znów goni dalej. Teraz w końcu przysiadł na swojej ławeczce i odsapnął. Tuż obok miejsca, które było jego drugim domem.

Andrzej Kozieja. Koziejko. Erudyta. Miłośnik teatru. Pasjonat filmu. Fantastyczny kompan. Ukochany wykładowca uniwersyteckiej młodzieży. Dusza towarzystwa. Niepoprawny optymista. Entuzjasta kulturalnego zamieszania. Przede wszystkim jednak – dobry i szlachetny człowiek, który lubił ludzi, dawał im z siebie wszystko, niczego w zamian nie oczekując. Od 7 maja na skwerku przed kieleckim kinem „Moskwa” Andrzej, którego pożegnaliśmy trzy lata temu, ma swoją ławeczkę. Ubrany w szlachecki kontusz wsłuchuje się w to, co mają mu do powiedzenia jego przyjaciele, znajomi, studenci… Co mówią? Pewnie to, że zostawił po sobie pustkę, której nijak nie da się zapełnić.

Łączył ludzi i instytucje

Gdy odszedł niespodziewanie 7 maja 2016 roku, wiadomość o jego śmierci lotem błyskawicy przetoczyła się przez całe Kielce. Ludzie wysyłali gorączkowe esemesy, wrzało w mediach społecznościowych, bo nikt w to nie mógł uwierzyć. Jak to – Andrzeja Kozieja nie żyje? Tyle rozpoczętych spraw, tyle pomysłów, zajęcia ze studentami, puste kratki w indeksach czekające na oceny z jego podpisem. I kto to teraz wszystko załatwi? Przecież on potrafił być w kilku miejscach naraz, a teraz nie będzie go w żadnym?

– Tradycyjnie w maju realizowaliśmy kolejną edycję Przeglądu Filmów Edukacyjnych „Człowiek w poszukiwaniu wartości”, której Andrzej był współorganizatorem. Odszedł w trakcie wydarzenia, finał odbył się już bez niego – mówi Teresa Orlikowska, kierownik ośrodka kultury Ziemowit w Kielcach. – Z perspektywy czasu widzę, jak fenomenalnie potrafił łączyć ludzi oraz instytucje. Tego dziś brakuje. Stworzył wokół siebie środowisko, które po jego śmierci, niestety, rozsypało się. Gdy zabrakło Andrzeja, zabrakło też tej niezwykłej, twórczej atmosfery, entuzjazmu, radości działania – dodaje.

Andrzej Kozieja był pomysłodawcą i dobrym duchem wielu przedsięwzięć. Zajęcia ze studentami łączył z aktywnością w Uniwersytecie Trzeciego Wieku, każdego roku wyjeżdżał na kolonie z dzieciakami, biegał do kina Moskwa na kolejne wymyślone przez siebie wydarzenia, organizował studenckie premiery teatralne, pracował przy Nurcie – przeglądzie filmów dokumentalnych w Kieleckim Centrum Kultury, prowadził Letnią Szkołę Kultury, Historii i Języka Polskiego dla naszych rodaków mieszkających w Winnicy. Ciągle w biegu, bez prawa jazdy, przemieszczał się po Kielcach w jakiś cudowny sposób – nigdy nigdzie nie spóźniając się i nikogo nie zawodząc. A w niedzielne wieczory lubił zajrzeć do kieleckiej Bazyliki Katedralnej, by na koniec dnia wziąć udział we mszy świętej i pomodlić się przed obrazem Matki Boskiej Łaskawej Kieleckiej.

Uwielbiali go studenci Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, na którym od 1983 roku prowadził zajęcia w Instytucie Filologii Polskiej.

– Potrafił z niebywałym entuzjazmem opowiadać o filmie i teatrze, dzielił się swoją pasją – mówi Weronika Kędra, absolwentka UJK, która z wielkim sentymentem wspomina spotkania prowadzonego przez Andrzeja Kozieję Koła Przyjaciół Filmu i Teatru. – To było jeszcze w gmachu przy ul. Leśnej, spotykaliśmy się w niewielkiej salce, w której stoły ustawione były w kształcie podkowy. Dzięki temu wszyscy widzieli się nawzajem. Zawsze czekała na nas kawa, herbata i ciasteczka, pan Andrzej stwarzał domową atmosferę, oglądaliśmy filmy, o których potem długo dyskutowaliśmy. Z tych spotkań nie chciało się wychodzić…

Andrzej Kozieja znał wszystkich swoich studentów z imienia i nazwiska, wiedział skąd pochodzą, gdzie mieszkają, dopytywał, jakie mają plany na przyszłość. Swoim wychowankom wysyłał esemesy z życzeniami w formie rymowanek, a gdy studenci porównywali ich treść, okazywało się, że każdy dostawał inny wierszyk. – Byłam już po studiach, gdy pewnego dnia pan Andrzej zadzwonił tylko po to, by zapytać, co u mnie słychać, jak sobie radzę – wspomina Weronika. – Pamiętam, jak kiedyś spotkałam go na Sienkiewce, pytał o każdą osobę z naszej grupy, a gdy komuś nie wiodło się, starał się pomóc, pocieszyć. Dla niego każdy z nas był ważny, czuliśmy się przy nim wyjątkowi.

Studencka brać doskonale pamięta swojego wykładowcę przebierającego się za Świętego Mikołaja i rozdającego prezenty. – Dbał o dobrą atmosferę, miał niezwykły dystans do siebie – dodaje Weronika Kędra.

Zagłoba wita polonusów

Pochodził ze Skarżyska-Kamiennej, jego dziadek – Roman Kozieja był kinooperatorem, więc to pewnie po nim Andrzej odziedziczył zamiłowanie do X Muzy. Już jako dziecko bawił się w reżyserowanie filmów, przesiadywał godzinami w kinie. W jego wspomnieniach pojawia się skarżyski Świt, w którym kilkanaście razy obejrzał „Zwariowany weekend”, komedię z Louisem de Funèsem w roli głównej. Po studiach polonistycznych w ówczesnej Wyższej Szkole Pedagogicznej rozpoczął pracę na uczelni, prowadząc zajęcia na Wydziale Humanistycznym. Ukończył również studia podyplomowe z wiedzy o filmie, teatrze i telewizji w łódzkiej filmówce.

– Jako studenci mieszkaliśmy razem w jednym pokoju w akademiku przy alei 1000-lecia Państwa Polskiego. Kiedyś Andrzej wyszedł wyrzucić śmieci i wrócił… po trzech dniach – wspomina z uśmiechem prof. Marek Ruszkowski, językoznawca z UJK. – Martwiliśmy się bardzo, tymczasem okazało się, że przed akademikiem spotkał kolegę i pojechał z nim do rodzinnego Skarżyska.

Przytoczona przez prof. Ruszkowskiego anegdota odsłania istotę natury Andrzeja Koziei, dla którego spotkanie z drugim człowiekiem było czymś najważniejszym. By komuś towarzyszyć i najzwyczajniej w świecie pogadać, rezygnował z obranej wcześniej marszruty i odprowadzał go do domu lub na przystanek. Dzwonił do ludzi tylko po to, by zapytać, co słychać, czy wszystko w porządku lub po prostu, by usłyszeć czyjś głos. W czasach powierzchownych, facebookowych kontaktów, był tym, który stawiał na kontakt z żywym człowiekiem. Nie używał mediów elektronicznych, nie korzystał z e-maila, wiele rzeczy pisał ręcznie. Powszechnie znane było jego zamiłowanie do wysyłania kartek z życzeniami.

– Andrzej mieszkał na Ślichowcach, ja na Bocianku, ale to nie przeszkadzało mu w wysyłaniu mi kartek z pozdrowieniami. To był cały Koziejko – mówi prof. Ruszkowski. – Był człowiekiem w starym stylu, w dobrym tego słowa znaczeniu. Jego fenomen tkwił w ogromnej życzliwości i otwartości na ludzi, potrafił słuchać, autentycznie interesował się drugim człowiekiem. Poprzez swoją życzliwość łączył, a nie dzielił. Uwielbiał poznawać nowych ludzi, krąg jego przyjaciół i znajomych był rzeczywiście ogromny, ale on nigdy nie czerpał z tego osobistych korzyści. Gdy podejmował się jakiegoś zadania, nigdy nie pytał – za ile i co z tego będzie miał.

Andrzej Kozieja był dobrym duchem kolejnych edycji Nurtu, w którego studenckim jury zasiadali jego wychowankowie. – Od rana do wieczora oglądaliśmy konkursowe prezentacje, wybiegaliśmy tylko, by zjeść hamburgera. Jednego zawsze zabieraliśmy dla pana Andrzeja – wspomina Weronika Kędra.

Studenci przyznawali także swoje nagrody podczas finału teatralnego przeglądu „O Dziką Różę”. Andrzej pojawiał się wówczas na scenie Teatru im. Stefana Żeromskiego z ogromnym pluszakiem, który wędrował do wyróżnionego aktora. Ale i on sam zyskiwał ważne nagrody – żacy uhonorowali go tytułem Belfra Roku, był również laureatem Nagrody Miasta Kielce. Ale największą gratyfikacją były dla niego spotkania z ludźmi. I nieważne, czy były to dzieciaki, z którymi jeździł na kolonie, czy jego ukochane „dziewczynki”, czyli studentki Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Ze wszystkimi potrafił znaleźć fenomenalny kontakt. Pokochali go również polonusi uczestniczący w zajęciach Letniej Szkoły Kultury, Historii i Języka Polskiego. Gdy po raz pierwszy zobaczyli Andrzeja Kozieję zaczęli szeptać między sobą: Zagłoba! Rzeczywiście miał fryzurę polskiego szlachciury, a posturą i jowialnością przypominał zacnego Onufrego z „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. Gdy rok później delegacja z Winnicy przyjechała do Kielc ubrał się w kontusz, wzbudzając tym wielką radość i entuzjazm. W tym stroju odebrał Nagrodę Miasta Kielce i ten kostium przylgnął do niego na stałe.

Ważne, by być kimś dobrym

Gdy odszedł tak niespodziewanie, zrodził się pomysł, by go upamiętnić. Wszystko zaczęło nabierać realnych kształtów pierwszego dnia wiosny 2017 roku, kiedy w gabinecie dyrektora Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 1, Ryszarda Mańko – pomysłodawcy całego projektu – spotkało się grono przyjaciół Andrzeja: Tomasz Bogucki, Szymon Baumel, Jan Chudzik, Karol Gadowski, Sławomir Micek, Teresa Orlikowska, Piotr Sroka i Wanda Zychowicz. Ławeczka początkowo miała stanąć na placu szkoły, z którą Andrzej Kozieja współpracował przy organizacji Przeglądu Filmów Edukacyjnych „Człowiek w poszukiwaniu wartości”. Ostatecznie jednak trafniejsza okazała się lokalizacja tuż obok kina Moskwa, które było drugim domem filmoznawcy. Jego właścicielka Wanda Zychowicz podkreślała podczas wspomnieniowego spotkania, że dzięki Andrzejowi Koziei Moskwa stała się kinem z pasją. – Był człowiekiem pełnym energii, o ogromnej wiedzy filmowej, którą potrafił przekazywać w zabawny, frapujący sposób. Organizował konkursy dla dzieci, potem obsypywał je w nagrodę cukierkami, był obecny na wszystkich naszych ważnych wydarzeniach – wspomina Wanda Zychowicz. I dodaje: Teraz dzięki ławeczce znów będą mogła codziennie witać się z Andrzejem, zrobić kawę i porozmawiać z nim.

Ławeczka, autorstwa rzeźbiarza Sławomira Micka, stanęła na placyku przed kinem Moskwa w trzecią rocznicę śmierci Andrzeja Koziei. Wykonana w brązie postać ubrana jest w szlachecki kontusz, mężczyzna trzyma w jednej dłoni mikrofon, druga spoczywa na oparciu ławki, którą zamiast szczebelków tworzy taśma filmowa.

Niektórzy sugerowali, że lepiej byłoby, aby uwiecznić Andrzeja w garniturze, ale ja uważam, że kontusz lepiej oddaje jego charakter – mówi Sławomir Micek. – Andrzej był człowiekiem dowcipnym, pełnym dystansu do siebie, lubił żartować. I taka jest ta ławeczka – daleka od monumentalizmu, naturalna, swobodna.

Teresa Orlikowska nie ma wątpliwości, że ławeczka Andrzeja będzie miejscem spotkań. – Każdy będzie mógł tu przyjść, przysiąść, pogadać – mówi. – Znakomity reżyser, Andrzej Barański, gdy wspomniałam mu o zamiarze ustawienia ławeczki, powiedział: Tak bym sobie na niej siadł i podumał.

Na oparciu ławeczki umocowana została niewielka tablica, na której znalazły się słowa będące mottem życiowym Andrzeja Koziei: Dobrze jest być kimś ważnym, ale ważniejsze jest być kimś dobrym. Bratanica filmoznawcy Katarzyna Kozieja tuż po odsłonięciu ławeczki, odwołując się do tych pięknych i jakże mądrych słów, powiedziała: – Wujek nie pełnił żadnych spektakularnych funkcji, był zwykłym wykładowcą, ale przede wszystkim dobrym człowiekiem. I to dobro nas połączyło.

Tekst Agata Niebudek-Śmiech, zdjęcia Michał Walczak

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close