Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


– Grammy dla polskiego jazzmana to rzecz z gatunku niemożliwych… A jednak miałem to szczęście, aby w Los Angeles odebrać tę pozłacaną statuetkę, przedmiot marzeń tysięcy muzyków na całym świecie ­– wspomina Włodek Pawlik. W rozmowie z „Made in Świętokrzyskie” artysta wraca także do dzieciństwa spędzonego w Ostrowcu Świętokrzyskim, Kieleckiego Klubu Jazzowego i pobytu w Hamburgu, opowiada o komponowaniu i pracy pedagogicznej.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że fortepian jest wszystkim. Śmiem twierdzić, że jest  jednak wiele innych, ważnych rzeczy w Pana życiu. Co dla Włodka Pawlika – znakomitego pianisty, jazzmana – jest najważniejsze?

Nie bardzo pamiętam tę wypowiedź… Wręcz dziwię się, że coś takiego powiedziałem. Ale wszystko zależy od kontekstu. W pewnym sensie fortepian jest takim zaczarowanym pudłem ze strunami w środku, z którym spędzam więcej czasu niż ze wszystkimi istotami rodzaju ludzkiego. Nawet najbliższa rodzina wypada w tym rankingu pierwszeństwa nieco gorzej.

Instrument przed rodziną? To dość śmiałe wyznanie. Wygląda więc na to, że fortepian jest absorbującym, wypełniającym Pana czas, towarzyszem artystycznej drogi?

Taki już los koncertującego pianisty, że musi ciągle ćwiczyć, być zawsze w optymalnej formie. W tym sensie to kontakt z fortepianem można uznać za kluczowy w moim życiu. Dochodzi jeszcze do tego komponowanie, które w moim przypadku też jest pracą z fortepianem. Ale oczywiście najważniejsze jest dla mnie być człowiekiem uczciwym, prawdomównym, po prostu dobrym, wyrozumiałym i serdecznym dla innych.

Piękna deklaracja, szczególnie w kontekście jubileuszu 60-lecia, który obchodził Pan w ubiegłym roku. Czy to był czas podsumowań, zamykania pewnych spraw lub ich przewartościowania? Czy też moment ten przeszedł niezauważony ze względu na nawał pracy?

Na pewno „dojechanie” do 60-tki wywołało u mnie potrzebę refleksji nad upływającym życiem. Ale z drugiej strony nie popadłem w starczy sentymentalizm i w permanentne rozmyślanie o przeszłości. Po prostu, rzeka płynie dalej…

Rzucił Pan palenie, docenił zdrowy styl życia, rzadziej pije kawę… Ale wciąż daje Pan bardzo dużo koncertów, żyje na walizkach, w wiecznych rozjazdach, czyli jednak żyje Pan trochę niehigienicznie. Nie ma Pan czasem ochoty powiedzieć: dość!, zaszyć się w studiu i oddać się komponowaniu?

Jeżeli wszystko, co robię i kocham, miałoby mieć granicę wyznaczoną przez zdrowy tryb życia, to bardzo przepraszam, ale rezygnuję. Wolę ryzyko potknięcia się o żywioł przeznaczenia w prawdziwym dialogu ze światem, z jego wszystkimi konsekwencjami, niż możliwość stworzenia sobie egoistycznego kokonu pozornego bezpieczeństwa i harmonii. Według mnie życie na walizkach nie wyklucza potrzeby wyciszenia, pracy w samotności. W moim przypadku te dwa aspekty żywota się uzupełniają i przenikają.

Skąd czerpie Pan siły do artystycznej aktywności, jak się Pan regeneruje, jak odpoczywa? Czy, tak jak przeciętny Kowalski, słuchając muzyki? Pytam o to, bo w jednym z wywiadów powiedział Pan, że najbardziej męczy Pana wypoczynek.

Tak, to dla mnie niezrozumiałe, gdy słyszę te chóry przepracowanych, wycieńczonych homo sapiens, dla których słowo „wypoczynek” stało się religią, absurdalnym fetyszem. Niestety, nawet gdybyśmy nie wiem jak długo i często wypoczywali, to nie zmieni to faktu, że przeznaczenie i tak nas dopadnie. Niezależnie od tego czy będziemy mniej czy bardziej wypoczęci. Dlatego wolę nie marnować czasu na myślenie o bajkowych kurortach, alpejskich stokach… Zamiast tego jest mi bardziej po drodze z benedyktyńską maksymą „Ora et labora”.

A więc zgodnie z regułą „Módl się i pracuj” jest Pan aktywny na różnych polach, m.in. jest Pan wykładowcą na warszawskim Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina. Jakie jest najważniejsze przesłanie, które kieruje Pan do młodych, uzdolnionych, wrażliwych ludzi?

Najważniejszym skarbem dla artysty jest jego wolność, kreatywność. To nie mniej ważne niż doskonalenie muzycznych umiejętności. Mówię swoim studentom, że opanowanie rzemiosła może być wartością samą w sobie, ale może być też jednym z wielu przydatnych elementów naszej artystycznej osobowości. Wszystko zależy od tego, czy zatrzymamy się  w swoim samozadowoleniu na etapie konsumpcji pożytków z ukończenia np. Uniwersytetu Muzycznego, czy też będziemy szukać własnych dróg artystycznej samoidentyfikacji.

Był pan uczniem wielkiej damy fortepianu Barbary Hesse-Bukowskiej. To była osobowość, która ukształtowała Pana wrażliwość?

Bez żadnych wątpliwości… Prof. Barbara Hesse-Bukowska była jedną z najważniejszych osób, które ukazały mi świat wielkiej sztuki, wspaniałej muzyki.

Kto jeszcze miał wpływ na Pana drogę artystyczną?

Bez wątpienia moja żona Jolanta…

A ważne miejsca? Czy pobyt w Hamburgu i studia na wydziale jazzowym Hochschule für Musik w dużym stopniu wpłynęły na Pana artystyczną drogę?

Hamburg w 1986 roku był dla mnie przepustką do lepszego, normalnego, demokratycznego świata. Tam zakończyłem moją osobistą wojnę z komuną i rozpocząłem normalne życie, również jako muzyk.

My kielczanie, darzymy Pana szczególną atencją. Jest Pan nasz, kielecki, choć przecież dzieciństwo spędził Pan w Ostrowcu Świętokrzyskim. Jak wspomina Pan lata dzieciństwa i młodości, dom rodzinny?

Wyjechałem z rodzicami z Kielc do Ostrowca, mając dwa lata. Tam ukończyłem Szkołę Podstawową nr 13, a także Ognisko Muzyczne, odpowiednik dzisiejszych podstawowych szkół muzycznych. W związku z tym, że rodzice byli muzykami, szybko odkryli moje predyspozycje. Zresztą mój młodszy brat Dariusz, urodzony już w Ostrowcu, też obdarzony został wyjątkowym talentem muzycznym. Obaj więc uczyliśmy się muzyki, z tym że ja przejawiałem większą ochotę do systematycznych ćwiczeń na fortepianie… I tak mi już zostało. Do Kielc wróciłem jako uczeń Średniej Szkoły Muzycznej im. Ludomira Różyckiego. Tam pod okiem mojego nauczyciela fortepianu Andrzeja Domina ukończyłem edukację z wyróżnieniem.

Ale już wówczas ważny był też jazz…

Nie byłbym sobą, gdybym równolegle, wręcz wbrew dyrekcji szkoły muzycznej, nie interesował się jazzem. Tworzyłem zespoły, współzakładałem z Jerzym Stępniem i kilkoma innymi pasjonatami Kielecki Klub Jazzowy, którego siedzibą była restauracja Sołtyki na ówczesnym placu Partyzantów… To były czasy! Założyłem big-band Sunday Band, w którym, ku przerażeniu nauczycieli szkoły muzycznej, grali jej uczniowie. Pamiętajmy, że to były lata głębokiej komuny, gierkowski PRL. Ten anarchistyczny okres w moim życiu skończył się wyjazdem do Warszawy na studia pianistyczne w klasie prof. Barbary Hesse-Bukowskiej.

Czy teraz często bywa Pan w Kielcach, czy ma Pan tu jeszcze przyjaciół, swoje ulubione miejsca?

Niestety bardzo rzadko… Najczęściej spotykam się ze znajomymi z lat szkolnych przy okazji sporadycznych koncertów.

Czy nagroda Grammy była przełomem w Pana życiu artystycznym? Jakie znaczenie miało dla Pana to wyróżnienie?

Grammy dla polskiego jazzmana to rzecz z gatunku  niemożliwych… A jednak miałem to szczęście, aby w Los Angeles odebrać tę pozłacaną statuetkę, przedmiot marzeń tysięcy muzyków na całym świecie. Nagroda przyniosła mi niezwykłą jak na jazzmana popularność, która przyczyniła się do  skokowego zwiększenia liczby koncertów, projektów… To jakby otrzymanie nowego, artystycznego życia.

Opowiadał Pan wielokrotnie o splendorze, jaki spłynął na Pana po otrzymaniu  nagrody. Czuje się Pan gwiazdą?

To nie jest sprawa mojego czucia… O tym decydują ludzie, słuchacze …

Tworzy Pan również muzykę do filmów (jak choćby „Rewers”), spektakli  teatralnych czy słuchowisk radiowych. Czy takie kompozycje wymagają innego twórczego podejścia, uruchomienia innych pokładów wrażliwości?

Oczywiście każda z tych sfer działalności muzycznej ma swoją specyfikę. Osobiście bardzo lubię wejść od czasu do czasu ze swoją muzyką w świat filmu, teatru, większych form orkiestrowych, chóralnych, wokalnych. To mnie wzbogaca i nie czyni „aktorem jednego spektaklu”.

Kiedy dziennikarze pytali Pana o inspirację nagrodzonego Grammy albumu „Night in Calisia” powiedział Pan,  że jest to proces twórczy, którego nie da się wytłumaczyć czy opisać. Ale przecież gdzieś musi być inspiracja, początek lawiny, która daje w efekcie dzieło muzyczne?

Nic więcej nie mam w tym temacie do powiedzenia. Jest oczywiste, że nie da się tworzyć muzyki bez specyficznych zdolności, wykraczających daleko poza racjonalną sferę postrzegania rzeczywistości.

Tymczasem Pana najnowsza inspiracja to Stanisław Moniuszko…

Cieszę się bardzo, że pod koniec lutego wyszedł mój nowy album „Moniuszko/Pawlik/Polish Jazz” Włodek Pawlik Trio. To moja pierwsza w dyskografii monograficzna płyta inspirowana pieśniami i ariami jednego kompozytora – Stanisława Moniuszki.

Dziękuję za rozmowę.

Włodzimierz Pawlik – rocznik 1958, kompozytor, pianista jazzowy i pedagog, jedyny polski laureat międzynarodowej nagrody Grammy w kategorii jazz za płytę „Night in Calisia” w 2014 r. Urodził się w Kielcach, tu ukończył średnią szkołę muzyczną. Jest absolwentem warszawskiej Akademii Muzycznej w klasie fortepianu prof. Barbary Hesse-Bukowskiej. Studiował również na wydziale jazzowym Hochschule für Musik w Hamburgu. W dotychczasowej karierze ma nie tylko albumy studyjne i koncertowe, jest także kompozytorem muzyki filmowej (m.in. do filmów Marcina Wrony,  Doroty Kędzierzawskiej, Borysa Lankosza czy Petera Greenawaya). W jego dorobku kompozytorskim znajdują się także: muzyka do spektakli teatralnych, radiowych i poezji, opera, kantata, utwory na orkiestrę kameralną i symfoniczną oraz muzyka baletowa. Zdobywca wielu polskich prestiżowych nagród w tym: Fryderyka, Nagrody TVP Kultura, Koryfeusza Muzyki Polskiej. Od lat 90. lider Włodek Pawlik Trio.

26 lutego Włodek Pawlik odebrał Doroczną Nagrodę Miasta Kielce za 2018 rok. Laureat prestiżowego wyróżnienia Grammy nie krył radości i wzruszenia. – To dla mnie szczęśliwa chwila, ponieważ urodziłem się w Kielcach 4 października 1958 roku. Sześćdziesiąt lat minęło i znowu jestem tutaj. Pragnę podziękować za to, że kielczanie docenili działalność mojej skromnej osoby – mówił artysta tuż po wręczeniu statuetki.

Rozmawiała Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia Marek Bałata, Getty Images

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close