Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Opowieść Rafała Moszczyńskiego o budowaniu domu brzmi jak bajka. – Bo to jest bajka – przekonuje. Kiedy postanowił, że postawi budynek z gliny i słomy, poszedł na odziedziczoną po dziadkach działkę przy ul. Nowej, złapał łopatę, zaczął kopać i okazało się, że ma własną glinę. Kiedy potrzebował drewna na schody, wichura zwaliła orzech w ogrodzie. Gdy zabierał się za stawianie dachu, pojawił się pracownik tartaku, który poradził mu, jak ma to zrobić. Wszystko mu sprzyjało, nawet pogoda.

Własnoręcznie

Wychował się w mieszkaniu w bloku na kieleckim Bocianku, ale zawsze marzył o domu i ogrodzie. Słysząc, jak trzeba użerać się z ekipami budowlanymi, bo albo zapiją, albo wezmą pieniądze i nie przyjdą, lub trzeba po nich poprawiać, postanowił zbudować go własnymi rękami. Technologia budowania z gliny i słomy sprzyja samodzielności. Poza tym zawsze starał się robić różne rzeczy inaczej niż większość ludzi. Nie bez znaczenia był też fakt, że chcieli mieć z żoną dom z mniejszą ilością chemii. Poczytał o technologii w Internecie, potem wybrali się na warsztaty do Przemka Raja. Podczas zajęć mieszkali w takim budynku. I choć był to dżdżysty weekend majowy, w domku mieszkało dziewięć osób i nie było wentylacji, wcale nie czuli wilgoci. – Nauczyłem się technologii, a jednocześnie spodobało nam się mieszkanie w tym domku, bo spało się super, czuliśmy się dobrze, choć jesteśmy alergikami – mówi.

Kupili projekt od jedynego projektanta, który zajmował się wówczas takimi budynkami. Formalności w urzędzie trochę trwały, bo budownictwo naturalne trudno włożyć w sztywne ramy polskich przepisów i potrzebna jest przychylna interpretacja urzędnika.Musieliśmy przynieść zaświadczenie, że glina się nie pali – kwituje. I rozpoczęła się długa, ale przyjemna droga. – Cała budowa przebiegła na luzie: jak potrzebne było słońce, to świeciło, jak potrzebny był deszcz, to padało. Drobne błędy, owszem, zdarzały się. Jednym z większych było zwlekanie z położeniem dachu. A najfajniejsze było to, że nie musiałem wynajmować na moją budowę żadnych ekip. Tylko do podłączenia kanalizacji zatrudniłem ludzi. Hydraulikę, ogrzewanie, konstrukcję dachu zrobiłem sam lub z pomocą znajomych. Byłem inwestorem, kierownikiem budowy i o wszystkim sam decydowałem – podkreśla.

Dom w 1,5 roku

Dom ma typową konstrukcję szkieletową. – Szkielet jest najłatwiejszy. Harówka zaczęła się potem. Bo przy zwykłym domu wystarczy betoniarka, a tutaj jest kostkowanie słomy, którą trzeba potem upchać i ścisnąć. Potem ścinałem ściany na równo. To ciężka praca, jest mnóstwo pyłu. Zajeździłem na tym kilka narzędzi, dało mi to też w kość fizycznie – wspomina Moszczyński.

Na każdym etapie ktoś mu pomagał. Tynki kładł kolega, który się na tym zna. Podobnie było z dachem. – Nigdy wcześniej tego nie robiliśmy i nie wiedzieliśmy, jak położyć krokwie. Wyglądało to śmiesznie: akurat dzień wcześniej zamówiłem deski na obicie, przyjechał pan z tartaku i zapytałem go, czy może wie, jak to się robi. Odpowiedział, że nie bardzo się na tym zna, ale parę lat temu kładł dach u szwagra i to się robi tak i tak – wspomina. Gdy nakryli budynek dachem, zaskoczyło go, że dom jest tak wysoki.

Budowa trwała półtora roku z przerwą na zimę. Według gospodarza to dobry czas. Razem z żoną chcieli się tam jak najszybciej przeprowadzić, więc zamieszkali, gdy kuchnia nie była jeszcze gotowa. Piętro nadal nie jest skończone, trzeba jeszcze uporządkować ogród.

Na jednej ze ścian mają „okienko prawdy” dla niedowiarków – przez szybkę widać, że ściana zrobiona jest ze słomy. Ta szyba pochodzi z domu dziadków Moszczyńskiego, który wcześniej stał na tej działce. To był mały, murowany, nieskończony budynek, który wnuk zburzył, a materiał zużył do budowy fundamentów nowego.

Kąty nie muszą być proste

Czy każdy może sam zbudować dom? – Ta budowa nauczyła mnie ważnej rzeczy: nie należy się za długo zastanawiać nad pracą. Trzeba zacząć i potem to wychodzi. Dawniej ludzie sami budowali swoje domy, to było normalne. Teraz mamy blokady w głowach i myślimy, że się nie da. Dzięki tej technologii wyleczyliśmy się z przekonania, że kąty muszą być proste, ściany idealnie gładkie – przyznaje.

Najtrudniejsze było geometryczne połączenie krzywizn dachu. Kolega akurat nie mógł mu pomóc. – Po prostu wziąłem deski, postawiłem i skręciłem, a co wystawało, obciąłem piłą. Pewnie jakby jakiś cieśla to zobaczył, to by się za głowę złapał, ale działa – dodaje.

Według niego budowa takiego domu, to żadna filozofia. – Uważam, że jak ktoś jest w stanie złożyć szafę z Ikei bez instrukcji, to i dom zbuduje. To mit, że trzeba mieć fachowców. Przy obecnej liczbie informacji na większość pytań można znaleźć odpowiedź – podkreśla.

Dom przy ul. Nowej jest prawdopodobne pierwszym zbudowanym w tej technologii w przestrzeni miejskiej. Budowniczy chce dzielić się swoim doświadczeniem i wiedzą z osobami, które przymierzają się do takiej inwestycji, i szerzyć ideę samodzielnego stawiania budynków. W tym celu na Facebooku założył profil i grupę „Słoma w mieście”. Być może powstanie też książka.

– Martwi mnie sytuacja na rynku budownictwa ekologicznego, bo niektórzy chcąc dużo na tym zarobić, wciskają różne rzeczy ludziom, a ideologia schodzi na bok. Mówię: budujcie sami domy, nie dajcie się nakręcić marketerom budowlanym. Ludzie po rozmowie ze mną często decydują się na samodzielną pracę. Nie miałem takiego komfortu, kilka osób prosiłem o radę i mi odmówiono. Na szczęście miałem intuicję i rady paru innych. Pewnie teraz położyłbym siatkę na zewnątrz pod tynk, żeby tak nie pękał. Ale to znaczy, że czeka mnie przyjemny letni weekend, podczas którego to naprawię – mówi.

Przy budownictwie naturalnym mamy do czynienia z odwróceniem proporcji kosztów – 60 proc. to robocizna, a 40 – materiały. – Zaoszczędziłem mnóstwo pieniędzy na tej pracy, którą sam wykonałem – ocenia. Dokładnie tego nie liczył, ale szacuje, że dom kosztował go 250 tys. zł.

Przygoda życia

– Nigdy nie przypuszczałbym, że największą przygodę przeżyję w domu. Każdy etap budowy, każdy dzień był wyzwaniem. Wiele się nauczyłem, mocno mnie to zmieniło. Wiem już, że trzeba pracować nie dlatego, żeby coś robić, ale żeby to zrobić. Dlatego tak dobrze szło. To był jeden wielki piknik. Nie myślałem, że idę do pracy, bo muszę, tylko, że jest fajnie, popracuję, a potem zjem obiad. To było też dobre dla mojego ciała, poprawiło moją tężyznę fizyczną – uważa.

Nie spodziewał się, że zostanie budowniczym. – Dwa lata przed budową domu byłem prawie kaleką, miałem bardzo poważną wadę kręgosłupa, przepuklinę. Przez długi czas leżałem jak kłoda. Kiedy podleczyłem stany zapalne, zapisałem się na jogę. I to postawiło mnie na nogi. Przez cały czas budowy nic mnie nie bolało, skakałem po dachu. To była prawdziwa metamorfoza, przewartościowanie całego mojego życia. Każdy mężczyzna powinien zbudować dom – zdecydowanie się z tym zgadzam. Zrozumiałem, dlaczego warto to zrobić: dla poczucia własnej wartości, szacunku do tego, co jest wokół mnie, wdzięczności wobec tego, co się ma. No i łatwiej potem podejmować kolejne wyzwania – przekonuje.

Tekst: Agnieszka Gołębiowska
Zdjęcia: Aleksandra Rzońca, Magdalena Berny

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close