Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Jest ostatnim żyjącym przedstawicielem Kieleckiej Szkoły Krajobrazu – grupy artystów, którzy w latach 60. stworzyli oryginalny i rozpoznawalny styl w fotografowaniu świętokrzyskich pejzaży. Zapisanymi w krajobrazie, a następnie na fotograficznej kliszy pagórkami, liniami i figurami geometrycznymi zachwycano się w wielu krajach na świecie. Kolegów po fachu, a także piękno pól naszego regionu uchwycone w czarno-białych zdjęciach wspomina Janusz Buczkowski.

Michał Sierlecki: W 1956 roku z nakazu pracy przyjechał Pan do Kielc. Jak zaczęła się Pana przygoda z fotografią w tym mieście?

Janusz Buczkowski: Pierwszy krok postawiłem w Zakładach Metalowych Kielce (wcześniejsza nazwa kieleckiej Iskry – dop. red.). Drugi – już po kilku dniach – na spotkaniu z członkami Świętokrzyskiego Towarzystwa Fotograficznego w Wojewódzkim Domu Kultury. I tak to się zaczęło.

To tam poznał Pan znakomitego kieleckiego fotografika Jana Siudowskiego.

Pamiętam wieczór samooceny. Ocenialiśmy zdjęcia kolegów. Każdy mógł się wypowiedzieć i uznać, co jest według niego dobre, a co złe w konkretnej fotografii. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem zdanie: „Co Pan myśli, Panie kolego o tych plamach i tych liniach?” Myślę sobie: „Jakie plamy? Jakie linie? O co chodzi?” Tak mnie to zniechęciło i odrzuciło, że przestałem tam przychodzić. Dopiero gdy zacząłem czytać inne książki, nie tylko związane z chemią i sposobami wywoływania zdjęć, ale także poświęcone sztuce i malarstwu, zrozumiałem, jak ważne są inne czynniki w fotografii – kompozycja kadru, plamy, linie, kontury i to, co na danym zdjęciu chce się przedstawić.

Fotografia nie była wówczas jedyną Pana pasją?

Namiętnie grałem w karty. W brydża do dziesiątej, jedenastej wieczorem, a potem do rana w pokera. Zacząłem się zastanawiać, do czego to wszystko prowadzi. Wygrała fotografia, bo po całej nocy wywoływania zdjęć rano czułem satysfakcję, a po karcianej nocy pozostawał niesmak.

Jak wtedy robił Pan odbitki?

Mieszkałem przez krótki czas w hotelu robotniczym. W pomieszczeniu przeznaczonym na prysznic zorganizowałem pracownię. Było bardzo długie i wąskie na szerokość drzwi. Potrzebowałem tam ustawić stolik, ale nie wchodził, bo był za szeroki. Wreszcie wpadłem na pomysł i odbiłem od niego blat. Wniosłem, ułożyłem i ponownie przybiłem. Po mojej wyprowadzce nie mogli go stamtąd wynieść.  Kierowniczka hotelu poprosiła, żebym im pomógł. Jeszcze pół litra zarobiłem.

Na początku Pana działalności pojawiły się słowa krytyki. Właśnie ze strony Jana Siudowskiego. 

Postanowiłem wrócić na spotkania Świętokrzyskiego Towarzystwa Fotograficznego, by pokazać swoje prace. Zdjęcia prezentowaliśmy innym bez podawania ich autora. Jan Siudowski wytykał błędy. I trochę się nimi przejąłem. Po kilku dniach spotkał mnie i zaczął przepraszać i mówić, że on mi zrobił krzywdę. Pytam go: „Jaką krzywdę?”. A on mi na to: „Zbyt surowo Pana oceniłem. Myślałem, że to są zdjęcia tych kieleckich asów fotografii. Jeśli są to Pańskie prace, a to przecież dopiero początek artystycznej drogi, to są one naprawdę dobre”. Kupił mnie tą pochwałą. Był znanym i cenionym fotografikiem w Polsce i Europie. Zapytałem go, czy będę mógł go zaprosić na kieliszeczek wódki, a on spojrzał na mnie i mówi: „Owszem, ale jeden wypiję ja, a jeden Pan”. I tak zaczęła się nasza przyjaźń.

A jak ocenia Pan po latach prace Jana Siudowskiego?

Trochę odbiegały od założeń Kieleckiej Szkoły Krajobrazu. On wzorował się często w swojej fotografii na malarstwie. Nawet takim z niebem w stylu Chełmońskiego, z chmurami.

Tymczasem Kielecka Szkoła Krajobrazu raczej eliminowała niebo z kadru chcąc podkreślić jednorodność fotografowanego pejzażu. Chmury w pracach kieleckich artystów występują jedynie w nielicznych, uzasadnionych przypadkach.

Ludzie zaczęli oczekiwać od fotografii nie tylko odzwierciedlenia realnego świata, ale także poszukiwali w niej pewnych przekazów, czegoś nieoczywistego. Ktoś na przykład w dziwny sposób okleił koło od roweru i je sfotografował. I to się podobało. Dlatego też istotne zmiany musiały zajść w ukazywaniu krajobrazu. Starsi artyści byli zafascynowani swoim stylem fotografii. Ci ze średniego pokolenia zaczęli poszukiwać. Zresztą impresjoniści w malarstwie też byli innowacyjni przez to, że eksperymentowali z nieostrymi plamami i kolorami, światłem i tym, z jakiej odległości i w jaki sposób odbiorca odczytuje obraz. Czerpali także z nieostrych fotografii, by potem nakładać w odpowiedni sposób farbę.

Jak powstała Kielecka Szkoła Krajobrazu i jakimi założeniami się kierowała?

Pierwsze fotografie, które w nietypowy sposób ten krajobraz ukazywały, zobaczyłem w albumie Edwarda Hartwiga. Niektórym do dziś wydaje się, że przychodziłem jak do szkoły i siadałem w ławce, by uczyć się fotografii. Nic z tych rzeczy. Pracowaliśmy w terenie.

Trochę się z Was także naśmiewano. Mówiono, że te fotografie to nic takiego, bo wystarczy wejść na pagórek, czy kamień, pstryknąć i zdjęcie gotowe.

Tak było. Ale na początku lat 60. ogłoszono konkurs „Wieś polska w fotografii”. Głównie przysłano zdjęcia zwierząt w gospodarstwie: krów, świń i koni, dokumentowano też sianokosy, prace przy żniwach. Dostrzegłem wówczas u Tadeusza Jakubika coś szczególnego. On pierwszy z nas miał teleobiektyw i to też odegrało dużą rolę w tym, co potem udało nam się osiągnąć. Góry Świętokrzyskie nie są wysokie. Jeśli się weszło na pagórek i fotografowało standardowym obiektywem, wówczas wszystko było jakby spłaszczone. Natomiast teleobiektyw ukazywał to inaczej. Tadeusz wysłał swoje zdjęcia na konkurs i zdobył pierwszą i drugą nagrodę. Zaczęliśmy się tym fascynować i trochę mu zazdrościliśmy sukcesu.

Stopniowo krąg osób pochłoniętych sztuką fotografowania krajobrazu Kielecczyzny się powiększał. Z czasem powstał Oddział Kieleckiego Polskiego Towarzystwa Fotograficznego. Tadeusz Jakubik – z zawodu księgowy – został naszym skarbnikiem. Wacław Cisłowski pracował w dziale organizacji i zarządzania w Iskrze (Fabryka Łożysk Tocznych „Iskra” – dop. red.) i miał do czynienia z pisaniem – przypadła mu więc rola sekretarza. Ja w Iskrze i zawsze coś organizowałem. Okrzyknięto mnie zastępcą do spraw organizacyjnych. W 1961 roku ze studiów wrócił Paweł Pierściński. Miał kontakt z fotografią i bardzo się nią interesował. Był członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików. Objął stanowisko zastępcy do spraw artystycznych. I zaczął się dla nas złoty okres twórczości. Nazywano nas nawet „kosynierami”, bo na wszystkich konkursach kosiliśmy nagrody za nasze zdjęcia.

Nazwy „Kielecka Szkoła Krajobrazu” użył po raz pierwszy Jan Sunderland w 1963 roku na I Biennale Krajobrazu Polskiego w Warszawie. Zwrócił wówczas uwagę na nietuzinkowe stylistycznie fotografie grupy kieleckich artystów.

Tak. Paweł Pierściński usilnie namawiał mnie, bym zapisał się do związku fotografików. Bo tylko wówczas mogliśmy stworzyć jakąś jednostkę organizacyjną. Najmniejsza musiała liczyć przynajmniej trzech członków. Miałem być tym trzecim po Pierścińskim i Siudowskim. Kiedy dostałem się do związku, mogła powstać delegatura. Z czasem zacząłem mobilizować do pracy pozostałych kolegów: Tadeusza Jakubika, Jerzego Kamodę, Wacława Cisłowskiego. Wspaniały fotograf Jan Spałwan na tych naszych spotkaniach pełnił rolę gospodarza-miodziarza. Przynosił pitny miód, a także miód do ssania. Miał na talerzu przygotowane plastry. Napój był bardzo dobry w smaku, ale odrobinę mętny. Janek był niecierpliwy. Nigdy nie nauczyłem go, że taki miód musi swoje odstać, by kolor stał się klarowny. Grupa się rozwijała. Z czasem przypadło nam w udziale organizowanie pierwszej ogólnopolskiej wystawy fotografii krajobrazowej. To się potem przekształciło w Biennale Krajobrazu.

W późniejszych latach Kielecka Szkoła Krajobrazu uczestniczyła w wielu wystawach w kraju i za granicą. Fotografie tworzyły cykle: „Portret Ziemi”, „Puszcza Jodłowa”, „Małe formy krajobrazowe”, „Kielce-Włoszczowa”, „Ziemia po kielecku”. By te zdjęcia mogły powstać, musieliście dźwigać w terenie kilogramy sprzętu: obiektywy, statywy, szkło, korpusy, światłomierze i klisze… Każdy kadr trzeba było przemyśleć.

Mimo tego całego ogromu sprzętu fotograficznego i tak popełnialiśmy błędy. Jan Siudowski mówił nam wtedy: „Jak chcesz mieć dobre zdjęcie, to jednego nie doświetl, drugie prześwietl, a trzecie zrób dobrze”. Jeśli chodzi o moje zdjęcia, to starałem się utrwalić piękno Puszczy Jodłowej. Fotografowaniem przyrody zajmował się także w znacznym stopniu Jan Siudowski. Jeśli fotografował jakiś listek, to musiał wszystko wiedzieć o tej roślince. Mnie to nie interesowało. Zajmowałem się techniczną stroną zdjęcia. Siudowskiego kojarzyli i znali leśnicy i on miał często wiedzę większą od nich. Znał też łacińskie nazwy roślin. Robił zdjęcia przyrodnicze dla uniwersytetu w Poznaniu.

Wielki sukces Kieleckiej Szkoły Krajobrazu to także wystawa w Paryżu.

To było na początku 1981 roku. Dostaliśmy zaproszenie do udziału w ogólnoświatowej wystawie organizowanej przez muzea z trzech krajów: Szwajcarii, Francji i Niemiec. Oczywiście wysłaliśmy zdjęcia. Na wystawę zgłoszono podobno ponad 30 tys. fotografii. A przyjęto około 240, z czego 11 z Polski, w tym 9 naszych – kieleckich. I tu wracamy do pojęcia plam. Bo na tej wystawie Kielecka Szkoła Krajobrazu stworzyła potężną plamę. Zafascynował się nią francuski juror. Wysłano nam potem osobne zaproszenie, byśmy pokazali tylko fotografie z krajobrazem w naszym wydaniu na oddzielnej wystawie. Mieliśmy je zaprezentować w Muzeum Historii Fotografii w Paryżu. W Polsce trwał stan wojenny. Na początku zrezygnowaliśmy. Potem zacząłem namawiać na wyjazd Tadeusza Jakubika i Wacława Cisłowskiego. Ale oni nie mieli czym jechać. Tymczasem mój brat cioteczny ożenił się z Francuzką i mieszkał we Francji od wielu lat. Wymyśliłem zatem, że może spróbuję pojechać wraz z Pawłem Pierścińskim i przy okazji go odwiedzę. Był problem z paszportami. Paweł dostał go po miesiącu. Mnie odmówiono. Bali się, że stamtąd nie wrócę. Dopiero, gdy złożyłem obietnicę, że tak się nie stanie, podpisano mi dokumenty. Pojechaliśmy samochodem. Benzyna była na kartki. Jechaliśmy tam kilka dni przez NRD, RFN, Holandię. Kiedy dotarliśmy na miejsce, było tam pełno robotników i ogólna krzątanina. Przygotowywano się na przyjazd fotografików z całego świata. Na placu budowy kazano ściągnąć drzwi z futryny. Pełniły rolę stołu ustawionego na dwóch kozłach. Francuzi ugościli nas pokrojoną kiełbasą, bagietkami i kilkoma butelkami wina. Na wystawę przyjechali ludzie z Australii, Ameryki, ale to myśmy byli sensacją.

Podziwiani, ale biedni. Każdy z nas miał po 10 dolarów. Kiedy Francuzi się o tym dowiedzieli, zaczęli się śmiać i w głowie im się nie mogło pomieścić, jak z takimi pieniędzmi przyjechaliśmy do Paryża. Postanowili ufundować nam stypendium, bo fotograficy w ich mniemaniu powinni być ludźmi bogatymi. Dwa tygodnie przebywaliśmy w Paryżu, fotografując różne rzeczy. A potem powstała z tych zdjęć wystawa. Był to ten czas, kiedy byliśmy lepsi od kieleckich piłkarzy. Oni walczyli dopiero o wejście do trzeciej ligi. A na nas spadł deszcz nagród. Nagroda wojewody w czasie stanu wojennego to było coś niesamowitego. Kolejna nagroda I stopnia od Ministra Kultury i Sztuki. Sukcesy dodawały nam skrzydeł.

I trwały wiele lat. Dziś z tej grupy pozostał tylko Pan. Co się dzieje z dorobkiem artystycznym Kieleckiej Szkoły Krajobrazu?

Niewielka część znajduje się w Biurze Wystaw Artystycznych i w Bibliotece Wojewódzkiej w Kielcach. A paradoksem jest, że największy zbiór naszych zdjęć posiada Muzeum Historii Fotografii w Paryżu. Są to jednak tylko zdjęcia, nie ma tam negatywów. Te są co prawda w Muzeum Historii Kielc, ale dotyczą tylko miasta, a nie kieleckiej ziemi. Dyrekcja placówki systematycznie gromadzi negatywy od początku powstania muzeum, czyli od 2008 roku. Podobnie Biblioteka Wojewódzka. Jeśli chodzi o świętokrzyski krajobraz, moim zdaniem jak najwięcej takich zdjęć powinno mieć w swoich zasobach Muzeum Wsi Kieleckiej. Przecież te dawne poletka, szachownice, pasiaki już dzisiaj nie istnieją, a zdjęcia kieleckich fotografików prezentują je w sposób bardzo wyszukany i profesjonalny. Nie można pozwolić, by te obrazy zostały zapomniane.

Zatem o których twórcach powinniśmy szczególnie pamiętać?

Pionierzy szkoły to przede wszystkim: Paweł Pierściński, Jan Spałwan, Wacław Cisłowski, Jerzy Kamoda, Tadeusz Jakubik, moja osoba i oczywiście Jan Siudowski. Ale tematyką krajobrazu interesowało się potem kolejne pokolenie znakomitych fotografików tworzących do dziś. A są nimi: Jerzy Mąkowski, Jerzy Piątek, Andrzej Pęczalski, Andrzej Borys, Andrzej Łada, Piotr Kaleta czy Jerzy Soiński. Nie sposób pominąć również Henryka Pieczula, który fotografował folklor, zabytki architektury drewnianej, wykopaliska archeologiczne, szlaki literackie.

A gdzie Pan po tych wielu latach przechowuje swoje negatywy?

Trzymam je w piwnicy.

W piwnicy? Przecież mogą się zniszczyć.

Nie mam innego, bezpiecznego miejsca, by je przechowywać.

Dziękuję za rozmowę i prawdziwą lekcję historii fotografii.

Rozmawiał: Michał Sierlecki

Kielecka Szkoła Krajobrazu, fot. Janusz Buczkowski, lata 1960-1985

 

zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close