Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Czego dowiedział się o sobie? Przede wszystkim tego, jak niewiele jeszcze wie i jaki jest malutki na tym świecie. By dojść do tej prawdy, przemierzył tysiące kilometrów, spotkał setki ludzi, o których z niezachwianą wiarą mówi, że są dobrzy.

Pamiętam go z podstawówki. W kieleckiej „siódemce” przy ul. Szkolnej siedział tuż przede mną, przez chwilę nawet dzieliliśmy wspólną ławkę. Świetny kumpel, typ zawadiaki i klasowego kawalarza, za którym wszyscy przepadali. Gdy po latach zobaczyłam na zdjęciu okoloną bujną brodą twarz, w pierwszej chwili nie mogłam dopasować jej do żadnej osoby. A przecież skądś ją znałam. Ogorzała od częstego przebywania na słońcu, uśmiechnięta i pewna siebie, przywodziła na myśl dziecięce wspomnienia z lektury przygód Robinsona Crusoe.

Coraz dalej i dalej

Jacek Słowak. Podróżnik. Prezes stowarzyszenia „Salutem”, które od lat śmiało organizuje wyprawy do najdalszych zakątków świata. Nauczyciel akademicki. Trener. Król wioski… To ostatnie określenie wywołuje szczególny uśmiech na jego twarzy.

Ledwo wrócił z 32-dniowej podróży po Azji, podążając wraz ze studentami Społecznej Akademii Nauk przez Ukrainę, Mołdawię, Rosję, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan, Uzbekistan… Tylko na Krym nie zostali wpuszczeni… Swoją pasją obdziela hojnie kolejne pokolenia młodych ludzi, którzy lgną do niego, zarażając się wielkim pragnieniem odkrywana świata i wiarą, że wcale nie potrzeba do tego wielkich pieniędzy. – Nie interesują mnie pięciogwiazdkowe hotele czy all inclusive – mówi Jacek Słowak. – Staram się zaszczepiać w młodych ludziach ideę podróżowania niskobudżetowego.

Niekoniecznie trzeba też wsiadać do samolotu, wystarczy przystosowany do dalekich podróży samochód. Taki jak choćby mercedes sprinter, który przez pół roku adaptowali do potrzeb wyjazdu do Azji, by mogli w nim także spać czy przygotowywać posiłki. Auto zdało egzamin. Teraz podobnie jak jego właściciel odpoczywa i przygotowuje się do kolejnej wyprawy. Bo podróżowanie jest jak narkotyk. Raz spróbujesz i nie możesz się już oprzeć. Pakujesz plecak, skrzykujesz grupę sprawdzonych ludzi, zostawiając wszystko na długie tygodnie. Pytam Jacka jak zaczęła się jego podróżnicza przygoda? Zastanawia się dłuższą chwilę, tak jakby uporczywie szukał najwłaściwszej odpowiedzi.

– Nie wyssałem tej pasji z mlekiem matki. To młodzi ludzie nauczyli mnie podróżować – mówi z pełnym przekonaniem. Gdy skończył studia informatyczne, rozpoczął pracę w Wyższej Szkole Handlowej w Kielcach na kierunku administracja systemami bezpieczeństwa. Odpowiedzialny był za zajęcia sportowe, uczył judo, nurkowania, wspinaczki, skupiając wokół siebie grono zapaleńców – głównie studentów i absolwentów uczelni. Organizował dla nich obozy sportowe – najpierw było polskie wybrzeże, potem Alpy, Bałkany, Egipt. Wciąż coraz dalej, dalej i śmielej, pokonując kolejne ograniczenia. Ma przecież na swoim koncie organizację wypraw dla osób niepełnosprawnych, które zabrał do Czarnobyla. Był w zasadzie wszędzie – Tybet i Argentyna, Hongkong i Kanada, Meksyk i Pekin… To tylko niewielki wycinek.

– W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że nic innego nie robię tylko podróżuję albo przygotowuję się do wyjazdów – Jacek Słowak uśmiecha się. Wędrówka stała się taką codziennością, że przestał liczyć miejsca, które zwiedził. Dopiero jego studenci wzięli się za dokładne rachowanie i zsumowali, że wraz z podróżnikiem odwiedzili 120 krajów.

Rykszą i na ośle

Koniec października 2015 roku. Ulica Krakowska w Kielcach. Autostopowicze próbują zatrzymać jakiś samochód. W końcu udaje się. Kierowca pyta, dokąd chcą jechać, a ci poważnie odpowiadają: dookoła świata. Tak właśnie dwa lata temu Jacek Słowak rozpoczął trwającą prawie pół roku podróż dokoła świata. Zwiedził sześć kontynentów, 35 krajów, przejechał prawie 80 tys. kilometrów. Na pace ciężarówek, łódką, rykszą, konno i na ośle, a nawet balonem. Głodował, śmierć zaglądała mu w oczy, siedział w więzieniu i został królem wioski. Z każdej przygody wyciągał wnioski i dowiadywał się czegoś nowego – o sobie i o ludziach, bo jak tłumaczy – oprócz poruszających i osobliwych krajobrazów, to właśnie człowiek, pod każdą szerokością geograficzną, pozostaje największą i najbardziej fascynującą zagadką.

– Uwielbiam poznawać ludzi – mówi podróżnik, bez chwili zastanowienia dodając, że nigdzie nie spotkał się z wrogością czy przejawami niechęci. – Zawsze spotykam się z życzliwością, ludzie pomagają mi, karmią, oferują nocleg. Tajemnica tkwi w tym, by szanować kulturę innych narodów, próbować wejść w ich świat, nie narzucając swojego sposobu myślenia.

Wszystkim, którzy obruszają się na wieść o tym, że podczas jednej ze swoich podróży, tym razem do Kambodży, jadł mózg żywej małpy, odpowiada, że to element kultury kulinarnej tego kraju. Choć tamtejszy przysmak nie smakował mu specjalnie, potraktował to jako swoiste wejście w kolejny krąg wtajemniczenia. To tak jak wspinanie się na kolejną, nową górę. Tych przeróżnych specjałów smakował zresztą wiele – począwszy od skorpionów po kobrę. Ale były też wspaniałe momenty, jak sączenie w hawańskim barze El Floridita kultowego koktajlu mojito, rozsławionego przez Ernesta Hemingwaya. Jakaż to musiała być przyjemność, zwielokrotniona zresztą świadomością, że autor „Starego człowieka i morza” przesiadywał właśnie w tym pubie.

Chwil wartych zapamiętania było mnóstwo. I tych przyjemnych, i tych dramatycznych, kiedy to kielecki podróżnik otarł się o śmierć. Po raz pierwszy żegnał się z życiem i towarzyszem swojej podróży – Michałem Szpakiem na pustyni w Iranie. Przebywali w pustynnym mieście Tabas i właśnie tam ktoś powiedział im, że nieopodal można podziwiać piękną oazę. Nie chcieli przepuścić takiej okazji. – Ktoś podwiózł nas autem. Było rzeczywiście pięknie – figi, pomarańcze, kokosy na wyciągnięcie ręki, wokół góry – wspomina podróżnik. – Po zimnej nocy na pustyni, chciałem zerwać owoce. Tak niefortunnie spadłem z drzewa, że pokłułem piętę, która momentalnie spuchła jak bania. Na nic zdało się moczenie jej w wodzie. Ale musieliśmy ruszyć w drogę. Było potwornie gorąco, plastikowe butelki z wodą marszczyły się od upału. Nie traciliśmy jednak optymizmu, sądziliśmy, że szybko złapiemy stopa…

W pewnym momencie podróżnicy zauważyli, że wokół nich zaczyna krążyć wataha dzikich psów. Nie mieli pod ręką ani kamienia, ani patyka, którymi mogliby odgonić zwierzęta. Zaczęli rzucać w stado tym, co mieli w plecakach, ale na niewiele się to zdało. – Nie mogłem biec, bo spuchnięta noga bolała coraz bardziej. Pot zalewał mi oczy, upał odbierał resztki sił – relacjonuje Jacek Słowak. – Wataha podchodziła już do nas na wciągnięcie ręki, pomyślałem sobie, że skończę życie na pustyni, rozszarpany przez psy. W pewnym momencie Michał przypomniał sobie, że ma w bucie jakąś starą kanapkę. Wyjął ją, cisnął w sforę, która rzuciła się na jedzenie i zaczęła gryźć między sobą, dając nam spokój. I wtedy nadjechał jakiś samochód. Mieliśmy za sobą siedem godzin marszu w przerażającej spiekocie. Gdy po podróży wysiedliśmy z auta, całowaliśmy asfalt.

Papuasi zapraszają do raju

Drugi raz otarł się o śmierć w Papui Nowej Gwinei. Był piękny, upalny dzień. – Wybraliśmy się nad ocean, a później popłynęliśmy łódką na plażę otoczoną skałami. Po wspaniałej biesiadzie miejscowi Papuasi zabrali nas czółnami na wysepkę, która wyglądała jak raj. Kobiety zaczęły wyciągać ryż owinięty w liście bambusa, mężczyźni dzidami łowili ryby, a ich towarzyszki obierały je muszlami, a potem smażyły. Dzieciaki skakały do wody i łowiły homary. Tak spędziliśmy cały dzień i gdy już po tych kilku godzinach sielanki, wsiedliśmy do czółen, nagle załamała się pogoda. Zaczął padać deszcz, rozszalała się wichura, zrobił się zimno. Widziałem niepokój w oczach Papuasów, jeśli więc oni zaczęli się bać, to musiało być naprawdę niebezpiecznie.

Jacek wspomina, że łódka, w której siedział, na zmianę pikowała pionowo w dół, a następnie podnosiła się do góry. Walka o przeżycie trwała kilka godzin. – Siedzieliśmy skuleni. Płacz, pisk, wymioty. Nic nie było widać – mówi. Nagle wyłoniła się przed nimi mała wysepka i wiosłując resztkami sił do niej dotarli. Rozebrali się, przylgnęli do siebie nagimi ciałami, okładając się wielkimi liśćmi.

– Do wysepki dopłynęła wówczas tylko nasza łódka, pozostałe dobiły dopiero po dziewięciu godzinach – kończy swoją opowieść podróżnik.

Dramatyczne wydarzenia nie zniechęcają go do podróżowania. Ryzyko zawsze wliczone jest w takie wyprawy i tylko trzeba mieć nadzieję, że z każdej opresji uda się wyjść bez szwanku. Jacek zawsze liczy na dobrych ludzi, którzy wyciągną pomocną dłoń. A żywioły? Cóż, wobec nich zawsze trzeba mieć pokorę. Podróżnik z szelmowskim błyskiem w oku wspomina swój pobyt w… więzieniu w Kolumbii.

– Czekaliśmy z kolegą na lotnisku w Bogocie na samolot. Odszedłem na chwilę od bagaży i nagle spostrzegłem, że ktoś skrada się do naszych plecaków. Domyśliłem się, że chce podrzucić nam narkotyki. Podbiegłem szybko i niewiele myśląc, uderzyłem go. Przyjechała policja, zaprowadziła nas na posterunek na lotnisku. Wówczas mężczyzna poskarżył się, że go pobiłem. Zabrali nas do miasta na komisariat, na nic zdały się moje tłumaczenia, że mam zaraz samolot do Limy. Przesiedziałem w 30-osobowej celi pół doby – wspomina.

… a jak królem będziesz

Mało przyjemne, dramatyczne wydarzenia rekompensują takie, jak choćby to z indonezyjskiej wyspy Sumba, gdzie nasz bohater został królem wioski. Z programu telewizyjnego Martyny Wojciechowskiej dowiedział się, że wyspa ta słynie z niezwykłych obrzędów pogrzebowych. Udało mu się dostać na ceremonię pochówku 2-letniego dziecka. – Nie było to proste, bowiem jest to zamknięta społeczność, która nie dopuszcza obcych do udziału w takich uroczystościach – mówi Jacek Słowak. Ale, jak to często w jego życiu bywa, niezwykły zbieg okoliczności i pomoc obcych ludzi zdziałały cuda. Pewnemu miejscowemu policjantowi pokazał znane tylko sobie sztuczki z pałką oraz kajdankami i w ciągu 15 sekund skuł złapanego przestępcę. Stróż prawa w podzięce poznał go z mężczyzną, który wprowadził podróżnika w niezwykły świat mieszkańców wyspy Sumba.

– Nosiłem wówczas brodę, dzieciaki łapały mnie za nią. Początkowo atmosfera była dość napięta. W pewnym momencie podszedł do mnie chłopiec, chciałem go przytulić, ale okazało się, że oni, aby wyrazić swoje przyjazne uczucia, dotykają się nosami – Jacek Słowak uśmiecha się do swoich wspomnień. – Każdy mężczyzna na tej wyspie nosi miecz, pokazałem im, jak się nim walczy. I wtedy już byłem dla nich kimś. Dali mi miecz, ubrania, założyli turban na głowę, a wódz zabrał mnie na odległość stu metrów, pokazując mi mój nowy dom i dając do wyboru jedną z dwóch kobiet.

I tak oto kielecki podróżnik stał się królem wioski. Na żadną z kobiet jednak się nie zdecydował, wszak w domu czekała na niego żona i czterech synów.

Kolejny cel: Afryka

Jest w opowieściach Jacka Słowaka wielka podróżnicza pasja, ciekawość świata i ogromny szacunek dla ludzi. Jest też mądrość, bowiem wciąż dowiaduje się czegoś nowego o sobie i ludziach. To przecież dla nich przemierza kolejne kilometry. Ot, jak choćby dla polskiej sybiraczki – 92-letniej Henryki Lewczyńskiej, którą odnalazł w Teheranie. – Cel moich wypraw to ludzie, nieustająco szukam też miejsc związanych z Polską  – mówi krótko.

Gdzie wyruszy w swoją kolejną podróż? Palcem na mapie pokazuje Afrykę. Podróżnik chce przejechać 24 tys. kilometrów najpierw zachodnim, a potem w drodze powrotnej – wschodnim wybrzeżem. Razem – 40 państw w ciągu – jak szacuje – siedmiu miesięcy. – Afryka jest ciężka, bardzo niebezpieczna – mówi. Już myśli o tym, jakie przeróbki trzeba zrobić w aucie, które tak dzielnie spisywało się podczas podróży po Azji. Trzeba zwiększyć zawieszenie, moc klimatyzatorów, zamontować większe zbiorniki na paliwo… A potem, kto wie, może porwie się na wyprawę Drogą Kości – z Jakucka do Magadanu. Tam też Polacy – więźniowie łagrów – zostawili swój ślad, usypując z kamieni trakt, pod którym wielu z nich skończyło swój żywot.

Tekst Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia z archiwum Jacka Słowaka

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close