Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


O byciu babcią, wnukach, zdrowiu i badaniach profilaktycznych rozmawiamy z twarzą kolejnej odsłony kampanii „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia”, Bożentyną Pałką-Korubą, wojewodą świętokrzyskim w latach 2007-2015.

Czy pamięta Pani moment, gdy dowiedziała się, że po raz pierwszy zostanie babcią?

Oczywiście! Gdy powiedziała mi to moja starsza córka, byłam zachwycona. Jak się wnuczka urodziła, prawie całą rodziną rezydowaliśmy w szpitalu na Czarnowie i bez przerwy przyglądaliśmy się temu cudowi. Ta prześliczna dziewczynka Matylda… ma teraz 12 lat. Nie jest już dzieckiem, ale – jak mi ostatnio uświadomiła – nastolatką, zgodnie z nomenklaturą. Więc cóż mi pozostało, uznaję to i szanuję, bo przecież rozmawiam już z poważnym, młodym człowiekiem (śmiech).

Czy zastanawiała się Pani wtedy, jak bycie babcią zmieni Pani życie?

Niespecjalnie. Byłam tuż przed objęciem stanowiska wojewody, więc dzieci nie mogły liczyć na stałą opiekę przy wnuczce. Bywałam w domu tylko w weekendy. Mimo to, gdy tylko miałam chwilę, zapisywałam się na wszystkie dyżury przy wnuczce. Uważałam, że babcia tak powinna właśnie robić. Zresztą dla mnie nie był to nieprzyjemny obowiązek, do dziś, jak tylko mogę, z przyjemnością spędzam czas z moimi wnukami, bo teraz mam ich już czwórkę. Nigdy nie bałam się z nimi zostać, nawet jak były całkiem małe. Wychodzę z założenia, że z dziećmi sobie radzę: oporządzę, przewinę, zapewnię rozrywkę.

Przy czwórce wnucząt ma Pani pewnie dużo do opowiadania. Podzieli się Pani?

Najlepiej pamiętam opiekę nad najstarszą wnuczką, nadal mamy świetny kontakt. Była niezwykle poważnym dzieckiem. Dotrzymywała umów, jak miała grzecznie siedzieć, to siedziała. To nie znaczy, że dawała się przestawiać z kąta w kąt, ale jak już się na coś umówiła, to tak robiła. Gdy była naprawdę mała, pojechałyśmy razem na wczasy. Trochę się bałam daleko wyjeżdżać, więc wybrałam Sielpię. To wspaniała okolica, prawie jak nad morzem, jest deptak, rowerki wodne, wózki. Tak jej się tam spodobało, że za rok też chciała do Sielpi. I w następnym też. Teraz mogłabym z nią pojechać już znacznie dalej, ale gdy pytam Matyldę, dokąd chce się wybrać, ona niezmienne odpowiada, że do Sielpi. Byłyśmy tam już co najmniej 6 razy. Teraz atrakcji dla dzieci jest tam więcej, bo otworzono park linowy, jest stołówka, gdzie jada się jak na kolonii, lokal z domową kuchnią, gdzie są najlepsze na świecie placki ziemniaczane. I tak powtarzamy te nasze wspólne wyjazdy do dziś. Czasem dołączają do nas pozostali członkowie rodziny.

Podobno babcie są przede wszystkim od rozpieszczania.

Chyba nie jestem typową babcią, bo wypełniam zalecenia córek. Wychodzę z założenia, że wnuki do „bardziej surowych” rodziców wrócą. Trudniej im będzie wówczas stosować się do zasad panujących w rodzinnym domu. Tak naprawdę rozpieszczaniem robi się krzywdę jednym i drugim. Dlatego, gdy córki mówiły mi, że „tak ma być”, to się tego trzymałam. Teraz – być może z racji wieku i tego, że chciałabym, by dzieci mnie dobrze wspominały – zaczęłam być bardziej spolegliwa, ale tylko trochę.

A może to przez doświadczenie? Przecież jest pani babcią wielokrotną.

Dokładnie czterokrotną. Mam dwójkę wnuków i dwie wnuczki, sprawiedliwie. Matylda, lat 12 ma brata Antka, lat 7. Potem jest 5-letni Staś i 2,5 letnia Inka. Każde z nich jest inne i każde ma wspaniałe cechy, które z największą przyjemnością obserwuję. Nawet jakby mi pod przymusem kazali wskazać, które z nich lubię bardziej, czy wolę z nim przebywać, to nie potrafiłabym tego zrobić. Najmłodsza wnuczka jest fizycznie podobna do tej najstarszej, choć każda z nich ma inną mamę. Na dodatek Inka ma na drugie Bożentyna. W całej Polsce o tym imieniu jesteśmy tylko my dwie.

A skąd tak wyjątkowe imię?

To zasługa urzędnika w Chmielniku, trochę rozrywkowego, który nadawał imiona, jak mu się wpisało. Zapisywała mnie babcia, mama była chora, a tata w delegacji. Poszła i powiedziała, że ma być Bożenka, a urzędnik na to, że tak nie może być, bo to jest zdrobnienie. No i wymyślił: Krysia – Krystyna, Bożenka – Bożentyna. Tak mi to opowiedziała babcia, gdy z płaczem przyjechałam z USC w Chmielniku, gdzie dostałam akt urodzenia przed maturą. Nasz wychowawca się uparł, że każdy musi przywieźć dokument. Protestowałam, bo przecież każdy wie, jak ma na imię. No i co? Okazało się, że nie każdy, a jedną z nich jestem ja. Nie byłam Bożeną, tylko Bożentyną. Szybko się przyzwyczaiłam, a teraz to już nawet nie muszę nazwiska podawać, bo wszyscy wiedzą, że o mnie chodzi. Teraz to imię nosi jeszcze moja najmłodsza wnuczka Inka Bożentyna. Jestem z tego dumna.

A jak to jest z tymi babciami? Powinny być na każde zawołanie dzieci i wnuków, czy raczej mieć czas dla siebie?

Wszystko zależy od umowy między rodzicami i dziadkami. Jeśli tak się dogadują, że to właściwie babcia przejmuje obowiązki, bo rodzice pracują, to tak. U mnie tak nie jest. Każdy ma prawo mieć czas dla siebie i wszyscy, zwłaszcza najbliżsi, powinni to szanować. Moje dzieci zawsze pytają z wyprzedzeniem, czy mogę zająć się wnukami. Gdy bardzo im zależy na terminie, to nawet dwa miesiące wcześniej. I pilnują mnie, abym sobie zapisała i już niczego na ten dzień nie wymyśliła.

Czyli ma Pani czas wolny. Co Pani wtedy robi?

Trochę pracuję, choć jestem już w wieku emerytalnym. Gdy mam czas, namiętnie gram w brydża, właściwie o każdej porze, w różnych czwórkach i konfiguracjach. Z przyjaciółmi, seniorami, gdy tylko ktoś daje hasło, nie odmawiam. Poza tym bywam u znajomych, odwiedzam różne miejsca. Tak naprawdę nie mam zbyt wiele czasu. Dbam o zdrowie, staram się dobrze odżywiać, nadal ćwiczę. To pomaga usuwać te drobne niedogodności, które pojawiają się z wiekiem. Poza tym chętnie spędzam czas z wnukami.

Zachęca Pani do badań hasłem: „Zostań superbabcią. Badaj się”. Czy czuje się Pani superbabcią?

Ależ oczywiście (śmiech).

Czym cechuje się superbabcia?

Po pierwsze powinna być zdrowa, by mieć siłę i czas na zabawę z wnukami. Musi być wszechstronna. Wnuki potrafią mieć naprawdę różnorodne zainteresowania, a co to za babcia, co nie może o tym z nimi porozmawiać? No i musi umieć robić fajne rzeczy, które tylko babcia potrafi: szydełkować, piec ciasta, jeździć na rowerze. Po to właśnie są babcie. Odpowiedzialność za życie, rozwój dziecka spada na rodziców, więc… cóż innego babciom pozostaje? Muszą być super! Oczywiście powinny znać granice rozpieszczania wnucząt. Nie można zasypać wnuków słodyczami, bo będą ich bolały brzuchy, a i zęby będą dziurawe. To do niczego dobrego nie doprowadzi. Jeden z moich wnuków jest bardzo wyedukowany na temat szkodliwości różnych produktów. O cukrze mówi biała śmierć, a potem spokojnie zjada kawałek białej czekolady, którą po prostu uwielbia. No i kto ma tego pilnować, by ta czekolada nie zaszkodziła? Oczywiście babcia!

A czy ma Pani marzenia?

Jedno. Chciałabym zobaczyć, jak moje wnuki radzą sobie w życiu, kim są, co robią. Szczęśliwie mają mądrych rodziców, którzy nie planują im kariery. Antek i Staś chodzą na treningi piłkarskie, bo to lubią, więc wierzę, że będą co najmniej Lewandowskimi. Najstarsza wnuczka chodzi do szkoły muzycznej, ma talent po tacie, perkusiście zespołu metalowego. Ojciec ją edukuje muzycznie, a Matylda – mnie, podrzuca mi różną muzykę, abym zobaczyła, czy mi się podoba. Inka jest jeszcze za mała na życiowe pasje. To są normalne, zadowolone, szczęśliwe dzieci. I to ich największy atut.

Gdy zapytaliśmy, czy weźmie Pani udział w naszej kampanii „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia”, od razu odpowiedziała Pani „tak”.

Rozmów o profilaktyce zdrowotnej nigdy dość. Jeśli uda mi się przekonać choć jedną osobę do badań, to już było warto. Chwilę się wahałam, bo…. przestraszyłam się tych zdjęć i billboardów. Nie czuję się osobą, która powinna się tam znaleźć. Ale skoro trzeba, bo na pewno warto, to czemu nie? Zresztą teraz, jak patrzę na gotową grafikę, to widzę, że wyglądam przyjaźnie.

Rak szyjki macicy rozwija się 10 lat…

Gdy byłam młodą dziewczyną, miałam zaprzyjaźnioną sąsiadkę. Zmarła na raka szyjki macicy. Ta śmierć była dla mnie dużym przeżyciem. Wtedy jeszcze niewiele o tej chorobie wiedziałam, ale czułam, że trzeba się badać. Gdy się jest chorym, to trzeba się leczyć, jak potrzebujemy operacji, to nie ma się nad czym zastanawiać, tylko działać. Jak najszybciej, by nie narażać się na to, że ta choroba zatruje nasz organizm. Uważam, że skoro lekarz kieruje na badanie, to trzeba iść i sprawdzić. Z rakiem szyki macicy sprawa jest prosta. Ten 10-letni okres wykluwania i rozwoju choroby to jest 10 lat szansy na to, by się uratować, być zdrowym. Szmat czasu, ale pod warunkiem, że regularnie się badamy.

To nie pierwszy Pani udział w kampanii profilaktycznej.

Jeszcze jako wojewoda robiłam kampanie prozdrowotne. Jedna z pierwszych „Kochaj życie” dotyczyła cytologii i mammografii. I powiem, że byłam zdumiona, bo nawet osoby na eksponowanych stanowiskach nie chodziły na badania. Prosiłam, by poszły ze mną. Moja znajoma dzięki badaniu dowiedziała się o nowotworze w bardzo wczesnym stadium i szybko została wyleczona. Do dziś cieszy się zdrowiem i przede wszystkim życiem. To dowód, że warto się badać. Co więcej – to nasz obowiązek. Bo tylko dzięki regularnym badaniom mamy pewność, że jesteśmy zdrowe, a przez to nie sprawimy problemów sobie i najbliższym. Drogie panie, trzeba się badać!

Niektóre panie, rezygnując z badań, narzekają: że to kłopotliwe, że trzeba stać w kolejkach, czekać na terminy.

Bez przesady. Z profilaktyką jest coraz lepiej. Standard badań cytologicznych i mammograficznych poprawił się. Mamy coraz lepsze i dokładniejsze aparaty oraz narzędzia, jak choćby ta szczoteczka, która pozwala dokładnie pobrać wymaz. Świat poszedł do przodu, nasza świadomość także nie może stać w miejscu. Tylko profilaktyka daje gwarancję zdrowia. Po prostu wystarczy się badać.

Są panie, które nie badają się, z obawy, że są chore.

Znam takie. A potem jak już idą, to mówią: „A nie mówiłam, wykryli i zaraz umrę”. Bo chorobę zdiagnozowano w takim stadium, że już nie nadaje się do leczenia. A przecież mamy 10 lat! Na dodatek rak szyjki macicy jest prawie w 100 proc. wyleczalny, więc nawet jak wykryją, a nie jest w zaawansowanym stopniu, z przerzutami, to prawie pewne jest, że da się nas wyleczyć. Badajmy się!

Dziękujemy za rozmowę.

***

Stowarzyszenie PROREW wspólnie z partnerami realizuje kampanię „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia”, oferując akcję informacyjną i dostęp do badań dla pań w wieku 25-59 lat, mieszkanek Kielc i Kieleckiego Obszaru Funkcjonalnego, czyli gmin: Sitkówka-Nowiny, Strawczyn, Zagnańsk, Piekoszów, Morawica, Miedziana Góra, Masłów, Górno, Daleszyce, Chmielnik, Chęciny.

Jeśli chcesz się zbadać, wypełnij formularz dostępny na stronie www.jestemkobietacytologia.org, i dostarcz go do biura projektu: (e-mail: cytologia@jestemkobieta.org lub listem na adres: Stowarzyszenie PROREW, ul. Kasztanowa 12/16, 25-555 Kielce). Wkrótce skontaktują się z Tobą pielęgniarki z przychodni, które umówią Cię na badanie w wybranym przez Ciebie terminie.

Zapraszamy także na spotkania poświęcone badaniom cytologicznym, które zorganizujemy w pobliżu Twojego miejsca zamieszkania. Pełną i ciągle aktualizowaną listę spotkań znajdziesz na stronie internetowej projektu (www.jestemkobieta.org/cytologia) oraz na profilu kampanii na Facebooku: (www.facebook.com/jestemkobietacytologia).

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close