Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Choć początki zorganizowanej turystyki w naszym kraju sięgają końca XIX stulecia, piękno regionu świętokrzyskiego przyciągało miłośników przyrody, historii czy zabytków już wiele lat wcześniej. Jedni podróżowali dla czystej przyjemności, pragnąc przeżyć niezapomnianą przygodę, inni podejmowali wyprawy naukowe, aby zachwycać się pamiątkami przeszłości, poznawać miejscowy folklor lub badać złoża minerałów. Najważniejsze, że pozostawili nam znakomite opisy miejsc, które mieli okazję odwiedzić. Poza osobistymi wrażeniami przytaczali historyczne fakty czy ciekawe ludowe legendy.

Z nostalgią czytamy dziś te dawne notatki z podróży. Urzekają barwne szczegóły wycieczek, prowadzących często po nieprzetartych szlakach i piaszczystych czy kamienistych drogach. Za to humor i swoboda obficie powetują brak wygód – twierdził Aleksander Janowski, jeden z pionierów polskiego krajoznawstwa. Dodawał przy tym, że wina czerwonego trochę jest bardzo w drodze przydatne, bowiem tak do wody, jak i do herbaty dolewane, czyni je smaczniejszemi i zdrowszemi.

Najsłynniejsza góra

Miejscem przyciągającym podróżujących po naszym regionie był Święty Krzyż, odwiedzany od stuleci przez rzesze pielgrzymów, z zabytkowym kościołem i klasztorem, a do tego słynący ze wspaniałej przyrody, niezwykłych gołoborzy i starodawnych legend. Dla niemal wszystkich był to obowiązkowy punkt programu wyprawy.

Droga na słynną górę, od Nowej Słupi prowadząca, była może niezbyt wygodna, ale za to wielce atrakcyjna: Położenia i widoki rozmaite, wioski z sadami, góry obrosłe i nagie różnego kształtu, lasy jodłowe, łąki, pola, parowy, wąwozy, strumyki; wszystkie te bogactwa i odmiany pięknej krainy, coraz inaczej bawią i zajmują – zapisała w swych wspomnieniach Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, która na wycieczkę wybrała się w 1824 roku. Wspinaczka na szczyt była dla niej też przyjemna, bo droga nie jest bardzo przykra, lubo skalista i śliska. Jodły, graby i inne drzewa dodając cieniu, milszą podróż czynią, można nawet ochładzać się, to wodą z wybornego źródła, to malinami i poziomkami, które obficie tam rosną. Wrażenie robiło benedyktyńskie opactwo. Kościół świętokrzyski panuje nad całą okolicą – zanotowała pani Klementyna po udanej wspinaczce. Już nie raz w dnie słotne, w które to lato tak obfitowało, widziałam chmury przesuwające się u stóp kościoła, a wysokie wieże jego i krzyż jaśniejący, często jakby owinięte się okazywały tą powietrzną zasłoną. Widok ten zajmował mnie nowością; cieszyłam się, że tam wstąpiwszy, będę widziała obłoki pod nogami memi – zachwycała się znana pisarka i wychowawczyni młodzieży.

Klasztor na Świętym Krzyżu (Biblioteka Narodowa/Polona)

Na drogę uskarżał się nieco krajoznawca i miłośnik historii Oskar Flatt: Od chwili jak wjechałem w puszczę świętokrzyską poznałem dopiero do jakiego stopnia idealnej doskonałości może dojść nieprzebytość dróg naszych. Droga do Nowej Słupi kamienista, znurtowana korzeniami i wybojami. A jednak nie czułem ja z razu znużenia, ani też zrażały mnie te lekkie niewygody – napisał w tekście opublikowanym w 1856 roku. Zdumiony był jednakże widokiem klasztoru i jego otoczenia w rześki sierpniowy poranek. Ujrzałem roztwierającą się przede mną koronę leśną, i tam wysoko, na zieleniejącej płaszczyźnie wystrzelił przed oczy poważnemi kształty kościół i klasztor świętokrzyski. Jeszcze w śnie słodkim pogrążona była cała dookoła natura, tylko różowy odblask, jakby nadzieja jutrzenki, drgał na ostrym szczycie wieży wieńczącej kopułę. Przez chwilę ze czcią i wzruszeniem spoglądałem na ten widok. A potem w biegu już stanąłem u stóp świątyni, na zrębie gęstwiną puszczy obrosłej góry – i całą piersią i całą dusza wsiąkałem w niebiański obraz wschodzącego słońca.

Poeta i powieściopisarz Julian Ursyn Niemcewicz udał się na Łysą Górę w 1811 roku. W jego opisie zachwyt nad opactwem i otaczającymi go pięknymi okolicznościami przyrody miesza się z narzekaniem na trudy podróży na szczyt. Góra ta otoczona zewsząd pasmami gór równie prawie wyniosłych, okrążona i okryta jest całkiem niezmiernemi drzewy jodeł, buków, modrzewi i grabów. Cała jest granitowa, mająca wszystkie charaktery gór pierwiastkowych. Po niezmiernej pracy wdarłem się na szczyt piechotą, pomimo utrudzenia, pełen żywego uczucia, żem stąpał po ziemi, po której pierwsi z Piastów chodzili nieraz – zanotował.

Atrakcją był widok z kościelnej wieży, który Aleksander Janowski opisał jako „niepowszedni”, gdyż przy pogodnym dniu na południu kontury Tatr wybornie rozróżnić można, a uzbrojone w lunetę oko dokładnie zobaczyć może: Bodzentyn, Kielce, Chęciny, Busko i Kazimierz nad Wisłą. Ciekawe też odebrać można wrażenie ze szczytu wieży, gdy góra ginie we mgle. Często bowiem na dole dzień jest pogodny, góra zaś od połowy jest pogrążona w chmurze. Jakaś bezbrzeżna niezmącona cisza otacza wtedy widza. Ten nieprzebity dla oka ocean mgły jakieś dziwne budzi uczucia lęku, a zarazem spokoju. Dziś także możemy podziwiać panoramę z wieży świętokrzyskiego kościoła, niedawno odbudowanej po zniszczeniach I wojny światowej. Znakomitym miejscem do wędrówek była, rzecz jasna, Puszcza Jodłowa. Stanisław Thugutt pisał o borze łysogórskim na łamach „Ziemi” w 1910 roku: Znaleźć w przeludnionym Królestwie taki kąt cichy, takie odludzie, jak tu w tym boru, nie jest rzecz łatwa. Można iść godzinami, można iść dzień cały bez mała nie spotkawszy żywej duszy przed sobą, nie widząc nic, jeno mchy i skały u stóp i lazurowy sklep nieba nad sobą.

Jan Filip i Stanisław August

Jedne z najstarszych opisów naszego regionu pozostawił Jan Filip Carosi. Był Włochem z pochodzenia, od lat 70. XVIII stulecia podróżował po Polsce, prowadząc m.in. badania nad zasobami surowców mineralnych. Jego krajoznawczo-geologiczne zapiski są dziś ważnym źródłem wiedzy. Poza sporządzonymi fachowymi relacjami na temat stanu rodzimego górnictwa czy hutnictwa, poczynił także dość szczegółowe notatki dotyczące wielu świętokrzyskich miejscowości, w których przebywał. Wyniki swych badań opublikował po niemiecku w dwutomowych „Podróżach po różnych prowincjach Polski”, jednakże dość obszerne fragmenty tejże pracy ukazały się w polskim tłumaczeniu na łamach XVIII-wiecznych polskich periodyków. Znajdziemy tam opisy m.in. Kielc, Chęcin, Morawicy, Samsonowa, Pierzchnicy, Szydłowa, Kurozwęk, Staszowa, Osieka czy Nowego Korczyna.

Przykładem „turystyki elitarnej” tego okresu jest podróż z Warszawy na Ukrainę, którą w 1787 roku przedsięwziął król Stanisław August Poniatowski. Jej przebieg opisywał na bieżąco Adam Naruszewicz, dzięki czemu mamy dawne opisy wielu polskich miast, miasteczek czy wsi, ich zabytków oraz ośrodków przemysłowych, którymi monarcha wielce się interesował. Wspomnijmy, że relacje z tej podróży były niemal „na żywo” – jak na ówczesne warunki – publikowane w „Gazecie Warszawskiej”. Trasa monarszej wyprawy wiodła także przez region świętokrzyski, gdzie król odwiedził kilkadziesiąt większych i mniejszych miejscowości, m.in. Końskie, Pomyków, Miedzianą Górę, Maleniec, Radoszyce. Z upodobaniem zwiedzał zakłady przemysłowe, szczególnie wielkie piece, fabryki żelaza i broni, jak np. w położonym między Końskimi i Przysuchą Ruskim Brodzie, gdzie oglądał Najjaśniejszy Pan w tej fabryce tym pożyteczniejszej dla kraju, iż się w niej arsenały nasze potrzebną amunicją opatrują, jakim sposobem leją się kule, bomby i kartacze i jak się polerują, co zanotował Naruszewicz.

Miasta, miasteczka…

Chętnie odwiedzanym miejscem naszego regionu był, podobnie jak i dziś, „starożytny” Sandomierz i jego okolice. Wycieczkę w okolice Sandomierza można uważać za najprzyjemniejszą w kraju. Nawet Góry Świętokrzyskie nie mają tak wielu pięknych i rozmaitych widoków, gdyż niezbyt obfitują w duże rzeki i wody, których tutaj jest pod dostatkiem – zanotował Aleksander Janowski. Także tamtejsi mieszkańcy byli dobrze postrzegani: Lud sandomierski czyni wrażenie nadzwyczaj przyjemne. Jest on bardzo grzeczny, uczynny i pobożny, a choć nie jest tak uprzedzająco gościnny jak lud kielecki, nie mniej jednak serdecznie wita gościa w swej chacie, a za mleko zwykle nie chce przyjąć zapłaty. Choć żal było z Sandomierza wyjeżdżać, to jednak i zachwycony podróżny musi zakończyć swój pobyt w tym grodzie pamiątek i pomyśleć o powrocie z tego zaczarowanego snu do szarej monotonnej jawy codziennego życia.

Panorama Sandomierza (Biblioteka Narodowa/Polona)

W sierpniu 1826 roku złożyła wizytę w Sandomierzu Klementyna z Tańskich Hoffmanowa. Dwa dni spędziłam mile w tem mieście tyle sławnem, a dzięki uprzejmym moim przewodnikom, sądzę żem widziała wszystko co do widzenia było. Przed laty, dokładne zwiedzenie Sandomierza byłoby zapewne więcej dni zajęło; był czas kiedy to miasto niemal pierwsze po Krakowie trzymało miejsce, o wiele przewyższało Warszawę – dziś rzeczy inaczej stoją: czas zmiennik przeistoczył je zupełnie. Wioski teraz blisko o mile od Sandomierza odległe, Złota, Szewce i inne, dawniej były przedmieściami, gdzie rzemieślnicy tych cechów mieszkali – zapisała. Zachwycała się krajobrazem: Pięknego i obszernego widoku na okolice z wielu miejsc użyć można, zwłaszcza spod urządzonych tarasów pod zamkiem. Widziała bowiem stamtąd „nadobny Trześń”, Wielowieś, Dzików głośny czarującem położeniem (choć żałowała, że tylko za pomocą perspektywy, z wielkim żalem że tak z daleka). Pokazano pani Klementynie także z północy zatoczone wzgórza, zwane pieprzową górą.

Dobre wrażenie robiły Kielce. Z miast wojewódzkich, które dotąd widziałam, to najokazalsze mi się wydaje; dojeżdżając do niego z góry piękny widok przedstawia, bo leży na pochyłości wzgórza, wśród gór i lasów z jednej strony, pól i łąk z drugiej. Zamek dawniej biskupi, dziś rządowy, o czterech wieżach, kilka dawnych kościołów, starożytną postać mu dają; rynek ma wcale piękny i obszerny, domy zajezdne, bruk dobry – wspominała pani Hoffmanowa. Zaś o tym, że stolica regionu leży w miejscu urozmaiconem wielu odmianami dowiadujemy się z wydanego w 1821 roku „Przewodnika dla podróżujących w Polsce i Rzeczyspospolitey Krakowskiey”. W tymże dziele czytamy także, że i dobrze zabawić się w Kielcach można, gdyż kilka jest oberżów, a pomiędzy temi najlepsza w rynku Wóytostwo nazwana, w niey się odbywają reduty, bale i kassyna.

Widok Kielc (Biblioteka Narodowa/Polona)

Opatów przedstawiał się bardzo przyjemnie, względnie czysto i sympatycznie. Wąski długi rynek w części zadrzewiony i schludne przy nim domy, miłe robią wrażenie, wysoko nad miastem stercząca kolegiata imponuje wyniosłością swych wieżyc, ulice obsadzone drzewami zamienią się z czasem w piękne aleje – pisał Aleksander Janowski. Ciekawy opis Staszowa z roku 1785 pozostawił Jan Filip Carosi. Miasteczko jest dosyć regularne i po większej części nowo pobudowane. Rynek, ulice główne i poboczne są dobrze wybrukowane i dosyć ochędożnie trzymane. Jednak w pobocznych ulicach są jeszcze niektóre drewniane domy, pozostałe z dawniejszych czasów. Wielki nowy gościniec jest także murowany; jest to tylko budynek o jednym piętrze, atoli jednak znajduje się w nim kilka izb osobniejszych, w których przyjeżdżający znajdują taką wygodę, o jaką trudno gdzie indziej w Polszcze. Kto nawet nie ma z sobą kucharza, może tu za tanie pieniądze mieć niezły stół i różne trunki.

Warto było odwiedzić Pińczów, bo – zdaniem Klementyny z Tańskich Hoffmanowej – zawsze zdobi je piękne położenie, a pamięć przeszłości ceny dodaje czy Końskie, gdyż całe miasto jest  wcale porządne, budynki po większej części murowane, ludność znaczna, traktyernia dobra, bułki smaczne. Końskie – z kolei w opisie Carosiego – mają jeden wielki rynek w kwadrat podłużony, kilka znacznych ulic i wiele domów, które się z swemi podwórzami daleko rozciągają, jest zaś wcale otwarte, nie ma naokół żadnego wału, rowu ani muru. Miasteczko to w porównaniu z wielu innemi ma się bardzo dobrze, kwitnie w nim przemysł i można w nim wiele rzeczy dostać, których by daremnie szukał u innych.

Nieco gorsze wrażenie sprawiał niegdyś Bodzentyn. Stan dzisiejszy miasteczka godny jest pożałowania: z zamku ruina, z ogrodów kilka zaledwie drzew pozostało, ratusz w roku 1832 kazał rozebrać chciwy burmistrz tutejszy, z murów miejskich pozostały drobne tylko szczątki, do których poprzylepiano wątłe chałupki drewniane. Jedynie kościół tutejszy przetrzymał ciężkie koleje i dziś zaciekawia wędrowca swemi zabytkami, których pozazdrościć może niejedno wielkie miasto – pisał w 1900 roku Aleksander Janowski.

Z przewodnikiem w kieszeni

Wyprawa w ciemno, choć zapewne gwarantuje sporo przygód, nie zawsze bywa udana. Stąd dla osób niezbyt obeznanych z okolicami, które przyjdzie im zwiedzać, mała „ściągawka” jest bezcenna. Narodziny przewodników turystycznych – usystematyzowanych opracowań, do jakich dziś jesteśmy przyzwyczajeni – to przełom XIX i XX stulecia. Jednakże już w 1821 roku wydany został w Warszawie, wspomniany już wyżej i nieco długi tytuł noszący, „Przewodnik dla podróżujących w Polsce i Rzeczyspospolitey Krakowskiey, obejmujący opisanie miast znaczniejszych oraz ich okolic, jako też pałaców, ogrodów i wiejskich mieszkań znakomitszych, wykaz wszystkich traktów pocztowych…”. Autorem tej pracy był Józef Wawrzyniec Krasiński, który, co dla nas istotne, nie omieszkał zawrzeć tam informacji o regionie świętokrzyskim. Opisy miejscowości są, co prawda, dość lakoniczne, lecz autor zamieścił w swej książce m.in. użyteczne dane dotyczące podróżowania po wytyczonych wówczas traktach, np. z Krakowa do Warszawy, z Warszawy do Lublina lub z Kielc do Stopnicy. Odległości między miejscowościami posiadającymi placówki pocztowe podane były w milach, a w drogę wyprawiano się – jak łatwo możemy się domyślać – konnym powozem czy dyliżansem.

Ogromnym ułatwieniem dla turystów były późniejsze przewodniki, które – oprócz opisów i wielu praktycznych informacji – zawierały także porady na zorganizowanie owocnej wycieczki. Znakomitym znawcą tematu był Tadeusz Dybczyński, wielce zasłużony krajoznawca, geograf i popularyzator piękna Gór Świętokrzyskich. W swym przewodniku z 1919 roku pisał: Zwiedzanie Łysogór może być dokonywane zarówno końmi i na rowerze, jak i pieszo, ale tylko ten ostatni rodzaj wędrowania pozwala istotnie zaznajomić się dokładniej z okolicą. Wycieczki, tak już na szczęście w naszym kraju najczęściej bywa, urządzane są, zazwyczaj bądź dla przyjemności jedynie, bądź dla poznania danej miejscowości naukowo, i to albo ogólnie, albo specjalnie, pod jakimś jedynym względem. Zależnie od tych celów, wycieczki muszą mieć i odpowiednio uplanowaną marszrutę.

Problemem kilkudniowych wędrówek były noclegi, toteż Dybczyński radził: Najpraktyczniej zwiedzać Góry Świętokrzyskie w niewielkiej gromadce. Łatwo wówczas o noclegi i w ogóle o gościnę, gdziekolwiek się jest. Większa ilość osób sprawia zazwyczaj sobie i innym kłopot. Wszelkie tłumne wycieczki, o ile już muszą być urządzane, winny uprzednio porozumieć się z okolicznem obywatelstwem, inaczej bowiem byłyby zaskoczone brakiem miejsca na noclegi oraz żywności. Na wsiach również włościanie niechętnie goszczą gromadniejsze wycieczki, zaś o nocowaniu w chatach gospodarzy nie ma mowy, i w ogóle o noclegach w mieszkaniach. Często  pozostawały wiejskie stodoły. Nocleg w stodole na słomie lub sianie należy do rzeczy zupełnie przyjemnych i zdrowych, trzeba się tylko nieco do niego przyzwyczaić – zachęcał nasz krajoznawca. Ważne było także umiejętne nawiązywanie kontaktów z mieszkańcami wsi i miasteczek podczas wędrownego życia. Przede wszystkim należało pamiętać – jak zaznaczył autor przewodnika – że  mieszczan miasteczek w ogóle, a zwłaszcza Bodzentyna nigdy nie można nazywać przez „wy”, lecz przez „pan”. Są pod tym względem bardzo drażliwi i nieraz już turyści byli narażeni z tej przyczyny na różne niemiłe niespodzianki. Turyści winni też pamiętać, iż, udając się do domostw ludu, nie inaczej jak przez „pochwalony Jezus Chrystus” powinni witać gospodarzy; pominięcie tego pozdrowienia wytwarza zwykle nieufność i wielce utrudnia dostanie żywności lub noclegu. Jak widzimy, udając się w jakąkolwiek podróż – i to obowiązuje do dziś – warto znać lokalne zwyczaje.

Zachęcam do lektury wielce ciekawych opisów dawnych podróży. Część z nich wydano w postaci reprintów lub współczesnych opracowań, część to pachnące starym papierem książki sprzed lat. Można je znaleźć w księgozbiorach bibliotek, a w nowoczesnej formie – korzystając z dobrodziejstw współczesnej techniki – także na internetowych stronach bibliotek cyfrowych, np. Świętokrzyskiej Biblioteki Cyfrowej czy Biblioteki Narodowej – Polona. Wspomniałem (i jest to mój czysto subiektywny wybór) tylko niektórych z wielu podróżników popularyzujących niegdyś region świętokrzyski. Opisać dokonania wszystkich to temat na solidnej grubości książkę.

Tekst Jacek Korczyński

Wykorzystałem m.in. prace: J. F. Carosi „Podróż przez niektóre Prowincye Polskie” („Magazyn Warszawski” 1784-1785, „Pamiętnik Historyczno-Polityczny” 1784); A. Naruszewicz „Dziennik podróży Króla Jegomości Stanisława Augusta na Ukrainę i do innych ziem koronnych roku 1787 (Warszawa 1788) oraz „Dyariusz podróży Króla Jegomości…” („Gazeta Warszawska” 1787); A. Janowski „Wycieczki po kraju” (Warszawa 1900); K. z Tańskich Hoffmanowa „Przejażdżka w Sandomierskie” („Dzieła…” T. 5, Warszawa 1876); O. Flatt „Góra Świętokrzyska. Ustęp z notatek podróżnych” („Księga świata” cz. II, Warszawa 1856); J. U. Niemcewicz „Podróże historyczne po ziemiach polskich między rokiem 1811 a 1828 odbyte” (Paryż 1858); T. Dybczyński „Góry Świętokrzyskie” (Warszawa 1919).

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close