Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Przyszły na świat 10 lat temu, a każda ważyła mniej niż kilogram. Dziś Karolina, Julia, Oliwia, Maja i Natalia, czyli kieleckie pięcioraczki, są dumą i radością swoich rodziców. Ich mama Paulina Szymkiewicz wspiera kampanię społeczną „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia”, zachęcającą panie do profilaktycznych badań. Nam opowiedziała o blaskach i cieniach wielokrotnego macierzyństwa. Zajrzyjmy wspólnie do świata, w którym wszystko mnoży się przez 5.   

Urodziła Pani pięcioro dzieci jednocześnie, co zdarza się raz na 52 miliony porodów. Czuje się Pani wyjątkowa?

Nasza sytuacja jest raczej niecodzienna. Zostałam mamą 5 córek błyskawicznie, bo w ciągu 5 minut. Razem wzbudzamy zainteresowanie. Zdarzają się też śmieszne sytuacje. Podejrzewano mnie, że opiekuję się grupą taneczną czy przedszkolną i kupuję im kostiumy. Ostatnio krawcowa nie mogła uwierzyć, że Karolinka to jedna z pięcioraczek. Musiałam pokazywać zdjęcia w komórce, filmiki w Internecie.

Czyli jednak jesteście wyjątkowi?

Podchodzę do tego normalnie, bo to nasza rodzina, nasze życie. Na innych ciągle robi to wrażenie. Pytają, jak sobie radziliśmy, gdy dziewczynki były małe. Było trudno. Samo przebranie czy nakarmienie dziewczynek zajmowało dużo czasu. Teraz nie jest łatwiej. Wieczorami mam obchód od łóżka do łóżka, z każdą staram się spędzić trochę czasu. Często po tym padam i budzę się za kilka godzin.

W telewizji można śledzić losy Gosselinów, rodziców z bliźniakami i sześcioraczkami w programie „2+8”. Teraz poznajemy kolejne pięcioraczki w „Sześć razy córka”. Nie wierzę, że żadna polska telewizja nie chciała pokazać reality show z życia Pani rodziny.

Mieliśmy takie propozycje. Pierwsza pojawiła się, gdy dzieci miały 1,5 roku. Nie ukrywam, że było to kuszące finansowo, a wiadomo, że wtedy przydałyby się pieniądze. Mimo to nie zdecydowaliśmy się. Stwierdziliśmy, że jednak nie nadajemy się do „Big Brothera”. Kamery miały być z nami 24 godziny na dobę. Na tamten moment naszym priorytetem było zdrowie córek. Bardzo cenimy i chronimy naszą prywatność, choć nie do końca to możliwe, bo nie jesteśmy anonimowi. Wszelkie propozycje medialne analizujemy i wybieramy te najciekawsze.

Mimo to mówiono i pisano o Was sporo.

Przez pierwsze lata trudno się było od mediów opędzić. Zdarzało się po kilka telefonów dziennie. Media chętnie chciały pisać o nas, bo pięcioraczki rodzą się raz na 52 miliony. Ponadto my mamy same dziewczynki, a to drugi przypadek na świecie. Nie to jednak nas głównie zajmowało. Przez 3 lata jeździliśmy na konsultacje do specjalistów, by sprawdzić, jak nasze wcześniaki, się rozwijają. Zdarzało się, że nawet 3-4 razy w tygodniu byliśmy w Krakowie czy Warszawie. Nie mieliśmy czasu, by kontrolować, jak nas pokazują.

Rozumiem, że nie są to miłe wspomnienia.

Zdarzały się przykre sytuacje, które wpłynęły na to, jak nas inni odbierają. Kiedyś rozmawiałam z mamą dziecka chodzącego do klasy z dziewczynkami. Przyznała mi się, że razem z innymi mamami obawiała się, że moje dziewczynki będą gwiazdorzyć i to źle wpłynie na pozostałe dzieci. Stwierdziła, że nie może wyjść z podziwu, jakie córki są skromne, grzeczne, ułożone. Miło to słyszeć. Boli mnie, że za moimi dziećmi ciągnie się nie do końca dobra sława.

Może ta wyjątkowość Pani rodziny budzi zazdrość?

Nie wiem, skąd się to wzięło. Wiem, co się wydarzyło. Organizowano na naszą rzecz koncerty, o których nie wiedzieliśmy. Jacyś ludzie chodzili od drzwi do drzwi i zbierali, rzekomo dla nas, pieniądze. Mieliśmy niemiłe przejścia także z dwoma ogólnopolskimi gazetami. Dowiedziałam się od nich, że udzieliłam wywiadu. Wydawnictwa sprzedawały sobie nasze zdjęcia. Można by podsumować, że przez te 10 lat na naszej sytuacji najwięcej skorzystali inni.

Jak sobie Państwo z tym poradzili?

Wycofaliśmy się i przestaliśmy współpracować. Niektóre z tych nieprawdziwych informacji były naprawdę przykre i dotyczyły spraw intymnych.  Staramy się do wszystkiego podchodzić z dystansem, żyć normalnie. Radość odnajdujemy w miłych sytuacjach. Ludzie do nas podchodzą, uśmiechają się, rozmawiają. Czasami męża pytają, kiedy będzie miał syna, bo zaraz po tym, jak pojawiły się dziewczynki,  żartobliwie zapowiadał, że będzie się starał.

A co córki myślą o mediach?

Czasami się dziwią, że odmawiam udziału w programach. W obecnym świecie informacji i Internetu popularność liczona jest w lajkach. Córki odkrywają, że wiele osób interesuje się ich życiem, szczególnie na Facebooku i stronach internetowych (www.kieleckiepiecioraczki oraz www.piecioraczki.eu – dop. red.) Tłumaczę im, że do wszystkiego należy podchodzić z dystansem i skupiać się na poszerzaniu swoich zainteresowań i pasji, korzystając chociażby z Internetu.

Jestem mamą trójki dzieci i wiem, ile to pracy. Należą się Państwu słowa podziwu.

Gdy dziewczynki były małe, pomagały nam pielęgniarki. Zużywaliśmy paczkę pieluch dziennie, do tego karmienie: 2 mleka, 2 kaszki, obiadki. Gdy poszły do przedszkola, zostaliśmy sami. Wtedy już nie tylko fizycznie musieliśmy dawać radę, ale i psychicznie: odpowiadać na mnożone przez 5 pytania: po co?, dlaczego?.

Swoje państwo przeżyli. Przecież dziewczynki urodziły się jako skrajne wcześniaki.

Urodziły się w 26 tygodniu ciąży, ponad 3 miesiące za wcześnie. To wcześniactwo nie znikło. Musieliśmy i musimy nadrabiać. Stymulowaliśmy, stosowaliśmy różne terapie, by zaczęły siadać, raczkować, chodzić… Udało się. Wierzę, że ktoś czuwa nad nami. Nawet wiem, kto. Dziewczynki urodziły się o godz. 9:37. Pierwszą ciążę poroniłam przed pomnikiem Jana Pawła II. Przed porodem mężowi przyśnił się papież, poklepał go po ramieniu i powiedział, że będzie dobrze. Gdy Oliwka miała pół roku, przestały jej pracować jelita. Przeszła operację, lekarze nie dawali jej szans na przeżycie. Nie wiedziałam, co robić. Poszłam pod pomnik papieża i zaczęłam się modlić. Wtedy zadzwonił mąż, że Oliwce się poprawiło. Można w to wierzyć lub nie. Ja swoje wiem.

Trudno sobie wyobrazić dramat matki, która słyszy, że jej dziecko może umrzeć. Pani chyba nie raz to słyszała?

Wielokrotnie. Jeszcze w Krakowie Maja, Oliwia i Julia odchodziły na naszych oczach. Maja miała saturację 17 proc., a Oliwia i Julia miały sepsę. Przeżyliśmy wiele operacji, ale także kilku udało nam się uniknąć. Lekarze okuliści ostrzegali, że na 90 proc. dziewczynki trzeba będzie operować z powodu retinopatii. Mijały dni, tygodnie, miesiące. Przez półtora roku co kilka dni jeździliśmy na kontrole oczu. Okazało się, że dziewczynki operacji nie potrzebują. Pani doktor powiedziała mi, że to cud.

Musi być pani bardzo silną kobietą.

Takie doświadczenia wzmacniają. Wiem, że mam opinię roszczeniowej. A ja nazwałabym się raczej wymagającą. Od siebie wiele wymagam i tego samego oczekuję od innych i nie odpuszczam. Jak wyrzucą mnie drzwiami, wejdę oknem. Dzięki temu moje dzieci chodzą, mówią, widzą. Po porodzie lekarze mówili mi, że nie ma wielkich szans na to, że wszystkie będą w pełni sił. A jednak nam się udało. Być może byłoby inaczej, gdyby nie mój upór i stawiane innym wymagania.

Zwykle narodziny dziecka to czas wielkiej radości. U Państwa było inaczej.

Gdy zobaczyłam córki w inkubatorach, z okablowaniem i rurkami, przeżyłam szok. Oszukiwałam najbliższych, że nie wolno ich odwiedzać, aby oszczędzić im tego widoku. Do niedawna nie mogłam nawet oglądać pierwszych zdjęć dziewczynek, bo przywoływały tamten strach. Odważyłam się dzięki córkom. One traktują to naturalnie. Oswoiły się z tym np. podczas otwierania oddziałów i klinik neonatologicznych, m.in. z Jurkiem Owsiakiem. Rosły z wiedzą, że są wcześniakami. Jurek Owsiak nazwał je nawet ambasadorkami wcześniaków.

Trudno uwierzyć, że tak wiele przeżyliście. Córki wyglądają na zdrowe, radosne, szczęśliwe.

Przez pierwsze pół roku ciągle drżeliśmy o ich życie. Nawet gdy już wypisano je ze szpitala, lęk nie minął. Zdarzały im się np. bezdechy podczas karmienia. Raczej o tym nie opowiadaliśmy. Woleliśmy mówić, że wszystko jest w porządku. Dziś także musimy walczyć o ich zdrowie, radość. Wciąż mamy kontakt z rehabilitantami, specjalistami, lekarzami. Dwie dziewczynki mają orzeczenia o niepełnosprawności, nadal pojawiają się problemy. Nie chcemy się z tym afiszować.

Nie da się być tylko mamą. Czy ma Pani czas dla siebie?

Nie powiem, żeby było go dużo, ale jest. Lubię ćwiczyć, a pilates świetnie wzmacnia mój przeciążony kręgosłup. Lubię rodzinne wycieczki rowerowe, ale i kawę z przyjaciółkami, relaks w saunie. Wróciłam nawet do pracy, ale szybko się okazało, że to jednak za trudne do pogodzenia. Nie było mi łatwo zrezygnować. W pracy mogłam zająć się czymś innym, niż dziećmi i rodziną. No i… udawało mi się dopić ciepłą kawę. Pracowałam na uczelni, na doktorat chyba nie wygospodarowałabym czasu. Sporo szans zawodowych przeszło mi koło nosa. Liczę, że to jeszcze nadrobię.

Zdecydowała się Pani wziąć udział razem z córkami w kampanii społecznej „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia”.

Wiem, że część mam rezygnuje z troski o siebie na rzecz dzieci, rodziny. Nie mają czasu, nie potrafią  wcisnąć wizyty u lekarza w napięty grafik. Drogie Panie, tak nie można! Ja też ciągle jestem zajęta, ale nie zapominam o swoim zdrowiu i regularnie się badam. Ciągle powtarzam, że muszę być zdrowa, bo mam jeszcze misję do wykonania. Byłoby wspaniale, gdyby dzięki naszemu wsparciu, zabiegane mamy znalazły czas na cytologię. A dodatkowo – i to byłby już ich matczyny sukces – swoim podejściem do zdrowia dały dobry przykład córkom. By one także w przyszłości wiedziały, że trzeba się regularnie badać.

Jakie są dziewczynki? Współdziałają, czy rywalizują?

Rzadko się kłócą, choć przyznam, że ostatnio zdarzają się sprzeczki dotyczące ubrań. Pierwsze 8 lat przeżyliśmy w spokoju i równowadze. Oczywiście w szkole dostają różne stopnie. Wtedy zawsze tłumaczę tej lepiej ocenionej, żeby pomogła siostrze, której poszło gorzej, by następnym razem obie miały szóstkę. Każda ma inne zdolności. Oliwia to umysł ścisły, matematyczka, dodatkowo uzdolniona plastycznie. Potrafi myśleć przestrzennie, chce zostać architektem. Natalka jest humanistką, żartujemy, że się z książką urodziła. Czytała już w wieku 6 lat i lubi język polski, angielski. Karolina to typ sportowca. Ta kiedyś półkilowa pchełka teraz chodzi na akrobatykę. Julia świetnie pływa, ale jest mniej odważna, wycofana. Maja jest uzdolniona artystycznie – śpiewa i tańczy. Potrafi zawalczyć o swoje i czasami rządzi siostrami.

Charaktery też mają różne?

Niesamowita mieszanka, czasami mnie zadziwiają. Jedna porządnicka, druga bałaganiara, jedna przebojowa, druga wycofana. Gdy były mniejsze, rządziła Oliwia. Byłam ja – kwoka, a potem pięć kaczuszek pod przywództwem Oliwki. Potem Karolina przejęła przywództwo. Teraz właściwie doskonale się uzupełniają i dogadują. Chciałabym je nauczyć trochę więcej przebojowości. Ci zbytnio wycofani, ułożeni, grzeczni nie mają łatwego życia. Niepokoi mnie też to, że są zbyt ufne. Zaczynamy szkolenie, że na świecie są dobrzy i źli i że przed złem trzeba umieć się bronić. Ciężko im to przychodzi. Chyba dlatego, że nigdy nie były uczone bycia cwanymi i roszczeniowymi.

A jak radzi sobie Pani mąż?

Dobrze, on chyba lubi przebywać z kobietami. Potrafi postawić na swoim, nie podporządkowuje się naszym pomysłom. Fakt, ulega przewadze kobiecości w naszym domu, ale czasami tupie nogą. Dziewczynki go cenią, on nie ucieka od obowiązków, razem je wychowujemy. Córki czasami potrafią urobić sobie tatusia, ale mąż twardo stąpa po ziemi i nie zawsze daje się wkręcać. Muszę jednak przyznać, że trochę mało czasu mamy dla siebie. Marzy nam się wyjazd tylko we dwoje.

Co jest najtrudniejsze w byciu mamą pięcioraczek?

Mam wyrzuty sumienia, że jest mnie za mało dla wszystkich. Im są starsze, tym jest z tym gorzej. Pojawiają się humorki, emocje i tajemnice, o których każda chce powiedzieć tylko mamie. Gdy były mniejsze, więcej rzeczy robiłyśmy wspólnie, teraz już się nie da. Czasem zdarza mi się, że spalam się w tym dążeniu, by wszystko było idealne. Zawsze byłam perfekcyjna, a takim ludziom nie jest łatwo, tym bardziej w mojej sytuacji – mamy pięciorga córek w jednym wieku.

A co jest najwspanialsze?

Widok pięciu córek, które idą ze mną na spacer. Nie spieszymy się, po prostu spędzamy czas razem. Mam to, o czym marzyłam, gdy jeszcze byłam w ciąży: dużej rodzinie, gromadce dzieci, uśmiechu na ich twarzach. Czuję się szczęśliwa. Pamiętam też mój pierwszy Dzień Matki w przedszkolu. Do każdej mamy doszło jedno dziecko, a ja byłam otoczona wianuszkiem moich dziewczynek. Podobno zawsze lubiłam opiekować się dziećmi. Zauważyły to już panie w przedszkolu, pomagałam im przy maluchach. A teraz mam swoje domowe przedszkole.

A jakie jest Pani największe marzenie?

To marzenie właściwie już się ziściło. Dziewczynki są zdrowe.

To może coś dla siebie?

Chciałabym podróżować, poznawać świat. Ale na to z mężem będziemy musieli jeszcze poczekać. Dziewczynki muszą zacząć samodzielne życie, wyfrunąć z gniazda. Choć nie wiem, jak ja to przeżyję, gdy na przykład wszystkie naraz wyjadą na studia. Nie wyobrażam sobie tego.

Dziękuję z rozmowę.

Rozmawiała: Agnieszka Kozłowska-Piasta

Kampania „Jestem kobietą, więc idę. Cytologia” skierowana jest do kobiet w wieku 25-59 lat z Kielc i gmin Kieleckiego Obszaru Funkcjonalnego. Z pomocą Pani Pauliny Szymkiewicz i jej córek zachęcamy wszystkie mamy do regularnej cytologii. Bo mama musi być zdrowa! Wykonywane raz w roku krótkie i bezbolesne badanie może uratować życie.

Dołączcie do nas! Więcej informacji o kampanii: www.jestemkobietacytologia.org oraz na naszym profilu na Facebooku: www.facebook.com/jestemkobietacytologia

*Dziękujemy Zakładowi Doskonalenia Zawodowego za fryzjerskie wsparcie przygotowań do sesji fotograficznej.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close