Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Choć poznali się w Zakładach Metalowych „Mesko”, to nie praca zawodowa ich zbliżyła, ale sztuka, zamiłowanie do piękna, które oboje potrafią wyczarować. On rzeźbiąc w drewnie lipowym, ona – wycinając wzory w kartce papieru. Są razem od ponad 40 lat. W tym czasie wychowali trójkę dzieci, a pomiędzy codzienną krzątaniną, przekuwali swoje marzenia na małe i większe dzieła sztuki. Poznajcie wyjątkową parę twórców ludowych – wycinankarkę i rzeźbiarza – Lucynę i Andrzeja Kozłowskich.

Oboje są już na emeryturze, ale nadal bije od nich radość, entuzjazm, energia i szczęście, której pozazdrościć by im mogło wielu skrzywionych, niezadowolonych z życia, goniących za czymś trzydziestolatków. Czują się na swoim miejscu, snują plany, wspominają dawne czasy. Przyjmują nas w swoim niewielkim mieszkaniu w bloku w centrum Skarżyska-Kamiennej, od podłogi do sufitu wypełnionym ich pracami. Tymi współczesnymi i tymi sprzed kilkudziesięciu lat. Rzeźby Andrzeja stoją na każdej półce, szafie, regale, wycinanki i obrazy Lucyny – w każdej gablocie, na stole i ścianach. Intrygują kształtem, kolorem, formą. To nie typowe świątki czy frasobliwi, jakich spotkać można na jarmarkach i kiermaszach. Jest w nich coś wyjątkowego, co przyciąga, kusi, i czego nie da się pomylić z niczym innym. A za każdą z prac kryje się kawałek ich wspólnego życia.

Od pilniczka do nożyczek

Andrzej pokazuje kolejne rzeźby, opowiadając o tym, kiedy i dlaczego powstały. Wspomina konkursy, nagrody, chwali się trofeami. Tak jakby to on „zarządzał” ich artystycznym związkiem. Ale tak nie jest. Gdy włącza się Lucyna okazuje się, że i ona ma sporo do powiedzenia. – Jak się poznaliście? – pytam. – Normalnie –odpowiadają zgodnie. Za chwilę Lucyna dodaje: – Mieliśmy podobne zainteresowania – sztuka, piękno i rzeźbienie. Sprawiało nam to przyjemność, radość, i nadal sprawia. W każdym człowieku jest dziecko, tylko trzeba w pewnym momencie znaleźć kogoś, kto je w nas odnajdzie i zaakceptuje. Pozwoli temu dziecku dorosnąć i rozkwitnąć. Dla mnie taką osobą stał się mąż. – Mieliśmy trochę ponad 20 lat – dla porządku dodaje Andrzej. – Ja byłem pracownikiem produkcji, Lucyna po studiach ekonomicznych. Razem robiliśmy plakaty, gazetki. Tak się zaczęło. Dwójka artystów pod jednym dachem. Andrzej zaczął rzeźbić, gdy miał 17 lat. Lucynę do sztuk plastycznych ciągnęło od dziecka. Gromadziła wycinki z gazet, rzeźbiła bałwany w śniegu. – Na studiach byłam w laboratorium. Badaliśmy gips, a ja zaczęłam w nim rzeźbić. Używałam pilniczka do paznokci, potem przerzuciłam się na noże kuchenne – śmieje się.

A Andrzej na dowód pokazuje trochę niewprawnie ociosaną rzeźbę. – To żona zrobiła, zanim mnie poznała. Wyrzeźbiła to w drewnie olchowym. Twardym, trudnym do obróbki. To majstersztyk! – zachwala. Za chwilę dodaje: – Pod moim wpływem zaczęła rzeźbić w lipie. I od razu widać postęp – unosi kolejną rzeźbę. – Podpatrywałam, to prawda. Już sama zmiana drewna i dostęp do prawdziwych narzędzi dużo dały – nie da się zakrzyczeć Lucyna. – Ale zostałaś twórczynią ludową – ripostuje Andrzej. – Ale wycinankarką – pointuje Lucyna. W tych przekomarzankach nie ma złych emocji. Widać wzajemne zrozumienie dla swoich wad i podziw dla zalet. Pytam więc, czy kłócą się o … swoje prace. – Czasami. O kolor na rzeźbie, o dokładność wykonania. On jest moim pierwszym krytykiem, a ja jego. To nas zbliża, czasami czuję, jakbyśmy te Andrzeja rzeźby robili razem. Przyznaję, że czasami poprawiam aniołkom buźki, gdy mnie się nie podobają – opowiada Lucyna. – Ja też się w wycinanki mieszam – dorzuca Andrzej. – A ja cię słucham, tak jak ty mnie – odpowiada ze śmiechem Lucyna, ale przyznaje, że to spojrzenie kogoś z boku jest ważne. – Człowiek może się zgalopować, nadziubie w tym papierze. A czasami mniej to więcej. Dlatego trzeba się zatrzymać, odejść, popatrzeć, uchwycić to, co jest nieuchwytnego – wyjaśnia.

Kuchnia pełna wiórków

Gdy zaczynali wspólne życie, mieszkali w jednopokojowym, 22-metrowym mieszkaniu. Warsztat zrobili w kuchni. W tym większym, w którym mieszkają do dziś, też nie było inaczej. – Dopiero później Andrzej zszedł do podziemi i przeniósł rzeźbienie do piwnicy – wyjaśnia Lucyna. Próbuję sobie wyobrazić trójkę małych dzieci, pranie, prasowanie, gotowanie, pieluchy, zakupy, lekcje, rzeźbiarza pracującego w kuchni i wycinankarkę w pokoju.– Było ciężko. Ale dawaliśmy radę – wyjaśnia Lucyna. I dodaje, że mimo sprzątania, tych wiórków i papierków było ciągle dużo. Czy chcieli to kiedyś rzucić, by w domu było normalnie? – Różnie bywało – mówi Lucyna i milknie, a Andrzej śpieszy z odsieczą: – Normalnie to jest wtedy, gdy ja rzeźbię, a żona wycina. Inaczej w domu jest istny armagedon, tragedia. Aby dom funkcjonował jak należy i był czas na twórczość, jedno przejmowało obowiązki drugiego. –Andrzejowi jest to bardzo potrzebne, on musi rzeźbić. Miał w sobie wiele różnych emocji, które mógł przelewać właśnie na drewno, wyładować się. Ja to szanowałam, a codzienność spadała głównie na mnie. Teraz Andrzej mi to oddaje. Dużo pomaga, daje mi przestrzeń na wycinanki.

Jak zacznę wycinać to już tnę, tnę i tnę. Teraz mogę to robić, ile chcę, bo dzieci już dorosłe, obowiązków mniej. My z głodu nie umrzemy, nawet jak obiadu na stole nie będzie–wyjaśnia Lucyna. – Teraz to ja częściej gotuję – dopowiada Andrzej. To porozumienie dotyczyło nie tylko codziennej krzątaniny, ale i ich twórczości. – Inspirujemy się nawzajem. O, choćby ta rzeźba. Lucyna wzięła większy odpad z mojej pracy i go wykorzystała – tłumaczy Andrzej. „Kosmiczne przenikanie”, jak sami o tym mówią, często nie wymaga słów czy nawet bycia razem. Gdy szykują się do konkursu, często okazuje się, że robią prace, wykorzystując te same motywy. Zdarzało im się to nawet wtedy, gdy jedno z nich gdzieś wyjechało. Lucyna wspomina: – Ogłoszono konkurs Muzeum Wsi Kieleckiej o legendach świętokrzyskich. Andrzej zrobił sabat czarownic w rzeźbie, a ja w wycinance. Andrzej wtedy wygrał, ale i ja zdobyłam nagrodę. I to był początek mojego wycinankarstwa. Ktoś to docenił, ktoś z zewnątrz uznał, że w tych moich wycinankach coś jest.

Kawał życia

Nie muszę pytać, skąd biorą inspiracje. Widzę, że w swoich pracach dokumentują własne życie, najbliższych. – Andrzej miał operację na kręgosłup. Zanim go przywieźliśmy ze szpitala, bardzo to przeżywałam. Namalowałam obraz: tu ja, dzieci, a anioł naprawia mu kręgosłup – wyjaśnia Lucyna. Oglądam też rzeźby dokumentujące np. moment oświadczyn, narodziny dziecka, wymarzony domek. Te figury pochodzą z cyklu, który powstał na konkurs „Moje życie”. – Dwóch najważniejszych nie ma. Sprzedaliśmy, gdy brakowało nam pieniędzy – wyjaśnia Andrzej. – Czasami było naprawdę ciężko, bo ja byłam na urlopie wychowawczym. Nasze prace wykorzystywaliśmy jako… prezenty, gdy szliśmy na imieniny czy ślub – dodaje Lucyna. Od pieniędzy wolą wyróżnienia, medale, odznaczenia. – W 2014 roku dostaliśmy dwie nagrody Orkana (nagroda przyznawana przez Fundację im. Władysława Orkana za propagowanie kultury i sztuki regionalnej – red.) . Żona za wycinanki, ja za rzeźby. To się nigdy wcześniej w historii nagrody nie zdarzyło – wyjaśnia Andrzej. W gablotach widać Złoty i Srebrny Krzyż Zasługi, cenne nagrody, dyplomy.

– Dwie dostałem w Muzeum Zabawek i Zabawy. Rok po roku i to od dzieci. Za pierwszym razem dostałem statuetkę. Za drugim pieniądze, a to ulotna rzecz, więc po nagrodzie nie ma już śladu – dodaje. Czy między sobą rywalizują? Andrzej potwierdza: – Ścigamy się, ale tylko trochę. Gdy pytam, czy choć kiedykolwiek robią sobie przerwę od sztuki, oboje zgodnie zaprzeczają. Właściwie nie rozstają się z narzędziami. Lucyna zawsze ma przy sobie nożyczki, a Andrzej scyzoryk. Wystarczy tylko na spacerze znaleźć odpowiednią gałąź i już zacząć pracę. – W sanatorium zawsze rzeźbię różańce – tłumaczy Andrzej. Opowiada także o wczasach w Kołobrzegu sprzed lat: – Ganiałem o 5 rano na brzeg razem z dziećmi, zbierałem kawałki obrobionego drewna, które wyrzuciło morze i na balkonie zaczynałem rzeźbić. W przedostatnim dniu pobytu, pokazałem, co zrobiłem – ponad 20 prac. W kolejnym roku to powtórzyłem. – wyjaśnia. A Lucyna opowiada historię z wernisażu jej wystawy w Łodzi. Zapytana, czy projektuje i szkicuje przed cięciem, zaprzeczyła. – Wyjaśniłam, że po prostu biorę nożyczki i zaczynam wycinać. Ktoś z sali poprosił, bym to udowodniła. A ja sięgnęłam do kieszeni, wyjęłam nożyczki jak kowboj rewolwer i … zrobiłam wycinankę. – śmieje się.

Talent x 2

Pomysły rodzą im się w głowach, obserwują otaczający ich świat, rozmawiają z ludźmi. Lucyna przyznaje, że niektóre projekty jej się śnią, ale nie wszystkie zdoła zapamiętać. – Czasami tak siedzę przed kartką złożoną i nie wiem, co mam zrobić. Potem ją zginam, biorę nożyczki i one same chodzą. Nie wiem, jak ja to robię, prowadzi mnie głowa, ale jakoś tak poza świadomością. Gdy potem oglądam gotową wycinankę, to sama się zastanawiam, jak ja to zrobiłam – mówi. Andrzejowi podpowiada też faktura, kształt drewna. Sęk może zmienić się w zachód słońca, pypeć na nosie, głowę dziecka lub kapelusz. Słoje podkreślają linię, pęknięcia i rozszczepienia można przerobić na koronę drzew czy fałdy sukienki czarownicy. – Patrzę na gałąź, deskę i już wiem, co z niej zrobię. Nigdy zamysłu nie zmieniam. To prosta droga, by z rzeźby nic nie wyszło – opowiada. – Andrzej ma wielki talent. Jego rzeźby oddają emocje, które towarzyszą mu podczas pracy.

Gdy jest smutny – rzeźby też płaczą, gdy radosny – one całe się rozświetlają i śmieją – Lucyna z dumą mówi o mężu. I dodaje: – Mieliśmy taką panią, która dwa lata z rzędu kupowała u nas grajków na dymarkach. Za drugim razem wróciła kolejnego dnia i poskarżyła się, że ta ubiegłoroczna kapela była radosna, a ta tegoroczna…. gra chyba na pogrzebie. A mieliśmy wtedy sporo kłopotów i smutków – dodaje Lucyna. Opowiada także o Chrystusie frasobliwym wyrzeźbionym w zapałce. –Andrzej udowodnił samemu Tadeuszowi Żakowi (nieżyjący już bardzo znany i ceniony rzeźbiarz i malarz ludowy spod Kielc – red.), że zrobi rzeźbę mniejszą od tej, którą tamten nam pokazał – wyjaśnia. – Kiedyś miałem lepszy wzrok. Teraz te najmniejsze narzędzia już odłożyłem na półkę – wyznaje chwalony mąż. Rzeźb Andrzeja i wycinanek Lucyny nie sposób pomylić z innymi. On specjalizuje się w fantastycznych, baśniowych, kolorowych stworach i ptakach, uśmiechniętych aniołkach oraz czarownicach ubranych w zapaski, najczęściej z haczykowatymi nosami i ogromnymi błękitnymi oczami, takimi, jak ma on sam.Portretuje też ludzi, świętych, ważne miejsca w regionie.Ona robi piękne, ażurowe, delikatne, głównie symetryczne wycinanki, pełne aniołów, dzieci, ale i ludowych kogutków. – Kiedyś robiłam wycinanki do teledysku. Jedną córka wykorzystała na projekt ślubnego zaproszenia, inna stała się motywem na porcelanowych kubkach, jeszcze kolejna – graficznym motywem okładki książki – opowiada.

U obojga widać pewność cięć i doświadczenie. Nic dziwnego, Andrzej rzeźbi od prawie 50 lat, Lucyna w przyszłym roku obchodzić będzie 25-lecie twórczości. Są certyfikowanymi twórcami ludowymi. A dostać się do tego grona nie jest tak łatwo. – W latach 80. wcale nie mogłem, bo… mieszkałem w mieście, w bloku. Dopiero w 1994 roku, gdy wprowadzono kategorię współczesnej twórczości ludowej stało się to możliwe – wyjaśnia. Nawet wtedy jego prace oceniali etnografowie. – Bo choć to, co robimy, wychodzi z serca, musimy trzymać się pewnych reguł. Nasze prace muszą być związane z regionem, ważna jest technika i motywy, odpowiednie zdobienia. Nie wystarczy kilka razy przejechać dłutem i zabejcować, jak to robią komercyjni rzeźbiarze. Podobno niektórzy powielają swoje dzieła, wycinając je laserowo. U nas to musi być w 100 proc. ręczna robota. Elektronarzędzi używamy, nowoczesnych farb także – wymienia Andrzej. – Kiedyś twórca ludowy mieszkał w małej miejscowości, jeździł na najbliższy jarmark, książek nie czytał, gazet też niewiele. Obracał się we własnym świecie. A teraz ludzie się przemieszczają, a motywy regionalne przenikają się ze sobą. Mamy telewizję, internet, po prostu inny świat. Oko to wszystko rejestruje, to ma wpływ na nasze prace. Stąd ta kategoria współczesnego twórcy ludowego – wyjaśnia Lucyna.

Dzielić się radością

Andrzej od pięciu kadencji jest prezesem oddziału Ziemi Kieleckiej Stowarzyszenia Twórców Ludowych, działa także w zarządzie głównym organizacji, która swą siedzibę ma w Lublinie. Przyznaje, że prawdziwych twórców ludowych jest coraz mniej. – Było nas ponad 100 osób. W tej chwili tworzy najwyżej 30-35. Wykruszają się, umierają, a nowi nie przychodzą. Twórczość ludowa praktycznie się nie opłaca. Młodzi się pytają, ile z tego można wyciągnąć. Dla idei, dla radości innych już mało kto chce to robić – mówi smutno. Dlatego nie mają następców i choć dzieci odziedziczyły talent, nie poszły w ślady rodziców. – To nie jest sposób na zarabianie pieniędzy – kwitują krótko. – Więc na co? – pytam. – To jest sposób na szczęśliwe życie duchowe.

Wyrzucam emocje, które są złe i zatrzymuję te, które są dobre, a potem przekazuję je innym ludziom. Gdy komuś się moja praca podoba i powie, że to jest fajne, to się człowiekowi tak ciepło na sercu robi. Andrzej: – Najpiękniejsze, co może być, to dawać radość ludziom. O swoich pracach mogą opowiadać bez końca, namawiają na dłuższą wizytę. Można odnieść wrażenie, że czują się niedoceniani, trochę zapomniani, jakby mieszkali w skansenie. A to nieprawda. – Czasami nam się wydaje, że ludzie nie wiedzą, co robimy. A potem pojawia się ktoś i proponuje nam wystawę. Jeszcze bardziej się cieszymy, gdy okazuje się, że na wystawie prace wyeksponowane są właśnie tak, jakbyśmy sami to zrobili. Wtedy wiemy, że ktoś naprawdę rozumie i czuje naszą twórczość. W sierpniu Andrzej prezentował swoje prace w MCK w Skarżysku, wcześniej Lucyna pokazywała swoje wycinanki w Centrum Edukacji Przyrodniczej Nadleśnictwa w Marculach. Od kilku lat często pokazują swoje prace razem: w Szklanym Domu w Ciekotach, w Sandomierzu. – To nas bardzo cieszy, bo pokazujemy naszą jedność, to scalenie, pokrewieństwo dusz. Ten nasz wspólny czas zaklęty jest w pracach. Dobrze się móc tym podzielić z widzami – podsumowuje Lucyna. •

tekst: Agnieszka Kozłowska-Piasta zdjęcia: Michał Walczak

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close