Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Polski szlachcic, jak się zakochał, to cały świat musiał o tym wiedzieć. Chwytał trzewiczek wybranki swojego serca, wlewał do niego przedni trunek i wypijał jednym duszkiem. Westchniecie – och co to była za miłość, a my wam powiemy – ech, co to był za but!

W sobotnie, leniwe przedpołudnie w Rudzie Strawczyńskiej nie ujrzysz żywego ducha. Wąską, ubitą drogą dojeżdżamy do warsztatu Krzysztofa Brzozowskiego. Rzemieślnik już czeka na nas i zaprasza do warsztatu, który wypełnia zapach skóry.

Nasze buty są świadkami naszych przejść

– Tu spędzam całe dnie – od świtu do zmierzchu. Ani nie mam czasu, ani specjalnej ochoty zajmować się innymi rzeczami. Zamówień jest tyle, że praktycznie mógłbym stąd nie wychodzić – pan Krzysztof omiata wzrokiem niewielkie pomieszczenie, którego większą powierzchnię zajmują maszyny. Na podłodze, poustawiane w równym rządku, stoją kopyta. Rzemieślnik przesuwa na bok masywne, czarne oficerki, które – włożone w drewniane prawidła – nabierają formy.

– A to co? – pytamy o zawieszone na haczykach narzędzia, które przypominają niewielkie młoteczki lub śrubokręty. – To kulisy, które służą do wypalania podeszwy – tłumaczy Krzysztof Brzozowski. Podobny w kształcie jest ambus czyli – mówiąc potocznie – żelazko, którym wypala się boki obcasa oraz wygładza wierzch cholewki. Rzemieślnik, niczym przewodnik po tajemniczym szewskim świecie, prezentuje nam kolejne narzędzia – kantkę, sztuperek i sprytne akcesorium o wdzięcznej nazwie serduszko, dzięki któremu można wyciskać nici. Wszystkie to przedwojenne starocie, które już na niejedną nogę uszyły przedni but. I tylko takie przyrządy potrafią wyrychtować historyczne obuwie – ot, jak choćby kaligale – sandały z czasów imperium rzymskiego czy ozdobione złotą klamrą półbuty piechoty pruskiej, w których dzielni wojacy Jego Cesarskiej Mości walczyli z wojskami napoleońskimi. Do uszycia każdej pary trzeba się dokładnie przygotować – zebrać materiał historyczny, przewertować stare ryciny, czasami zasięgnąć opinii muzealnika.

– Nie mogę sobie pozwolić na bylejakość, każdy element w bucie, każde przeszycie, każdy gwoździk – to wszystko musi być wierne realiom historycznym – mówi pan Krzysztof, pochylając się nad rozłożonym kawałkiem brązowej skóry, z której powstaną buty husarza. Ten etap pracy wymaga ogromnej precyzji, bo jak raz przyłoży się przygotowaną wcześniej papierową formę do skóry i rozetnie materiał, to nie ma odwrotu. Więc rzemieślnik długo i z wielką precyzją przelicza wszystkie parametry, sprawdza, czy aby nie pomylił się w rachunkach. Tuż obok, oparte o ścianę stoją, podobne w formie, tyle, że w kolorze żółtym, zdobione precyzyjnym haftem, wysokie oficerki. To również but husarski, którego jedyny oryginał znajduje się w szwedzkim muzeum. Gdy będzie już gotowy przemierzy ocean, by dotrzeć do Stanów Zjednoczonych. Dziwimy się, że aż, ale Krzysztof Brzozowski uśmiecha się i opowiada, że zamówienia przychodzą do niego z całego świata. Jedni pasjonaci obuwia historycznego dowiadują się od drugich, że w niewielkiej wiosce pod Kielcami mieszka człowiek, który jak nikt inny potrafi zrobić but z epoki. I nie ma tu mowy o żadnym chodzeniu na skróty – wszystko musi być tak jak przed wiekami.

– Czasami złość mnie bierze, bo brakuje jakiegoś elementu i szukam go długimi tygodniami. Na przykład bardzo trudno jest dostać gwoździki do butów z okresu napoleońskiego – tłumaczy szewc i wysypuje z pudełka na dłoń malutkie, srebrne ćwieki z charakterystycznie zaokrąglonymi główkami. Ot, niby nic, a jednak bez tego buta nie zrobisz.

Masz zmartwienie? Załóż ciasne buty

Podeszwa z niedźwiedziej skóry, siatka ze sznurka i wypełnienie sianem – takie buty w odległym okresie neolitu nosił Człowiek Lodu, odnaleziony przez archeologów pod koniec ubiegłego wieku w Alpach. Pewnie, że znacznie wcześniej nasz praprzodek narzucił coś na swój grzbiet, ale przecież skaliste odłamki, piekący piasek czy wystające z ziemi ostre korzenie doskwierały jego stopom… Zaczął więc główkować, jak temu zaradzić. I tak rozpoczęła się długa i bardzo bogata historia obuwia – począwszy od starożytnych sandałów, które do dziś stanowią mocny punkt w garderobie pań, przez ciżemki z zadartymi czubami, w których chodzenie było nie lada wyzwaniem, i dworskie, lekkie trzewiki, po solidne, ciężkie obuwie, w jakim całe armie przemierzały setki kilometrów, by dla swego ukochanego kraju wyszarpać kolejny skrawek ziemi.

Szycie butów należy do najstarszych rzemiosł świata. Rzemieślnicy tajemną wiedzę zdobywali terminując niekiedy długimi laty u największych mistrzów,  za swoje umiejętności otaczani byli estymą. Pracowali ręcznie, w pocie czoła i z wielką precyzją produkując jedną, najwyżej dwie pary butów w ciągu dnia. Dziś, gdy odbywa się to na masową skalę, dobry szewc wciąż jest na wagę złota. A jeszcze taki, który potrafi uszyć buty i to historyczne, należy do rzadkości.

W butach Krzysztofa Brzozowskiego chodzą całe zastępy grup rekonstrukcyjnych, klientami rzemieślnika z Rudy Strawczyńskiej są pasjonaci historii i ci, którzy chcą włożyć na nogi niepowtarzalny but z okazji jakiejś wyjątkowej uroczystości. Ot, jak choćby nowożeńcy. Gdy czasami w telewizji pojawią się przebitki z rekonstrukcji historycznych wydarzeń pan Krzysztof od razu wie, które buty wyszły spod jego ręki. Dziś jest niekwestionowanym autorytetem, bywa, że zwracają się do niego archeolodzy czy poszukiwacze, którzy wygrzebali z ziemi zakurzoną i zmurszałą parę butów. Pan Krzysztof z dużym prawdopodobieństwem potrafi określić z jakiego okresu pochodzi odnaleziony „skarb”.

A wszystko zaczęło się, jak to często w życiu bywa, od przypadku. Rzemieślnik pochodzi ze Zgorzelca, z wykształcenia jest energetykiem. Jako młody, zaledwie 20-letni chłopak, pracował w kopalni w Bytomiu i, aby dorobić trochę do pensji, za namową kolegi zatrudnił się u szewca. – I tak już zostało – uśmiecha się pan Krzysztof i szybko przelicza, że już 38 lat szyje buty. Ale droga do mistrzostwa nie była wcale taka prosta, potrzeba było cierpliwego i mozolnego terminowania, by nauczyć się fachu. A uczył się od najlepszych. Gdy nadszedł niespokojny czas stanu wojennego i od ludowej władzy dostał wilczy bilet, nie pozostało mu nic innego, jak pożegnać się z kopalnią. Opuszczał Śląsk bez większego żalu, pobudował się w Rudzie Strawczyńskiej na działce podarowanej przez teściów. Wiedział już wtedy, co będzie robił w życiu – otworzył kilka zakładów szewskich, w których można było nie tylko naprawić obuwie, ale i uszyć buty na miarę. Na taką ekstrawagancję stać było osoby zamożniejsze – ręczna, precyzyjna robota, kosztowała.

– Obuwie szyte na miarę zawsze było w cenie, przed wojną mówiło się nawet – krowa na targ, a potem do szewca – pan Krzysztof wygładza rozłożony na stole kawałek błyszczącej skóry.

Najwygodniejsze są stare buty

A kiedy zrobił pierwszą parę butów historycznych? Rzemieślnik z Rudy Strawczyńskiej wspomina, że właściwie od początku swojej pracy szył przedwojenne oficerki czy stylowe muszkietery, ale działo się to przy okazji, mimochodem. Historia zapukała do niego na dobre, gdy zaczęły powstawać bractwa rycerskie, a potem grupy rekonstrukcyjne. Pierwsze zamówienie przyszło od Karola Burego, kasztelana Chorągwi Rycerstwa Ziemi Sandomierskiej, który zamówił u Krzysztofa Brzozowskiego trzy pary butów husarskich. Później Andrzej Majzner z Bractwa Rycerskiego Ziemi Lubelskiej poprosił rzemieślnika o uszycie sześciu par rajtarów. A potem zaczęły spływać kolejne zamówienia i jak śmieje się pan Krzysztof – dziś 80 proc. rekonstruktorów chodzi w jego butach. Wyrobił sobie markę, bo dba o każdy historyczny detal, a gdy nie jest czegoś pewny, szpera w źródłach dopóty, dopóki nie trafi na potrzebną mu informację. Wiele wzorów butów pan Krzysztof ma już opisanych – wycięte z kartonu formy leżą posegregowane w kopertach. Ale gdy ktoś prosi go o wykonanie zupełnie nowego modelu, wówczas zaczyna pracę od szukania historycznych źródeł.

– Ostatnio szyłem buty do rekonstrukcji wydarzeń z okresu powstania styczniowego – wspomina. – Tłumaczę, że nie można wszystkich chłopów, którzy brali udział w bitwie, ubrać w buty, bo to nierealne. Oni chodzili boso, w domu była najwyżej jedna para na całą rodzinę.

Po chwili dodaje, że pierwszy błąd, jaki może popełnić niezorientowany w temacie szewc, to szycie buta lewego i prawego, a przecież podział na but z lewej i prawej stopy nastąpił dopiero w XX wieku. Wcześniej był jeden model, a skóra po pewnym czasie dopasowywała się do nogi.

Na początku pracy nad nową parą butów najważniejsze jest, by dobrze pobrać od klienta miarę i ustalić model, a potem precyzyjnie przenieść to wszystko na papierowy szkic. To matematyczna robota, przy której popełnia się najwięcej błędów i dlatego powtarzanie jej jest często konieczne. Gdy wszystkie wyliczenia już się zgadzają, pan Krzysztof szuka odpowiedniej skóry. A z tym jest ogromny problem. Materiał – najczęściej skórę bydlęcą lub kozią, rzadziej z sarny – pan Krzysztof zamawia w trzech garbarniach. Sam ją farbuje. Potem przychodzi czas na przygotowanie kopyt i – jeśli szyje oficerki – drewnianych prawideł. Na te ostatnie czeka czasami miesiąc, bo właściwie robi je w Polsce tylko jeden rzemieślnik. Moment cięcia skóry i dopasowywania jej do kopyta należy z pewnością do najprzyjemniejszych. Sporo czasu, niekiedy cały dzień, zajmuje formowanie buta, następnie pan Krzysztof przystępuje do szycia. Najczęściej ręcznego. Najcięższa robota to łączenie wszystkich elementów buta, ale ten etap akurat rzemieślnik z Rudy Strawczyńskiej lubi najbardziej, bo wie, że jeszcze chwila i praca będzie ukończona. – Na wykonanie jednej pary butów poświęcam trzy, cztery dni – szacuje pan Krzysztof. Podkreśla, że pracuje od rana do wieczora, ale jak przyznaje – uwielbia swój warsztat i swoje rzemiosło. Bez tego nie mógłby żyć. Jedyne, co go martwi, to fakt, że na horyzoncie nie pojawiają się żadni następcy.

Krawiec bez surduta, szewc bez buta

Już dawno minęło południe i mimo że to sobota, pan Krzysztof wcale nie zamierza kończyć dnia pracy. – Sam swoich butów nie dałbym rady nosić i tu sprawdza się stare przysłowie, że szewc bez butów chodzi… Wprawdzie buty mam, ale nie szyte na miarę – śmieje się rzemieślnik. – Żonie szyję wszystkie buty i mam nadzieję, że jest zadowolona.

Tekst: Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia: Mateusz Wolski

W artykule wykorzystałam informacje zawarte w książce „Historia mody. Dzieje ubiorów od czasów prehistorycznych do końca XX wieku” Francois Bouchera, śródtytuły stanowią przysłowia o butach.

Więcej fotografii w Kalejdoskopie.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close