Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Wkładał do portfela karteluszki z cytatami, wierszykami. W głowie przechowywał setki wspomnień, z których żadne nie ulatywało. Bo pamięć, o czym wszyscy wiedzieli, miał znakomitą. Z tych skrzętnie przechowywanych wspomnień zrodziła się książka. Dokładnie dwa lata po śmierci Edwarda Kusztala. Rozpoczęta przez niego, skończona przez najbliższych.

Na podłodze w mieszkaniu córki wybitnego aktora Magdaleny Kusztal przez wiele dni królowały wycinki z gazet, fotosy, plakaty, zapisane drobnym maczkiem kartki. Magda próbowała to wszystko uporządkować, zebrać i zdyscyplinować. Chciała, by z tego ogromu materiałów wyłonił się spójny obraz, opowieść o człowieku, którego nie ma wśród nas od 1 września 2016 r.

To tylko ludzkie słabości…

Zanurzamy się w wygodnej, miękkiej kanapie. Jest środek tegorocznego niemiłosiernie upalnego lata. Słońce wędruje po ciemnym drewnie mebli, przez drzwi widzę oparty o ścianę czarno-biały portret Edwarda Kusztala. Przez długie lata zdobił ścianę foyer Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Teatru, z którym aktor związał swój sceniczny los. Na dobre i na złe. – Jakim był ojcem? – pytam, choć przecież mamy rozmawiać głównie o książce, która ukazuje się drukiem dwa lata po śmierci aktora. Ale jednak pytam, bo chcę dowiedzieć się czegoś nie tylko o aktorze, ale i o człowieku. Takim zwyczajnym kielczaninie, który zrósł się z tym miastem i poznał jego największe sekrety.

– Cudownym, najlepszym, jakiego można sobie wymarzyć – Magdalena Kusztal nie zastanawia się nawet przez chwilę. – Wiem, że każdy tak powie o swoich bliskich, ale myślę o moim ojcu, jak o takim przysłowiowym ostatnim Mohikaninie, dla którego nie było nic cenniejszego niż prawda, przyjaźń, uczciwość. Takie podstawowe i oczywiste wartości. Nigdy nikomu niczego nie zazdrościł, nie jątrzył, nie intrygował i nie złorzeczył. Nawet jak ktoś mu zrobił przykrość, to tłumaczył, że to tylko ludzkie słabości.

Rok przed śmiercią zaczął pisać książkę. Miał już za sobą wydaną w 2012 r. i znakomicie przyjętą, pełną anegdot, wspomnień i wędrówek po zakamarkach rodzinnego miasta, opowieść „Fajerką po Kielcach”. Naszkicował w niej portrety ludzi związanych nie tylko z teatrem, ale i bohemą artystyczną, z humorem opisywał uroki niegdysiejszych lokali gastronomicznych, zatrzymywał się w takich kultowych miejscach, jak choćby plac św. Tekli, zaglądał do nieistniejących już dziś kin czy wspominał pochody pierwszomajowe. Ale ta książka była zaledwie zarysem, wprawką. Musiało minąć kilka lat, by znów pochylił się nad swoimi wspomnieniami i zaczął przelewać na papier ogrom doświadczeń i wrażeń z jego ponadsiedemdziesięcioletniego życia. Zabrakło jednak czasu na dokończenie książki, bo niespodziewanie przyszła ciężka choroba i śmierć.

– Nie byliśmy na to zupełnie przygotowani – mówi Magdalena Kusztal. – Nie zaglądałam wcześniej do zapisków taty, wiem, że czytał parę rozdziałów mojej mamie. Nie miałyśmy wątpliwości, że to, co rozpoczął, powinnyśmy skończyć, ale przez pół roku nie miałyśmy sił, by się do tego zabrać. Wiedziałyśmy jednak, jak bardzo zależało mu na tej książce i to był dla nas impuls. Muszę przyznać, że nawet nie przypuszczałam z jakim ogromem materiału przyjdzie nam się zmierzyć. Były momenty, gdy zaczęłam wątpić, czy uda nam się to wszystko kiedykolwiek uporządkować. Teraz, gdy praca dobiegła końca, myślę, że wyszła z tego niezwykle ciekawa, frapująca gawęda o Kielcach.

W drewniakach na Gogola

Przed śmiercią taty pani Magdalena zapytała go o to, jaki tytuł powinna nosić jego książka. Powiedział: „Przywrócić pamięć”. I tak już zostało. Całość składa się z trzech części: Dzieckiem być, Dorosłym się… stawać oraz Artystą… zostać.

Pierwsza z nich pokazuje Kielce tuż po zakończeniu II wojny światowej widziane oczyma małego Edka. – Nie było to łatwe dzieciństwo. Gdy czytałam po raz pierwszy te zapiski, łza kręciła się w oku. Te wspomnienia były dla taty bolesne, dlatego nam niewiele mówił o tamtych czasach – dodaje Magdalena Kusztal. Jej ojciec pochodził z Kielc, tu przyszedł na świat w 1939 r. Za kilka miesięcy miała wybuchnąć wojna, która pozostawiła po sobie zgliszcza, śmierć, strach i biedę. – Tata był jedynakiem, babcia wychowywała go samotnie, było jej ciężko i na jakiś czas oddała go do prowadzonej przez kościół ochronki przy ul. Wesołej 60 – wspomina pani Magda.

Przeskakujemy w czasie o kilkadziesiąt lat. Córka Edwarda Kusztala przywołuje dzień pogrzebu taty, gdy już po ceremonii spotkała pana Sławka, który tak jak kielecki aktor był „ochroniarzem”. Powiedział jej wówczas, że koledzy z ochronki zawsze byli dumni z Edka, bo tak daleko zaszedł i był wielkim aktorem. Przede wszystkim jednak – prawym człowiekiem.

Jak to się stało, że został aktorem? We wspomnieniach Edwarda Kusztala pojawia się pierwsza wizyta w Teatrze im. Stefana Żeromskiego i spektakl „Rewizor” Mikołaja Gogola. To było tuż po wojnie. Zapamiętał przepych przybytku Melpomeny niewspółmierny do otaczającej rzeczywistości i… niemiłosiernie stukające drewniaki, w których chodził przez okrągły rok. Do teatru zaprowadziła go mama, ale czuł zakłopotanie i speszenie. Skąd mógł wówczas przypuszczać, że za kilkanaście lat będzie jedną z najjaśniejszych gwiazd tego miejsca? Zanim jednak stanął na profesjonalnej scenie, mama zapisała go do amatorskiego teatru działającego w Wojewódzkim Domu Kultury w Kielcach. Jego pierwszą rolą był Pasibrzuch w sztuce Ewy Szelburg-Zarembiny.

Gdzie na golonkę i wódeczkę?

Szlify aktorskie Edward Kusztal zdobywał w łódzkiej filmówce, mieszkał w jednym pokoju z Januszem Gajosem, przyjaźnił się z Markiem Piwowskim, Elżbietą Starostecką i jej mężem Włodzimierzem Korczem. Po dyplomie trafił do Teatru Ziemi Opolskiej, potem na scenę w Wałbrzychu. Posypały się też role filmowe, a wśród nich ta główna, w filmie „Żeniac” Janusza Kidawy. Mógł grać w najlepszych warszawskich teatrach, u najwybitniejszych reżyserów. A jednak wrócił do rodzinnych Kielc, tu założył rodzinę, tu urodziły się jego dwie córki: Magdalena i Maja, tu każdego dnia wędrował ulicami, zaglądał w zakamarki, gromadząc wspomnienia tysięcy zdarzeń, setek miejsc, dziesiątek ludzi. A wszystko to mieszało się jak w kalejdoskopie, gdzie barwne drobinki, nie wiedzieć kiedy i w jaki magiczny sposób, układają się w fascynującą całość. Ta całość staje się zdaniem, potem akapitem, stroną, rozdziałem, by w końcu przybrać postać książki, barwnej opowieści o mieście i jego ludziach. Na 192 stronach.

– „Przywrócić pamięć” to nostalgiczna podróż, spacer, kronika pokazująca Kielce, których już nie ma – tłumaczy Magdalena Kusztal. Dużo jest w niej o kieleckim teatrze, z którym aktor związany był od 1967 roku. Przedziwne, właśnie wówczas zagrał Osipa w „Rewizorze” Gogola. W tej samej sztuce, którą oglądał jako dzieciak. Wystąpił w ponad stu spektaklach, a wspomnienia o nich można odnaleźć w wydanej właśnie książce. Sporo w niej również smaczków związanych z kielecką bohemą, słynnym Klubem Dziennikarza, kawiarnią Dziurka. To tu znajdziemy odpowiedź na pytanie, gdzie przed laty chodziło się w Kielcach na golonkę i wódeczkę, ile trzeba było stać za ciuchami w sklepie Mody Polskiej czy galluksie i jak panowie marzyli o tym, by założyć na głowę kapelusz marki Borsalino.

– Kruk pieczony zawijany w krawacie Grabiwody – wypowiedziane przez Magdę Kusztal zdanie brzmi jak niezgorszy szyfr. Kim był Andrzej Grabiwoda, znakomity architekt wnętrz ­ tego nikomu nie trzeba wyjaśniać, ale kto kryje się pod pseudonimem Kruk? Do dziś nie wiadomo. Edward Kusztal miał lekkie pióro, pisał barwnie, piękną, plastyczną polszczyzną. To właśnie literatura wypełniła mu pustkę po teatrze, który nagle przestał się interesować aktorem. Ostatni spektakl na kieleckiej scenie zagrał w 2007 r., później nie był już obsadzany, mimo, że publiczność i dziennikarze wielokrotnie doceniali jego aktorski kunszt przyznając mu m.in. Dziką Różę. A teraz, gdy aktora nie ma już wśród nas, założona przez jego żonę Jolantę Kusztal, córki i wnuka Macieja fundacja promuje młodych, uzdolnionych artystów, przyznając im stypendia.

Miasto, jakiego już nie ma

Do końca pozostał wierny Kielcom, dla niego rodzinne miasto było pępkiem świata, nie rozpamiętywał ról, które mógłby zagrać. Tylko raz żałował roli w filmie, która mu przepadła. Od Juliusza Machulskiego dostał propozycję zagrania w „Vabanku”, ale dyrektor teatru nie wyraził na to zgody. Ojcu było przykro, lecz nie rzucił teatru, bo rozumiał, że przede wszystkim to tu ma zobowiązania – wspomina Magdalena Kusztal. W książce „Fajerką po Kielcach” jako swoje życiowe motto aktor przywołuje słowa Tadeusza Byrskiego: Tam, gdzie ja, tam mój Paryż.

Jaki więc jest ten Paryż Edwarda Kusztala? Jedyny i niepowtarzalny. Ci, którzy mają na karku już wiele dziesiątków lat, odnajdą w książce „Przywrócić pamięć” miasto swojej młodości. Nieco młodsi przypomną sobie, jak przez mgłę, nostalgiczne klimaty, ledwo utrwalone w ich pamięci. A ci najmłodsi? Może westchną i pomyślą, czy to możliwe, że kiedyś Sienkiewka kipiała życiem, że ludzie niemalże ocierali się jeden o drugiego. Ech!

Ukazaniu się książki „Przywrócić pamięć” towarzyszy wystawa poświęcona dorobkowi teatralnemu Edwarda Kusztala, którą do końca roku można oglądać w kieleckim Muzeum Diecezjalnym. Zgromadzono na niej m.in. fotosy, kostiumy, rekwizyty i fragmenty scenografii teatralnych. W przygotowaniu jest także trasa Edwarda Kusztala po rodzinnym mieście, której wyznaczenia podjął się Krzysztof Myśliński z Muzeum Historii Kielc.

– Kiedy porządkowałam materiały do książki, a potem czytałam już całość, to pomyślałam sobie, że mój ojciec to był kawał gościa – mówi ściszonym głosem Magdalena Kusztal.

Tekst: Agata Niebudek- Śmiech, Zdjęcia: z archiwum Edwarda Kusztala

Fragmenty książki „Przywrócić pamięć”:

Od początku życia ludzie przygotowywani byli do dalszej, pośmiertnej wędrówki. Nie wiedziano tylko kiedy i gdzie powędrują. Urządzano zatem specjalne miejsca oczekiwań(…). Chowano tam wędrowców zmęczonych trudami życia na tej, mimo wszystko pięknej ziemi i wysyłano ich w inny – nie wiadomo, czy do końca lepszy – świat.

***

(…) Figurą cmentarną, która robiła na nas, chłopcach z Rogatki Krakowskiej (róg Wesołej, Wojska Polskiego i Ogrodowej) duże wrażenie była „Biała Pani”, bo tak nazywaliśmy estetyczny, alabastrowy, naturalnej wielkości posąg pięknej, młodej dziewczyny, stojący w alejce tuż przy murku (…) Snuliśmy różne fantastyczne domysły na temat przyczyn jej śmierci. Przyjęliśmy hipotezę, zasłyszaną od starszych kielczan, że dziewczynka znalazła się w letargu. Nie sprawdziwszy dokładnie, co się stało, pochowano ją jako zmarłą naturalnie. Jednak rodzina, nękana jakimiś metafizycznymi przeczuciami, zarządziła ekshumację. Niestety, przeczucie się sprawdziło, ale na życie było już dla niej za późno.

 

***

W końcu października, którejś jesieni, zadzwonił do mnie Bronek Opałko z prośbą, czy nie zechciałbym w dniu pierwszego listopada pokwestować z nim na Cmentarzu Starym, w godzinach wieczornych. Próbowałem się wykręcić, że szykuje się zimna, słotna pogoda, że trochę późno. Bronek jednak nalegał.

– Ubierzmy się ciepłej – mówił – a Irena, moja urocza żona, zrobi nam duży termos herbaty z rumem.

O godzinie dwudziestej, w zupełną szarugę, przemoczeni do suchej nitki, dotarliśmy na stanowisko. Na końcu alejki majaczyła jeszcze tylko jedna zwalista sylwetka w pałatce. Zdzisio Sabat trwał do końca. Kwestowaliśmy tylko w dwie pary. Na domiar wszystkiego, Irena pomyliła proporcje w termosie. Zrobiło nam się ciepło i wesoło. Cmentarz tańczył walca. Cmentarz był pod gazem. O umówionej porze ktoś z rodziny Bronka zabrał nas do mamy Pigwy.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close