Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Żyją na wysokościach, tańczą przy każdej okazji, jak wierzą w Boga, to bardzo konkretnie, zamiast pić kawę czy herbatę, żują liście koki. O Boliwijczykach opowiada kielczanka Anna Pałys, wolontariuszka, opiekunka dzieci i młodzieży na misji ojców salezjanów, która przez rok mieszkała w boliwijskich Andach.

Wyjazd na rok, na drugą półkulę, do trudnej pracy i to bez wypłaty – jak
się podejmuje taką decyzję?
Ach… to był pewien proces. Najpierw dowiedziałam się, że w ogóle jest taka możliwość, by pojechać jako wolontariusz, do jakiegoś kraju misyjnego, ale nie wiązałam tego od razu z konkretnymi planami – że tak, że już, że na pewno chcę jechać i pomagać. Raczej tak mi to chodziło po głowie. Od czasu do czasu. Ostateczną decyzję podjęłam podczas Światowych Dni Młodzieży w 2016 roku i dopiero wtedy zaczęłam szukać informacji jak to zrobić, jak się przygotować, poznawałam całą tę otoczkę organizacyjną. Wolontariusz, który pracuje z dziećmi i młodzieżą, wspiera jednocześnie misjonarzy w danym kraju. To wymaga takiego „dwuwymiarowego” przygotowania. Jeden to duchowość i wiara, jej pogłębienie, żeby być gotowym do sprostania różnym sytuacjom albo własnym odczuciom, które mogą pojawić się tam, na miejscu. Druga sprawa to rzeczy praktyczne – różne informacje o krajach misyjnych, rozmowy z wolontariuszami, którzy już byli na wyjeździe i dzielą się doświadczeniami, warsztaty aktywnej organizacji wolnego czasu dla dzieci. Tego wszystkiego uczyłam się w salezjańskim ośrodku misyjnym w Krakowie. I szczerze mówiąc, było mi wszystko jedno, dokąd pojadę. Chciałam po prostu dać coś innym od siebie, a jednocześnie zobaczyć nową kulturę, nowy kraj. Pobyć z tamtymi ludźmi, zobaczyć, jacy naprawdę są. A nie patrzeć z perspektywy turysty… Było mi też obojętne, co dokładnie będę robiła, choć oczywiście wiedziałam, że wolontariat salezjański skupia się na pracy z dziećmi i młodzieżą.

Więc Boliwia to przypadek?
Nie całkiem. Jakiś czas temu, jeszcze przed pomysłem na wolontariat, dowiedziałam się, że można na odległość wspierać finansowo potrzebujące dzieci, z placówek misyjnych na całym świecie. Zostało mi przyporządkowane dziecko z Tupizy, czyli niewielkiej miejscowości na południowym krańcu Boliwii. Poza tym od jakiegoś czasu uczyłam się hiszpańskiego, bo po prostu lubię ten język. No i kiedy pojawiła się taka możliwość, wybrałam właśnie Tupizę.

Kilkanaście godzin lotu i co? Dżungla, Amazonia, zielono i parno?
Szok termiczny i kulturowy? Tak nam się stereotypowo kojarzy Ameryka Południowa, z dżunglą amazońską. I słusznie, bo to znaczna część tego kontynentu i większa część Boliwii, ale akurat nie ta, gdzie ja trafiłam. Po kolei – poleciałam latem, a tam była końcówka zimy, trafiłam z „ciepłego w prawie ciepłe”, więc obyło się bez szoku termicznego. Przed wylotem dużo czytałam o Boliwii, a przede wszystkim rozmawiałam z wolontariuszkami, które już były w Tupizie i pracowały w tamtejszym domu dziecka. Więc mniej więcej wiedziałam, jaka jest specyfika tego miasteczka i czego się spodziewać po pracy w ośrodku. Wiedziałam, że podejście do czasu w Boliwii jest bardzo luźne, że podczas 16–godzinnej podroży autobusem z lotniska może nagle pojawić się na drodze blokada albo lawina. I przystanek może potrwać kilka dni, więc lepiej mieć kupione zapasy na podróż. A jeśli chodzi o dżunglę i tak dalej – Tupiza leży na płaskowyżu andyjskim, 3 tys. metrów nad poziomem morza. Czyli wyżej niż nasze Tatry. Zieleni jest mało, rosną kaktusy, dużo skał. Koryta rzek zapełniają się tylko na dwa miesiące w roku, podczas krótkiej pory deszczowej. Sucho, więc upraw jest niewiele. Klimat jest, według naszych standardów, bardzo surowy. Oczywiście nie cała Boliwia tak wygląda, tylko te jej południowe krańce. W okolicy Tupizy są wioski położne na wysokości 4 tys. metrów, a trzy godziny jazdy od miasteczka ludzie mieszkają jeszcze wyżej, nawet 5 tys. metrów n.p.m. To dwa razy nasze Tatry, więc powietrze jest już rozrzedzone. Mimo to ludzie tam mieszkają.

Po co, jeśli żyje się tam tak trudno i na dodatek ciężko oddychać?
W Andach są bardzo bogate złoża różnych minerałów i rud metali. Boliwijczycy pracują przy ich wydobyciu. To trochę tak jak amerykańska gorączka złota, bo zresztą i złoto tam znaleziono. Niektóre surowce potrzebne w przemyśle występują albo tylko w tym regionie, albo są tam ich największe złoża w skali całego świata. Więc ludzie utrzymują się z górnictwa i trochę z rolnictwa, a dokładnie hodowli zwierząt, bo uprawa roślin wchodzi w grę na niewielkich obszarach, przy rzekach, bo tylko tam jest woda i ziemia. Za to kozy albo lamy mogą jeść cokolwiek, jakieś krzaczki, zarośla. Są hodowane na mięso, skóry, wełnę, mleko, z którego miejscowe kobiety wyrabiają sery na sprzedaż. Ze skór i wełny robią ubrania. Tam nic się nie marnuje.

Kobiety pracują w domu, a mężczyźni pod ziemią?
Podział ról i różnice w pozycji społecznej są bardzo wyraźne. To totalna kultura macho. Kiedy rodzi się chłopiec, ojciec opija to z kolegami, bo to okazja do radości i szczęścia. Kiedy rodzi się dziewczynka, ojciec mówi o tym dopiero po jakimś czasie i to niezbyt chętnie. Chłopcu wolno wszystko, dziewczynki uczone są posłuszeństwa i pracy, a matki im współczują, bo wiedzą, że w życiu będą miały trudniej. Mężczyzna rządzi w rodzinie i jeśli ma dobry charakter, to wszystko jest w porządku. Ale bywa różnie… Kobiety nie pracują przy wydobyciu, bo podobno w kopalni przynoszą pecha. Podczas jednej z wypraw po okolicy chcieliśmy wejść na teren kopalni i właściciel nas nie wpuścił. Właśnie tak to wytłumaczył.

Kobiety się nie buntują?
Tam, gdzie pracowałam, tradycje są bardzo silne. W większych miastach kobiety nie godzą się na takie tradycyjne pojmowanie ról, tam wzorce zachodnie, europejskie, są widoczne. Zresztą, tak na marginesie, warto wspomnieć, że Europa postrzegana jest przez Boliwijczyków jako jedno miejsce, bez podziału na poszczególne kraje. Sądzą, że żyjemy wspaniale, w dostatku i bez trosk. O Polsce w zasadzie nic nie wiedzą.

A jak tamtejsi mężczyźni odnosili się do was, kobiet z Europy?
No cóż, gwizdanie i trąbienie na ulicy było na porządku dziennym, co zapewne powinno nas cieszyć… Ale generalnie w Boliwii i innych krajach Ameryki Południowej człowiek z jasną karnacją budzi pewien respekt. Wydaje mi się, że to może być jeszcze pokłosie czasów kolonialnych.

Wracając do górników, nasi, polscy, mają niewątpliwie duży dar przekonywania rządu do różnych swoich potrzeb i spełniania ich oczekiwań.W Boliwii też tak jest?
Trochę inaczej, bo tam kopalnie są prywatne, więc państwo nie ma bezpośredniego wpływu na np. wysokość pensji czy utrzymanie miejsc pracy.Pieniądze nie są głównym problemem, bo górnicy dość dobrze zarabiają, biorąc pod uwagę tamtejsze realia. Są dobrze zorganizowani i z ich protestami politycy muszą się liczyć, bo potrafią być dotkliwe –jak na przykład kilkudniowa blokada jakiejś ważnej drogi. Przyczyny bywają inne niż u nas – na przykład problem z dostępem do opieki medycznej, szpitala itd. Ciekawe jest podejście Boliwijczyków do kwestii własności kopalni – nie chcą obcych. Kopalnie pozostają w rękach miejscowych właścicieli, ale mają utrudniony dostęp do nowoczesnych technologii z zagranicy. Dlatego górnicy pracują w trudnych warunkach i metodami, które pewnie według standardów światowych są mocno przestarzałe. Ale może ten wysiłek buduje ich solidarność i etos pracy? Bo tam nawet Bóg przedstawiany jest pojako górnik. Widziałam przy wejściu do kopalni tablicę z 10 przykazaniami, trzymaną właśnie przez Boga Ojca…w kasku górniczym.

Pracowałaś w ośrodku dla dzieci i młodzieży, ale o charakterze misyjnym, więc miałaś okazję z bardzo bliska oglądać boliwijski kościół i podejście do religii.
Religijność tam jest bardzo… konkretna. Ludzie nie myślą w kategoriach abstrakcyjnych, metaforycznych czy jakoś szczególnie duchowych. Tam religia jest bardzo dotykalna, jeśli tak to można nazwać. Jeśli Boliwijczyk modli się o dom, to zaniesie do kościoła małą makietę domu, a jeśli o samochód, to mały samochodzik. Jeśli ktoś daje ofiarę na mszę za zmarłego, to przynosi na mszę zdjęcie tej osoby, żeby było dokładnie wiadomo, o kogo chodzi. Ważne jest też zaświadczenie o przyjęciu intencji. Papier potwierdzający, że msza się odbyła, rodzina zanosi potem na grób, żeby zmarłemu nie przyszło do głowy straszyć żywych. Gdy ksiądz święci wodą w kościele, to ten, na kogo nie spadnie żadna kropla, nie czuje się pobłogosławiony.  A im więcej tych kropel spadnie, tym lepiej. Na chrześcijaństwo, które przybyło na te ziemie wraz z konkwistadorami, nakładają się dawne wierzenia lokalnych plemion m.in. w bóstwo nieba oraz matkę ziemię. Wygląda to tak, że procesja podczas święta kościelnego, związanego z Matką Boską, kończy się na jakiejś górze, gdzie składa się ofiarę matce ziemi. Wierzenia lokalne, związki z naturą, pozostałości inkaskich mitologii i chrześcijaństwo są w Boliwii trochę splątane. Nie jest to do końca zgodne z naszym rozumieniem wiary, ale księża–misjonarze podchodzą do tego z wyrozumiałością. Zresztą tam na południu Boliwii, w tym surowym klimacie, starają się nie tylko nieść dobrą nowinę, ale po prostu pomagać w różnych codziennych sprawach. To między innymi sprawia, że są szanowani. Różnic jest więcej. W Boliwii nie obchodzi się świąt Bożego Narodzenia tak jak u nas. Nie ma choinek, bo tam po prostu nie rosną, no i nie ma zwyczaju łamania się opłatkiem. Święta zaczynają się tam dopiero od pasterki. W ośrodku w Tupizie była wieczerza wigilijna, ale nikt nas nie uprzedził o tym opłatku i razem z koleżanką czekałyśmy i czekałyśmy, a tu nic.

Jak wyglądała codzienna praca z dziećmi, bo przecież po to pojechałaś do Boliwii?
Dzieciaki w ośrodku w Tupizie, który jest odpowiednikiem domu dziecka, w większości nie były sierotami. Zostały porzucone przez rodziców albo odebrała je im pomoc społeczna. Dzieci bywają porzucane z różnych powodów, czasami z braku pieniędzy, czasami rodzice się rozchodzą i znajdują nowych partnerów. Bywa tak, że kobieta zostaje sama z czwórką albo piątką dzieci, bo rodziny są z reguły wielodzietne, i musi szukać pracy większym mieście – wtedy świadomie podejmuje decyzję, że pozostawia czworo albo troje dzieci… Czasami przyczyną są uzależnienia, ale wtedy najczęściej wkracza pomoc społeczna. Część dzieci ma kontakt z rodzicami i to są trudne sytuacje, bo pewnie chciałyby do nich wrócić, nawet jeśli rodzic nie jest ideałem. Z koleżanką pomagałyśmy w codziennej opiece nad dziećmi, odprowadzaniu i przyprowadzaniu ze szkoły, czasem trzeba było pójść na wywiadówkę. Ważne były też rozmowy z dziewczętami o różnych ich sprawach i problemach – chłopcy przebywali w tym ośrodku do dziesiątego roku życia, potem przechodzili do innej placówki. Do tego organizowałyśmy czas wolny, święta, urodziny. Jest tam uroczy zwyczaj – zamiast zdmuchiwać świeczki, jak u nas, należy pacnąć twarzą w tort, żeby mieć całą twarz w kremie. A dodatkowo, żeby szczęście było jeszcze większe, na głowie solenizanta rozbija się jajko i posypuje całość mąką. Na tort się zgodziłam, na jajko i mąkę już zabrakło mi odwagi.

Jakieś inne ciekawe zwyczaje?
Taniec. Bez tańców nie może się odbyć żadne święto, nieważne o jakim charakterze. Czy to religijne, czy państwowe, lokalne albo regionalne, czy święto patrona szkoły albo dzień ucznia – zawsze jest taniec i śpiew. Każdy Boliwijczyk tańczy, i uczy się tego w szkole, trochę jak na naszym WF-ie. Zdaje się, że są cztery podstawowe style, każdy tam je zna. Poza tym każde święto jest celebrowane przez całą społeczność. Po prostu kilkudniowa, miejska impreza. No i koka – równie ważna jak taniec.

Nie bardzo wiem, jak to rozumieć…
Nic dziwnego, bo w Polsce nie mamy odpowiednika tego zjawiska społecznego, chyba tak to trzeba nazwać. Koka jest rośliną otoczoną w Boliwii czcią. Jedna z legend mówi wręcz, że to dar Matki Boskiej dla człowieka. Koka jest postrzegana jako niezwykle dobroczynne zioło, które daje siłę, zaspokaja głód, leczy, niweluje skutki przebywania na dużych wysokościach, wzmacnia i rozjaśnia umysł. I tak rzeczywiście jest, bo badania naukowe pokazują, że liście koki mają wiele cennych składników odżywczych. I – co warto podkreślić – naprawdę nie uzależniają. Ich działanie można porównać do naszej kawy czy mocnej herbaty. Boliwijczycy nie żują koki, wpychają sobie kulkę suszonych liści pod policzek i trzymają tak przez kilka godzin, a w tym czasie roślina puszcza cały czas sok. Wszędzie są ludzie z wypchanymi w ten sposób policzkami. W kopalniach to metoda na podtrzymywanie sił podczas pracy. Czasami koka dawana jest starszym dzieciom, jeśli pracują długo razem z rodzicami. Handel koką ma w Boliwii charakter hurtowy, kupuje się ją tam i sprzedaje na worki.

Ta roślina w Europie czy Ameryce budzi jednak zdecydowanie negatywne odczucia.
Problemy zaczęły się w XIX wieku. Gdy wyekstrahowano z koki kokainę, która zepsuła reputację tej rośliny. Oczywiście z uzasadnionych powodów. Obecny prezydent Boliwii mocno wspiera rozwój plantacji koki i handlu nią. Gdzieś na boku pojawiają się wątpliwości wśród Boliwijczyków, czy nie ma to może związku z narkotykami…

Twój wyjazd do Boliwii z założenia nie był turystyczny, praca w ośrodku pochłaniała masę czasu. Czy miałaś czas na zwiedzanie?
Strasznie byłyśmy z koleżanką ciekawe, jak tam jest, ale na własną rękę było trudno. Jedyną możliwość stanowiły wyjazdy do okolicznych wiosek razem z księżmi i siostrą zakonną, przy różnych okazjach. Wtedy mogłam poznać bliżej mieszkańców tego regionu i zobaczyć, jak naprawdę żyje się w górach – w wioskach albo na wpół opuszczonych osadach, przy zamkniętych kopalniach, gdzie wydobycie przestało się opłacać, młodzi pojechali szukać pracy gdzie indziej, a starsi zostali i radzą sobie, jak potrafią. W niektórych takich miejscach jest tylko kilkunastu mieszkańców w starszym wieku. Najczęściej hodują zwierzęta. I w zasadzie mogą liczyć tylko na siebie, a jeśli zachorują, to na pomoc sąsiadów. Nasz przyjazd do wioski zaczynał się z reguły od bicia w dzwony, żeby mieszkańcy mogli się zgromadzić, bo przecież nie dało się ich wcześniej uprzedzić – nie mają telefonów ani internetu. Zresztą mają bardzo luźne podejście do czasu. Czekaliśmy więc z reguły godzinę albo dwie, a mieszkańcy się powoli schodzili. Wtedy można było porozmawiać. Bardzo dużo zależało od tego, czy był z nami ktoś, kogo znali. Jeśli tak, to wtedy od razu zaczynali nas traktować jak swoich, sadzali przy stole, byli bardzo gościnni. Podczas tygodnia misyjnego jeździliśmy do ludzi bez zapowiedzi, wiec zastawaliśmy ich przy różnych zajęciach, ale nawet wtedy zawsze nas czymś musieli poczęstować, choćby kompotem czy wodą. Nigdy nie było wiadomo, jak zareaguje żołądek, a wypić trzeba, bo gospodarz się obrazi. Dlatego zawsze po takiej wyprawie na wieś musieliśmy się „odkażać” ziołami na alkoholu, co zresztą poradzili nam misjonarze. Dróg jako takich tam nie ma, można się poruszać samochodem terenowym i najczęściej wyschniętym korytem rzeki. Podczas jednego z wyjazdów zauważyliśmy w pewnym momencie kozy i samotną zagrodę z zarośli – to oznaczało, że ktoś mieszka na pustkowiu. Okazało się, że to starsza kobieta. Nie reagowała na pytania po hiszpańsku, zachowywała się, jakby nas nie było. Dopiero kiedy siostra zakonna z naszej grupy odezwała się do niej w języku keczua, zaczęła rozmawiać. Wcześniej nie rozumiała, co do niej mówimy. Okazało się, że mieszka sama, że jej dzieci wyjechały do pracy do miast. Bardzo chciała, żebyśmy ją jeszcze kiedyś odwiedzili.

Prawdziwa mozaika sprzeczności, z jednej strony taniec i radość, z drugiej ciężka praca i ciężkie życie…
– Tak to wygląda na południu, ale im większe miasto i więcej młodych ludzi, tym więcej optymizmu i tańca. Boliwijczycy mają cechy, których warto się nauczyć, przede wszystkim dystans do świata, nie przejmują się wieloma rzeczami. „Igual”, czyli „wszystko jedno”, to bardzo ważne słowo w ich słowniku. Są też przedsiębiorczy. Kwitnie drobny handel, na ulicy w większym mieście można kupić praktycznie wszystko, co jest potrzebne w podróży – jedzenie, powerbank i szczoteczkę do zębów. I tysiąc innych rzeczy. Co nie oznacza, że pomiędzy miastami nie trzeba być przygotowanym na różne niespodzianki. Bo to Boliwia.

Dziękuję za rozmowę. •

rozmawiał Kamil Wojtczak, zdjęcia: archiwum prywatne

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close