Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


To wszystko dzieje się tu i teraz. Wchodzi do naszych domów. Siada przy naszych stołach. Kładzie się w naszych łóżkach, każe nazywać się przyjacielem. „Świętoszek” Moliera w teatralnej inscenizacji Ewy Rucińskiej w kieleckim Teatrze im. Stefana Żeromskiego, zadaje niepokojące pytania i niestety nie daje łatwych odpowiedzi.

Przywykliśmy do tego, że „Świętoszek” to komedia o starym lisie, który pod płaszczykiem religijnych cnót skrywa swoją bezwzględną naturę. Sprytny manipulant tak żongluje emocjami, tak skutecznie buduje swój świątobliwy wizerunek, że udaje mu się zbałamucić seniora zacnego rodu. W interpretacji Ewy Rucińskiej sztuka Moliera niewiele ma wspólnego z komedią charakterów – tu nie chodzi już tylko o wyśmianie wynaturzeń ludzkiej natury i pokazanie, że ostatecznie cnota i tak się obroni. Bo niestety, jak widać po kieleckiej inscenizacji, nie zawsze tak bywa. Śmiech więźnie w gardle, zresztą co znamienne, publiczność rzadko wpada w chichot. I nie jest to żaden zarzut, bowiem nie komizm jest najważniejszy w tym spektaklu. Istotniejsze jest tu pokazanie, w jaki sposób bezkrytyczna fascynacja jakąś osobą czy ideą destrukcyjnie wpływa na życie człowieka i jego rodziny. Mam wrażenie, że to właśnie rodzina – skupiona w pierwszej scenie spektaklu przy symbolicznym stole, a później rozproszona i miotająca się w jakimś chorym obłędzie – staje się centrum zainteresowań reżyserki.

Dramat Moliera jest dla mnie opowieścią o upadku pewnej wspólnoty, ale i – używając biblijnej terminologii – o fałszywych prorokach, którzy, niczym kurz, niezauważalnie włażą w nasze życia, siadają na meblach, parapetach, podłodze. I jest nam z tym dobrze, aż do momentu, gdy nadmiar brudu zaczyna nas świerzbić, przylepia się do rąk, wchodzi do gardła. Wtedy zaczynamy się dusić…

Ewa Rucińska zadaje w swoim spektaklu pytanie: ile jesteśmy w stanie poświęcić owym wirtuozom manipulacji, jak daleko posuniemy się, by ich zadowolić? Niezwykle gorzką staje się opowieść o Orgonie, który bez żadnej refleksji ulega złudzie. Bohater daje się nabrać na grubymi nićmi szyte matactwo i wpada w pułapkę, z której nie ma już żadnego wyjścia. Czy Orgon to głupiec, który najzwyczajniej w świecie dał sobie wyprać mózg? Ano – dał. Szybko i skutecznie. Szydzimy z niego? Ależ oczywiście. A przecież ile razy ulegamy fascynacji opiniotwórczych ekspertów, powtarzamy wygadywane przez nich brednie. W obronie tych, pożal się Boże, wyroczni, dalibyśmy się poćwiartować, a wszystkich tych, którzy myślą inaczej, wysłalibyśmy w kosmos. Obyśmy się nie zagalopowali, bo naprawdę wiele można stracić – raz rozsypanego pierza nie zbierze się już do poduszki.

Reżyserka kieleckiego „Świętoszka” nie puszcza do nas oka, w jej spektaklu dominuje raczej tonacja serio i temu klimatowi podporządkowują się aktorzy. Świetny jest Dawid Żłobiński w roli Pana Układnego – ta niema do połowy spektaklu postać, z kogoś w rodzaju obserwatora wyrasta na swoistego demiurga. Tartuffe w interpretacji Wojciecha Niemczyka praktycznie nie schodzi z zawieszonego nad sceną balkonu jak ktoś wyobcowany ze społeczeństwa, kto podejmuje ryzyko nieco karkołomnej mistyfikacji. Tak naprawdę Świętoszek nie musi się zbytnio wysilać, bowiem Orgon jest tak głupi, że nawet kilkuletni dzieciak zdołałby go omotać. Grający go Jacek Mąka swoją jowialnością, nieustanną paplaniną i miotaniem się bez ładu i składu przypomina mi nieco poczciwego Ferdka Kiepskiego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tragizm tej postaci nie wybrzmiał należycie, lecz utonął gdzieś w odmętach farsy.

Świetnie na scenie radzą sobie panie. Doryna Anny Antoniewicz odbiega od stereotypu pokojówki, ale nadal ma w sobie właściwy ładunek zdrowego rozsądku i dystansu do szaleństwa, które opanowało dom Orgona. Na nucie zniechęcenia, rezygnacji, ale i świadomości swojej kobiecości oraz wielkich emocji wygrywa postać Elmiry – Magda Grąziowska. Jest jeszcze młodzież, czyli Jakub Sasak w roli Walerego i Justyna Janowska jako jego ukochana Marianna. I tu proszę o wybaczenie, bowiem postaci stworzone przez parę młodych aktorów, nie wybiegają według mnie ponad poziom „gimbazy”. Są mało wiarygodne, stanowią jakiś zgrzyt w całej dramaturgicznej konstrukcji.

Kielecka inscenizacja – sprowadzona do dwóch części z nieoczywistym, otwartym zakończeniem – choć w warstwie wymowy zdaje się być spektaklem klarownym, to w niektórych momentach staje się realizacją nie do końca przemyślaną. Podczas oglądania spektaklu co rusz zadawałam sobie pytania dlaczego? A więc – dlaczego – tyle tu rekwizytów, po co ta winda czy raczej nosidełka, którymi Elmira zostaje wciągnięta na pięterko zamieszkałe przez Tartuffe’a? Czemu służy wprowadzenie na scenę harcerskiego zastępu? Po co ten hip-hopowo-narodowościowo-wędkarski entourage? Ten przerost formy momentami niestety przytłacza i sprawia, że zamiast wsłuchiwać się w słowo, gorączkowo próbujemy rozszyfrować znaczenie wszystkich znaków. Może czasami warto zaufać klasyce i nie za bardzo ją „uszczęśliwiać” dodatkowymi bodźcami.

Tekst: Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia: Krzysztof Bieliński

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close