Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Po co komu sens, po co komu dorabiana do wszystkiego ideologia? Po co komu recenzja niespektaklu? Niewinnie, koncertowo, bez lidera, bazując na tym, co już było, grupa artystów zamienia na moment scenę Teatru im. Stefana Żeromskiego w miejsce zbiorowej ekspresji. Nie ma sensu (!) doszukiwać się w „Kropce kresce. Kropce kresce” czegoś nadzwyczajnego, śledzić z zapartym tchem każdą wypowiadaną kwestię. Wystarczy być i współodczuwać z wykonawcami.

Bunt jest jak mała czarna

Wydaje się, że jednym z ważnych elementów kropko-kreskowej układanki jest przeświadczenie, że to, co w latach 70. i 80. bolało młodych Amerykanów, doskwiera obecnie większości z nas i co gorsza dzieje się to niezależnie od wieku. Historia lubi się powtarzać, a niezgoda na owe powroty rodzi skrajne emocje. Bunt, jako sposób na odreagowanie, jest ponadczasowy jak mała czarna. Jest dobry na każdą okazję niedopasowania społecznego.

A dlaczego nie można zbuntować się w teatrze? Tak naprawdę, jakby się chwilę zastanowić, po co komu tekst sztuki napisany od a do z? Dlaczego aktor musi upokarzać się w imię wizji reżysera czy dyrektora teatru? Skoro dość popularne jest przeświadczenie, że artyści wyrażają siebie na scenie i w ten sposób pielęgnują egoizm, to może zamiast spektaklu zrobić im publiczną psychoterapię, w ostatecznym rozrachunku efekt powinien być ten sam. Czy cały ten biznes teatralny ma jakiś sens? Twórcy eksperymentu „Kropka kreska…” szarpią pewne struny osobiste, odpowiedzialne za relację aktor-reżyser, aktor-widz. Chcą wreszcie poczuć teatr, a nie analizować „szkiełkiem i okiem”, chcą emocji, wypatrują połączenia z intuicją sceniczną. To jest ten drobny, prawie niezauważalny romantyczny ścieg, eksperymentalny szept ekipy, nawołujący do przeżywania, a nie recenzowania i dorabiania do wszystkiego łatki racjonalnego zachowania.

Koncertowe zatracenie

Wykorzystanie konwencji widowiska muzycznego, inspiracja koncertem „Stop making sense” Talking Heads i kreatywność samych wykonawców tworzą w efekcie nawet nie eksperyment, a coś na pograniczu próby teatralnej i zabawy na scenie. Tematyka niby poważna, ubrana w schludny kostium rozważań psychologicznych, ale ostatecznie zwycięża luz, ekspresja, koncertowe zatracenie. Grupa, mimo wstępnych założeń demokracji tworzenia, zdominowana zostaje przez Ulubienicę (Magdalenę Grąziowską), która w takiej konwencji najwyraźniej czuje się, jak ryba w wodzie. Hipnotyzuje, zaraża swoimi emocjami i zapada w pamięć.

„Po co komu kolektyw?”, jeśli zajmujemy się jedynie poszukiwaniem sensu, jeśli rozmawiamy tylko słowami, zapominając, a wręcz wyrzekając się emocji – zdaje się pytać reżyser Paweł Paczesny. Czy wykonawcom koncepcji udało się nawiązać dialog emocji z widzami? Czy eksperyment przebił się przez skorupę utartych szlaków odbioru teatru, czy też zderzył się ze ścianą niezrozumienia? Na te pytania poznamy odpowiedź w dalszej przyszłości, obserwując zainteresowanie „spektaklem” wśród kieleckiej widowni.

Recenzja bez sensu

Przemyślenia oparte na odbiorze „koncertu” nijak mają się do uczuć, jakie wywołało doświadczanie go na żywo w teatrze. Pewne stany nie dają się ubrać w słowa, dlatego przestańmy szukać sensu w pójściu do teatru, czytając najpierw czarne litery na białym tle. Poczujmy zwykłą chęć do zabawy, tańca, obcowania ze sztuką i dajmy się jej porwać. Chciejmy chcieć. Doświadczajmy. Eksperymentujmy. Żyjmy.

Tekst: Aneta Zychma, Zdjęcia: Krzysztof Bieliński

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close