Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Aga Szuścik – młoda i przebojowa. W lutym obroniła doktorat na łódzkiej filmówce. Rok temu przeżyła dramat: cytologia wykazała, że ma raka szyjki macicy. Poddała się operacji. O swoich emocjach, przeżyciach, doświadczeniach, uporczywych myślach i strachu, jaki towarzyszył jej od dnia diagnozy, opowiedziała za pomocą zdjęć.

„To się nie zdarza” to cykl kilkunastu fotografii, które w bardzo dosłowny sposób opowiadają o tym, co przeżyła. Projekt otrzymał wyróżnienie na ubiegłorocznym International Photography Award. W listopadzie Aga Szuścik wystąpiła na TEDx-ie Katowice, konferencji promującej „idee warte propagowania”. W swojej 18-minutowej mowie (dostępnej na YouTubie) nie tylko opowiedziała o swoich doświadczeniach, ale także – a może przede wszystkim – namawiała panie do regularnych badań profilaktycznych.

Pierwszym zdjęciem Pani wystawy jest pokryta kurzem kartka, przypominająca o cytologii. W swoim katowickim wystąpieniu mówiła pani, że ten świstek papieru przeleżał aż 4 lata.

To prawda, swoją cytologię zaniedbałam. Mimo że wiedziałam, iż trzeba się regularnie badać, ciągle odkładałam to na później, tłumacząc się innymi obowiązkami. Gdy już badanie zrobiłam, okazało się, że mam nowotwór. W swoim wystąpieniu na Tedx-ie powiedziałam, że rak szyjki macicy jest winą chorej. Nie chodzi o to, że choroba jest karą, bo nikt na taką karę nie zasługuje, nikomu jej nie życzę i nią nie grożę. Ta wina to po prostu wzięcie odpowiedzialności za swoje życie i zdrowie w sytuacji, gdy mamy dostęp do takich badań i wiedzę na temat konieczności ich wykonywania, ale z zabiegania przesuwamy to w kalendarzu w nieskończoność. Nie robiłam badań regularnie i dużo mnie to kosztowało. Powiedziałam to na podstawie własnych doświadczeń i boli mnie, gdy ludzie o tym osobistym kontekście tej wypowiedzi zapominają.

Pani wystawę i wypowiedź można uznać za sztukę lub kolejny sposób, by promować badania profilaktyczne. Które spojrzenie jest Pani bliższe?

Tak naprawdę ten projekt po prostu mi się przydarzył, zareagowałam na to, co działo się w moim życiu. Gdy poznałam diagnozę, zmienił się cały mój świat, nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, nie wiedziałam, co czuję, czego się boję. Nie rozumiałam, dlaczego moi bliscy zaczęli zupełnie inaczej ze mną rozmawiać. Fotografia pomogła mi to zrozumieć. Wybrałam aparat, bo towarzyszył mi od dawna, zajmuję się sztukami wizualnymi. Początkowo te zdjęcia miały być tylko moje, nie chciałam ich pokazywać. Potem jednak uznałam, że skoro pomogły mnie, mogą spełnić taką rolę wobec innych.

To rzeczywiście bardzo prywatny, wręcz intymny projekt. Trzeba dużej odwagi, by pokazać go publicznie i opowiedzieć o nim tak, jak zrobiła to Pani w Katowicach. Nie owijała Pani w bawełnę, szczegółowo opisując operację, siniaki, zmiany fizjologiczne i życiowe.

Projekt przestał być prywatny, gdy poczułam moc i odwagę w sobie. Wystąpienie w Katowicach było ostre, bo chciałabym przekazać tę moc dalej i sprawić, by inne panie nie spotkał mój los. Tak właśnie postrzegam moją sztukę. Dla mnie bycie artystą to szansa, by opowiedzieć o świecie i naszych problemach zupełnie innym językiem, na jaki nie mogą pozwolić sobie na przykład lekarze czy ludzie, których zadaniem jest promocja badań profilaktycznych. Tym projektem chciałam powiedzieć jedynie, że wiele zależy od nas. Nie chciałam straszyć, ale podjąć dyskusję, by moi odbiorcy przynajmniej się nad tym tematem pochylili.

Pani inny projekt też skłania do refleksji. Myślę o doktoranckim „2081” ,fotograficznej wizji świata, jaki może się nam przydarzyć. Przyznam, że ten futurystyczny wpływ technologii na życie ludzi może mocno niepokoić. Chyba nie chciałabym siedzieć przy stole z hologramem mojej ukochanej zmarłej babci.

Technologia daje nam szansę na większą mobilność, lepsze wykorzystanie czasu, potencjału, możliwości. Zmienia też nas samych, jesteśmy uwikłani w naszą codzienność, nasz świat. Dzięki niej, a także przez nią inaczej patrzymy na wartości, poczucie czasu, miejsca, na to, jak traktujemy czas, przestrzeń, naszych bliskich, co staje się dla nas ważne. Ten projekt jest właśnie o tym, a ten temat interesuje mnie od dawna. Uważam, że dzięki sztuce mogę inicjować dyskusje, wyrażać swoje zdanie. To trochę taka moja misja, zresztą to misja i obowiązek każdego artysty. Chyba warto się zastanowić, czy wszystkie drogi, jakie obieramy, są dla nas dobre. Robię to tak, jak czuję. Być może niektórzy uznają, że to zbyt ostre, kontrowersyjne. Ja tak nie uważam.

 „To się nie zdarza” to bardzo kobiecy projekt. W swoim wystąpieniu na Tedx-ie powiedziała Pani, że rak szyjki macicy był zachwianiem Pani kobiecości. Publicznie przyznaje Pani, że już nigdy nie będzie mieć okresu, że nie może Pani urodzić dzieci, że mocno zmieniło się Pani ciało, pozbawione niektórych narządów.

Cały czas myślałam i nadal jestem tego zdania, że prawdziwa kobiecość mieści się nie w ciele, ale przede wszystkim w naszej głowie. Dla mnie – i tak zostałam wychowana – nie każda kobieta musi spełnić się w roli matki. Mimo takich podstaw, po zabiegu poczułam, że moja kobiecość została zagrożona. Poczułam się wybrakowana, niepełna. Tylko dzięki pracy nad sobą oraz wsparciu najbliższych, mojego partnera Maćka, który niezłomnie przekonywał, że to tylko chwilowa sytuacja i że nadal jestem stuprocentową kobietą, udaje mi się z tego wykaraskać. Tak, jak znikały siniaki po operacji, tak powoli wracałam do życia. A teraz nawet myślę, że życie bez okresu nie jest wcale takie złe.

W Katowicach obnażyła Pani wszystkie kobiece lęki i preteksty, z powodu których panie nie chodzą na badania.

Najbardziej absurdalny jest strach przed badaniem. Czy pójdziemy do lekarza, czy nie, to jeśli mamy raka, to go mamy. Lekarz nie ma z tym nic wspólnego, on jedynie postawi diagnozę i pomoże nam wyzdrowieć. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych pań lęk może być zupełnie paraliżujący. Wtedy najlepiej byłoby zasięgnąć pomocy psychologa. Mam świadomość, że mój komunikat nie dla wszystkich będzie akceptowalny, nie wszystkich przekonam. Ale znam wiele pań, które mimo lęku poszły i stwierdziły potem, że jednak nie było tak źle.

Często panie mówią, że wolą nie wiedzieć.

Dla mnie tekst „wolę nie wiedzieć” jest równoznaczny z tekstem „wolę umrzeć”. Mam świadomość, że nasza cywilizacja jeszcze z rakiem nie wygrała. Mało to, nie zanosi się, aby szybko się to udało. Potrafimy walczyć z nim tylko na konkretnych polach, przy niektórych odmianach choroby. Jedną z nich są wczesne stadia raka szyjki macicy. Odkryty w początkowej fazie gwarantuje nam pełne wyzdrowienie i niezbyt obciążającą organizm terapię. Aby mieć na to szansę, trzeba regularnie raz do roku poddawać się cytologii. Gdybym nie zwlekała z badaniem tak długo, być może nadal miałabym szansę, by móc zajść w ciążę. Na pewno nie przeżywałabym tego strachu, nie martwiłabym się, co ze mną będzie na przykład za rok, nie zastanawiałabym się, czy moje życie już się skończyło. Ale cytologii nie zrobiłam.

Przez inne ważne zadania, jak doktorat, i przyjemności, jak oglądanie filmów na kanapie?

Mimo iż wiedziałam, że należy się badać, to ciągle było coś ważniejszego. Aż do dnia diagnozy. Choroba dała mi coś jeszcze: potężne poczucie straty. Trzeba zrezygnować z planów, marzeń, traci się czas, pieniądze, biega się po lekarzach, a potem jest lęk, czy choroba przypadkiem nie wróci. Naprawdę dużo prościej, łatwiej jest regularnie, raz do roku chodzić do ginekologa i robić cytologię.

Narodowy Fundusz Zdrowia finansuje cytologię raz na 3 lata.

Ale nie zabrania robić jej płatnie. Koszty tego badania nie są zbyt wysokie. Jedna cytologia kosztuje tyle co kilogram kawy, krem czy farba do włosów. To naprawdę da się unieść. Dwa lata płacimy, na trzeci rok korzystamy z dofinansowania NFZ. Wystarczy wiedzieć i tego pilnować i – jeśli lekarz sam tego nie proponuje, – prosić o wykonanie badania. Same musimy o siebie dbać. Mam nadzieję, że przekonam panie, kobiety, dziewczyny. Nigdy nie przestanę być orędowniczką badań profilaktycznych. Cena, jaką zapłaciłam za zaniedbanie jest bardzo duża i nie chciałabym, aby którakolwiek z pań musiała przez to przechodzić. To nie koniec mojej choroby. Teraz badam się nie, jak sugeruje się zdrowym paniom, raz do roku, ale raz na 3 miesiące. Prawdopodobnie do końca życia będę robić cytologię raz na pół roku. Przede mną jeszcze 4 lata niepokojów i lęków, bo dopiero brak wznowy przez 5 lat uznawany jest za pełne wyzdrowienie.

Dzięki projektowi stała się Pani znana. Udziela Pani wywiadów, opowiada o swojej chorobie. Czy wszyscy popierają Pani działania?

Nie do końca. W dobie internetu, który daje złudne poczucie anonimowości, nie brakuje ludzi mocno mnie krytykujących i atakujących. Sporo mnie to kosztuje. Słyszałam m.in. że moje zdjęcia są niesmaczne, że niepotrzebnie pokazałam się nago, a przecież to żadna nowość w sztuce. Są tacy, którzy sądzą, że całą tę chorobę wymyśliłam dla popularności. Zarzuca mi się także, że obrażam i poniżam chorych na raka, mówiąc, że to ich wina. Takie głosy to jednak odsetek wszystkich komentarzy. Dostaję dużo wiadomości od osób, które też zachorowały. Są panie, które dopytują mnie m.in. o cytologię, dziękują mi za moje wystąpienie i za to, że dzięki mnie poszły do lekarza. Przede wszystkim jednak codziennie przynajmniej kilka kobiet pisze mi, że dzięki moim działaniom zapisały się na cytologię. Kilka dni temu jedna z pań pochwaliła mi się tym na przystanku tramwajowym. Pozdrawiam ją serdecznie.

A nie myślała Pani, aby założyć stowarzyszenie lub fundację, wspierającą profilaktykę i ludzi, którzy chorują? Sprawia Pani wrażenie energicznej, rzutkiej osoby, która na pewno dałaby radę. Zresztą przy „To się nie zdarza” już współpracowała Pani ze stowarzyszeniami i organizacjami, m.in. partnerem naszego projektu, organizacją Kwiat Kobiecości.

Podczas wernisażu wystawy moich zdjęć z projektu udało się zebrać kilkanaście tysięcy złotych, które w całości przeznaczone zostały na badania dotyczące raka. Ale sama zająć się tym nie mogę i nie chcę. Nie jestem tak silna, jak mnie postrzegają. Powoli mam swojego raka dość. To tak naprawdę jest dla mnie zbyt bolesne. Ja sobie jeszcze jakoś radzę, bo tę moją historię opowiadałam już wiele razy. Czuję jednak, że moich bliskich to nadal kosztuje zbyt wiele. Oczywiście „To się nie zdarza” nadal można oglądać w sieci, udostępnię też zdjęcia wszystkim zainteresowanym. Moje wystąpienie na Tedx-ie można obejrzeć na YouTubie, za rok znowu przypomnę paniom o badaniach. Ale chcę już zamknąć ten rozdział w moim życiu, zająć się sztuką i tym, co kocham najbardziej. Prowadzę audycję w Off Radiu Kraków, jestem doktorem sztuk filmowych i wykładowczynią, kręcę filmy, robię zdjęcia. Moje bolesne doświadczenia przefiltrowałam przez sztukę, ale scenariusz napisało za mnie życie. Dalej chcę go sobie napisać sama.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agnieszka Kozłowska-Piasta, zdjęcia z projektu „To się nie zdarza”

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close