Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Kiedyś nie miał wyboru, bo było to jedyne auto w rodzinie. Teraz ma też inny samochód, ale na swoje wyprawy w miejsca opuszczone oraz na wakacje w Europie zawsze wyrusza czerwoną „mydelniczką”. – To miłość na całe życie – mówi Michał Chanas z Pińczowa, który trabantem z 1991 roku z przyczepą campingową zwiedził pół Europy, dotarł nawet do Azji. To „ford karton” wozi go także do setek „pokrytych mchem” miejsc: opuszczonych domów, hal fabrycznych, ośrodków wypoczynkowych. W nadgryzionych zębem czasu budynkach, pojazdach szuka… klimatu, przeszłości i piękna, a fotografując, ocala je od zapomnienia.

Kultowe auto
Jego trabant liczy sobie 28 lat, a on sam jeździ nim od momentu, gdy dostał prawo jazdy. Czerwona (oryginalnie) limuzyna ma nadal czarne tablice rejestracyjne. Michał uważa, że są cenne, bo takich już się nie dostaje. – Teraz mógłbym mieć tylko zabytkowe – tłumaczy. Auto kupił w salonie jego wujek, potem odkupił jego tato. Lekkie, niewielkie, ma karoserię wykonaną z duroplastu, tworzywa sztucznego ze zmiksowanych włókien bawełny, sztucznej żywicy i szmat. – Wszyscy sądzą, że trabanty nie rdzewieją, ale to nieprawda. Cała konstrukcja jest metalowa, osłona silnika, zwana grillem, podłoga i progi, trzeba je spawać, bo inaczej trabant się rozpadnie – wyjaśnia. Psują się też części, a trabanciarze muszą nieźle się nagimnastykować, by dokupić nowe, zwłaszcza jeśli zależy im na oryginalnych. Są też tacy, którzy swe trabanty tuningują, wymieniają silniki, by zwiększyć ich moc i parametry. – Sam jechałem z kolegą jego trabantem z prędkością 260 km/h, choć te oryginalne wyciągają maksymalnie 120 km/h. Dla mnie to nie jest aż tak ważne. Zależy mi, by trabant był na chodzie, i jeździł – opowiada Michał. Wielbiciele trabantów od 2001 roku spotykają się na zlotach, mają własną stronę internetową i stowarzyszenie CartoonTrabant.

Michał dołączył do nich w 2008 roku. – Pojechałem na wrześniowy zlot do Krakowa. Kilka miesięcy później na zlot w Czechach. I tak się zaczęło. Zdarzało mi się być na 10-12 zlotach rocznie – opowiada. Tam poznał innych fanów wschodnioniemieckiej motoryzacji, z wieloma się zaprzyjaźnił. Tych, którzy bywają na zlotach od początku, jest już garstka, ale raz na kilka lat nadal się pojawiają. Niektórzy są starsi od Michała, przyjeżdżają z rodzinami, żoną, dziećmi. Trochę mnie to dziwi, bo przecież na tylnych siedzeniach trabanta nie ma pasów, więc trudno jest zamontować foteliki. – Wszystkie trabanty mają fabryczne montowania do pasów z tyłu. Wystarczy dokupić pasy i już nie ma problemu – uspokaja mnie Michał. Oczywiście czasami auta odmawiają posłuszeństwa, ale ci najwierniejsi fani trabantów mają ich po kilka. Tych sprawnych i niesprawnych, które zamierzają remontować. Części można kupić na przykład na dużym zlocie w Niemczech. Michał podkreśla, że trabanciarze się nie ścigają. – Nie robimy rankingów, kto ma lepsze, bardziej zadbane czy lepiej udoskonalone auto, jak właściciele innych samochodów na zlotach. Nas trabanty łączą, a nie dzielą – dodaje.

Trampkiem przez Europę
Wielbiciele „mydelniczek” są już grupą międzynarodową. – Do nas przyjeżdżają np. Czesi, Słowacy i Węgrzy. My także tam jeździmy. O pierwszym zlocie w Rumunii dowiedziałem się w „Telexpressie”. Nawet skomentowałem, że o zagranicznych to w prasie mówią, a o naszych to nie, ale pojechaliśmy – opowiada Michał. Gdy już tam byli, uznali, że mają tylko 200 km do Morza Czarnego, więc wsiedli w auta i ruszyli w drogę. Tam doszli do wniosku, że mają niedaleko do Turcji, ale musieli wracać. Do Stambułu dotarli 6 lat później. Wcześniej zwiedzając całe Bałkany, Grecję, Albanię, Włochy, Austrię, Rumunię, Bułgarię, Niemcy, Białoruś, Litwę, Łotwę i Estonię. Jeżdżą najczęściej w kilka aut: trabantów czy wartburgów. Dobierają kompanów podróży, by zmniejszyć koszty wyjazdu. Rzadko nocują na kempingach, chyba że jest zimno lub jadą ekipą, w której są małe dzieci. Wybierają malowniczo położone parkingi, oddalone od głównych dróg, klify, brzeg morza, lasy, bo przecież swój dom – przyczepę – mają ze sobą. Do życia nie potrzebują zbyt wielu udogodnień, bo nawet przenośny prysznic wożą ze sobą. – Wolimy ustalić miejsce obozowania, zatrzymać się tam wcześniej i po prostu tam pobyć, popatrzeć – komentuje. Wspomina klif w Obwodzie Kaliningradzkim, na którym martwili się, że wiatr zwieje ich do morza. Ale pamięta również nocowanie na parkingach przy supermarketach. Był też w Czarnobylu, widział wszystkie najbardziej znane miejsca z tego opuszczonego miasta. – Wyprawę zorganizował nasz kolega z Węgier. Oczywiście pojechałem trabantem. Jakoś nie wyobrażam sobie podróży innym autem. To by była niekompletna, nieudana wyprawa – kwituje Michał. Przyznaje, że trochę czuł strach, bo przewodniczka zapowiedziała, że jeśli ulegną napromieniowaniu, będą musieli zostawić wszystkie swoje rzeczy, łącznie z aparatem i odzieżą, w zonie na zawsze. – Oczywiście dodała, że jeszcze się jej to nie zdarzyło, ale niepokój był – dodaje.

– Trabant nie jest wygodny, nie pali za mało, przy wyższych prędkościach trzęsie się kierownica, jest głośno i brakuje piątego biegu. Ale ja to zauważam dopiero wtedy, gdy przejadę tę samą trasę innym samochodem. A co do dalekich tras – jeździmy z przyczepami kempingowymi, które trochę wyrównują szanse trabantów. Nawet najlepsze auto z przyczepą jeździ niewiele szybciej niż my – komentuje Michał. Balsamem na niewygodę podróży są też poznawani podczas wypraw ludzie, przyjaźnie i serdecznie nastawieni do właścicieli zabytkowych aut. – Przed wyjazdem na Litwę słyszałem, że tam Polaków nie lubią. My mamy zupełnie inne wrażenia. Ci, co nas widzą, czują, że musimy być jacyś inni. Choć czasami zastanawiam się, czy ci ludzie lubią nas, czy nasze samochody – śmieje się.

Wspomina także Stambuł i trudności ze zmienianiem pasów na nawet czteropasmowych drogach tej 16-milionowej metropolii. – Kolega, kierowca towarzyszącego wartburga powiedział, że powinniśmy sobie wpisać w CV jazdę po centrum Stambułu z przyczepami. Na szczęście mogliśmy liczyć na motocyklistów, którzy blokowali nam pasy, byśmy mogli na nie wjechać. Patrzyli na nas trochę dziwnie, bo nie wiedzieli nawet, skąd przyjechaliśmy. Do Turcji już się raczej lata, a nie jeździ samochodami, więc takich z polskimi rejestracjami tam nie widać – opowiada. Pamiętają także, jak musieli zawrócić z tunelu pod cieśniną Bosfor, gdy chcieli wrócić do Europy z azjatyckiej części Stambułu, bo okazało się, że z przyczepami do tunelu wjeżdżać nie wolno.

Celem jest droga
Na razie to ubiegłoroczna wyprawa do Turcji jest tą najdalszą, rekordową. – Pokonałem ponad 5000 km, kolega wartburgiem wybrał się z niesprawdzonym, nowym silnikiem. Drugi miał w bagażniku. Uznaliśmy, że ewentualna wymiana, jeśli ten nie będzie się dobrze spisywał, zajmie nam pół dnia – wyjaśnia Michał. Nie jeżdżą najkrótszymi drogami, raczej planują trasę tak, by jak najwięcej zobaczyć. Zmniejszają dystans, jadąc autostradą, a potem zjeżdżają na mniejsze drogi, by przyjrzeć się miastom, ludziom, zabytkom. – Wszędzie jest ciekawie. Mnie podobają się Bałkany, nie ma dużo autostrad, więc poznajemy lokalne klimaty, miejscowości, ludzi. Ale lubię też północ: Litwa, Łotwa, Estonia. Wybieramy raczej wschodnią Europę, właśnie ze względu na drogi. Co prawda kiedyś w Mołdawii na dziurze urwał mi się wahacz, ale w pobliżu stacji całodobowej i szybko naprawiliśmy – śmieje się. – Nasze motto to: „Daleko nie mamy”, a celem jest droga – kwituje. Planują już kolejne wyprawy. Marzą o wakacjach w Skandynawii i mostach nad morzem, o wyprawie do Kazachstanu, nad Bajkał, do Gruzji czy Azerbejdżanu, ale i do Maroka. Co prawda, trabanciarze nie lubią jeździć tam, gdzie jest bardzo gorąco, bo klimatyzacji w aucie nie ma. – W Stambule wymyśliliśmy – butelka ze sprayem, jak ta do nawilżania kwiatków. Dopóki woda się nie zagrzała, świetnie zdawała egzamin. Psikaliśmy się na potęgę, a potem stawaliśmy, by zmienić wodę na zimniejszą – ze śmiechem opowiada Michał. Wyprawy najczęściej są dwutygodniowe, bo wszyscy tylko tyle dostają urlopu. Co robią, gdy już dojadą? Trochę odpoczywają, bo kilka dni w aucie daje w kość, a potem zwiedzają. – Mnie muzea nie kręcą, nie lubię największych atrakcji turystycznych i pięknych pałaców, bo wszędzie jest dużo ludzi. Na dodatek to wszystko wygląda tak, jakby zaraz można się było tam wprowadzić i mieszkać. Wolę ruiny, opuszczone miejsca, z klimatem przeszłości. Pewnie stąd moja kolejna pasja – podejrzewa Chanas.

Miejsca pokryte mchem
Czerwony trabant 1,1 sprawdza się także na innych wyprawach. Uzbrojony w aparat fotograficzny Michał wyjeżdża w poszukiwaniu miejsc magicznych opuszczonych, jak sam mówi „pokrytych mchem”. Zagląda do chałup, opuszczonych fabryk, hal, willi. – Odkrywam te miejsca i utrwalam na zdjęciach. Puste przestrzenie mogą opowiedzieć nam o ludziach, którzy wcześniej w nich przebywali. Taki kalendarz sprzed 20 lat, jakaś maszyna do szycia czy karty – tłumaczy mi Michał. Najczęściej wyjeżdża na dwa dni. Wcześniej wyprawę przygotowuje, a adresy tych magicznych miejsc poznaje dzięki znajomym, szuka ich też w internecie. Swoje zdjęcia publikuje na stronie na Facebooku Explor.Czan. Tam nie znajdziemy adresów. – Lokalizacje mogę podać tylko znajomym. Nie chciałbym, by te miejsca zadeptano, zniszczono – tłumaczy. To zwiedzanie opuszczonych budynków nosi nazwę urbex i fascynuje wielu. Michał był już m.in. w browarze, młynie, ośrodkach wypoczynkowych, dyskotekach, przedwojennych willach czy starych, rozwalających się chałupach, na parkingu przy fabryce, zwiedzał też opuszczony samolot, autobus czy próbował „jeździć” porzuconą ciężarówką w kamieniołomie i wózkiem widłowym.

– Czuję adrenalinę, gdy poznaję coś nowego. Wcześniejsza była jednak pasja fotografowania. Nie kręciło mnie robienie zdjęć ludziom, a krajobrazy szybko mnie zniechęciły – wyjaśnia. Na te wyprawy często jeździ samotnie. – Lubię ciszę, jaka panuje w tych budynkach, zapach. Pozwala mi się skupić na fotografowaniu, ustawieniu kadru, na oddaniu tej atmosfery. To opuszczenie, degradacja, a jednak piękno – tłumaczy. Nie każde z miejsc, które zaplanuje, udaje mu się odwiedzić. – Gdy jest zabezpieczone, zamknięte, to odpuszczam. Każda z tych nieruchomości jest czyjaś. W starych fabrykach, halach produkcyjnych, często proszę o zgodę, by legalnie zwiedzać te miejsca – wyjaśnia. Fascynuje go ten nastrój opuszczenia. Najmocniej czuł go w Czarnobylu. –Tam nie ma już nic i to od wielu lat. Przyroda zaczęła rządzić. Miejsca, które odwiedzam, są często opuszczone przed chwilą. Jeszcze rok, dwa temu tętniły życiem. Teraz już nie. Ale mnie to pasuje, lubię robić tam zdjęcia – opowiada.

Dubaj czy apokalipsa?
Nie czuje się poszukiwaczem skarbów czy perełek, bo nie o to w jego eksploracjach chodzi. Szuka miejsc, które ledwie zipią, najlepiej, by w środku były także jakieś maszyny. Zdarzają mu się odkrycia, o których nikt mu nie mówił. Jeśli podczas zagranicznej wyprawy wakacyjnej spotka opuszczony dom czy chałupę, też ją zwiedzi, ale nie nadkłada drogi, by gdzieś dotrzeć. Z zasady nie łączy tych dwóch sposobów na ciekawe życie. W pobliżu tych budynków fotografuje także swojego trabanta. – Pewnie, że marzy mi się zdjęcie trabanta z najwyższym wieżowcem w Dubaju w tle. Ale jak przejechać przez Irak lub Syrię? Na razie o tym nie myślę. Zresztą trabant bardziej niż do pięciogwiazdkowego hotelu pasuje mi do opuszczonej fabryki czy willi. Wolę apokalipsę w tle. Nie wiem dlaczego, ale ja tak mam – podsumowuje. Jego czerwony trabant limuzyna niedługo osiągnie trzydziestkę. Michał sam potrafi naprawić w nim prawie wszystko, bo jak twierdzi, to niezbyt skomplikowane auto. Wie, skąd wziąć nowe części, ale upływu czasu nie zatrzyma. Pytam, czy wyobraża sobie, że będzie musiał z niego zrezygnować. – Myślę, że to związek na całe życie. Nie przewiduję, że będę chciał go sprzedać. Jeżdżę nim odkąd dostałem prawo jazdy. We wszystkich ważnych miejscach, na wszystkich ważnych wyjazdach byłem trampkiem. Dlaczego miałbym to zmieniać? •

tekst: Agnieszka Kozłowska-Piasta,zdjęcia: Michał Walczak, Michał Chanas

 

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close