Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


– Reżyser nie powinien mówić, ale raczej stawiać pytania i prosić publiczność, by je rozważyła mówi Una Thorleifsdottir, reżyserka „≈[prawie równo]”, najnowszej propozycji kieleckiego teatru. Islandka jest ciekawa m.in. tego, jaki jest nasz stosunek do pieniędzy. Tego komputerowego systemu, społecznej umowy nadającej znaczenie tym wszystkim zerom, cyfrom.

Dlaczego zdecydowałaś się wyreżyserować „≈[prawie równo]” Jonasa Hassena Khemiriego w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach?

Autora poznałam kiedyś w Szwecji, reżyserowałam już tę sztukę. Uważam, że jest interesująca i uniwersalna, zrozumiała dla całego zachodniego świata. Wybrałam ją także ze względu na aktorów. Chciałam opowiedzieć tę historię po swojemu, bez wspierania się gadżetami, rekwizytami. To dla zespołu było wyzwanie, ale poradzili sobie z nim świetnie. A dodatkowo po prostu tę sztukę lubię.

Co dla Ciebie jest najważniejsze w „≈[prawie równo]”?

Kwestia, jak definiujemy siebie w odniesieniu do ekonomii, naszych dochodów. Co robimy, by osiągnąć satysfakcję, i jaki to ma związek z pieniędzmi. Czy to szczęście nie zależy przypadkiem od wciąż kreowanych potrzeb i ciągłych zakupów nowych ubrań, kosmetyków, samochodów?

Ale przecież w tej sztuce nie każdy ma pieniądze.

Ale wszyscy ich pragną, chcą czegoś więcej. Liczą, że będą szczęśliwi lub szczęśliwsi niż do tej pory.

Czy uważasz, że ekonomia i finanse pomagają nam żyć, a może raczej sprawiają że nasze życie jest nędzne i smutne?

Podchwytliwe pytanie. Oczywiście, czujemy się szczęśliwi, kiedy żyjemy w komfortowych warunkach. Kiedy mamy wystarczająco dużo pieniędzy, by opłacić rachunki, zorganizować wyjazd na wakacje, to czujemy się lepiej, niż gdy nas na to nie stać. Ale w tym kryje się też pewna pułapka. Im więcej mamy, tym więcej chcemy, i zaczynamy myśleć, że jest nam to niezbędne do życia. System – nieważne czy nazwiemy go kapitalizmem, czy konsumpcjonizmem – wymaga od nas wydawania pieniędzy. Ciągle mówimy, że musimy coś kupić: buty, telefon, bo są niezbędne. Nigdy nie mówimy, że mamy już wszystko i przez najbliższy rok będziemy kupować tylko jedzenie.

I to chciałaś przekazać kieleckiej publiczności?

Myślę, że reżyser nie powinien mówić, ale raczej stawiać pytania i prosić publiczność, by je rozważyła. Chciałabym, by widzowie po wyjściu z teatru pomyśleli o sobie, o tym, czy oceniają ludzi po wyglądzie. By zastanowili się, czy ich samoocena nie zależy od tego, ile pieniędzy udaje im się zarobić. By spróbowali zrozumieć, czego chcą, jak definiują szczęście. By ocenili, czy system, w jakim egzystujemy, jest sprawiedliwy czy nie. I przede wszystkim, by określili swój stosunek do pieniędzy, które przecież tak naprawdę nie istnieją. To tylko system komputerowy, nasza społeczna umowa, zgodnie z którą te zera, cyfry coś znaczą.

Naprawdę? Przecież pieniądze mają umocowanie w złocie, czujemy je w portfelach.

Tak, złoto istnieje, i ma wartość, która raczej się nie zmieni. Banknoty, monety już tego nie gwarantują. Czytałam, że tak naprawdę tylko 20 proc. pieniędzy, które są na świecie, istnieje fizycznie, reszta to tylko cyfry w komputerze, algorytm. I dlatego tak łatwo można stracić 42 miliardy dolarów, po prostu ktoś usunie je z konta w banku i już ich nie ma. W 2008 roku Islandia przeszła potężny kryzys finansowy. Wszystkie pieniądze, które wtedy mieliśmy po prostu zniknęły.

Ale to nie pozostało bez echa. Ludzie to odczuli, było im przykro, wściekali się, wpadali w depresję, walczyli o swój majątek.

I właśnie te emocje to jedyna rzecz, która istnieje. Wpływ, jaki pieniądze mają na nas, istnieje naprawdę. Nasze emocje są prawdziwe, pieniądze to tylko pomysł. Równie dobrze możemy się umówić, że od dziś płacimy długopisami.

Co w teatrze interesuje Cię najbardziej?

Granica pomiędzy realnością, a tym, co wykreowane, fikcyjne. Niektórzy nazywają to nowym realizmem. Oczywiście nie chodzi tutaj o realizm psychologiczny, choćby taki, jaki preferował Konstanty Stanisławski (rosyjski reżyser teatralny [1863-1938], twórca znanej na świecie metody gry aktorskiej, opisanej przez niego w tomach „Praca aktora nad sobą”, „Praca aktora nad rolą” – red.). Tak naprawdę interesuje mnie aktor, sposób, w jaki on kreuje rzeczywistość na scenie i sprawia, że mu wierzymy. Aktor może to osiągnąć właściwie bez niczego, rekwizytów, scenografii, po prostu sobą. Dlatego tworzę spektakle minimalistyczne, nie „zagracam” sceny przedmiotami i można uznać, że to mój znak rozpoznawczy. Przy każdej sztuce polegam głównie na aktorach. To oni kreują sytuacje, emocje, uczucia.

Opowiedz nam trochę o swoim teatralnym doświadczeniu.

Ukończyłam uniwersytet Royal Holloway w Londynie w 2005 roku. Studiowałam tradycyjną reżyserię teatralną, ale interesowałam się głównie sztukami wizualnymi i performansami, teatrem postdramatycznym, postmodernistycznym. Gdy po studiach wróciłam do kraju, nie chciałam tworzyć przedstawień. Zaczęłam uczyć w Islandzkiej Akademii Sztuk Pięknych i Uniwersytecie Islandzkim. Od 2011 roku znowu reżyseruję, głównie w Teatrze Narodowym Islandii. Wybieram współczesne, nowe sztuki islandzkie, adaptacje książek, a temat magii teatru, tworzenia na scenie sztucznych, nierealistycznych światów, interesuje mnie coraz bardziej. Czasami pracuję także z grupami niezależnymi, ale przede wszystkim współpracuję z dramaturgami i pisarzami.

­ „≈[prawie równo]” to Twoja pierwsza produkcja teatralna w obcym kraju?

Uczyłam się i mieszkałam w Anglii, więc spektakle, które tam zrobiłam już można uznać za międzynarodowe, bo pochodzę z Islandii. Z jednym z nich byłam także w Waszyngtonie w Centrum Kennedy’ego na międzynarodowym festiwalu teatralnym. Ale dopiero w Kielcach po raz pierwszy reżyserowałam w teatrze instytucjonalnym i pracowałam z aktorami, którzy nie są Islandczykami.

Czy trudno jest reżyserować sztukę, gdy aktorzy mówią w języku, którego nie znasz?

Okazało się być dużo łatwiejsze niż myślałam. Pewnie dlatego, że cały zespół podszedł do zadania z dużym zapałem i otwartością, świetnie się dogadujemy. Zdarzały się sytuacje, w których mieliśmy problem z komunikacją, ale udało nam się to przezwyciężyć. Z tego co pamiętam, 80 proc. komunikacji interpersonalnej tworzą elementy niewerbalne: ekspresja, intonacja, barwa głosu i mowa ciała. Intencje, emocje, uczucia jesteśmy w stanie zrozumieć, nawet gdy nie rozumiemy słów. Poza tym uwielbiam wyzwania, nie lubię zbytniej wygody przy pracy. Tylko wchodzenie w sytuacje, w których nie czuję się pewnie, gwarantuje mi to, że rozwijam się jako reżyserka.

Czy znałaś wcześniej polskie teatry?

Widziałam kilka, gdy jeszcze mieszkałam w Wielkiej Brytanii. Oczywiście znam Kantora i Grotowskiego, bo cały świat teatru ich zna. Uczyłam się u jednego z aktorów z Gardzienic podczas studiów. Widziałam także „Płatonowa” w Teatrze Starym i spektakl „Bem! – powrót człowieka armaty” w Teatrze Syrena.

A jak wygląda islandzka scena?

Mamy dwa duże teatry w Reykjaviku, które w repertuarze mają wszystkie rodzaje sztuk, i duże musicale, jak „Mamma Mia!”, i małe przedstawienia. Mamy także scenę niezależną, na której prezentowane są głównie współczesne nowe sztuki i niskobudżetowe produkcje, oraz dobrą scenę taneczną.

Czy mogłabyś porównać polską i islandzką scenę teatralną?

Nie widziałam zbyt wiele, ale uważam, że macie dobrych aktorów i ciekawe realizacje sceniczne na wysokim poziomie. Mam wrażenie, że polska publiczność jest dużo bardziej otwarta na nowości, eksperymentalne tematy, które u nas byłyby uznane za trudne lub prowokacyjne. Myślę, że w Islandii jeszcze tak daleko nie zaszliśmy. Trzeba wziąć pod uwagę, że tradycja teatralna w Polsce jest dużo bogatsza i starsza. Nasz teatr narodowy działa od lat 50. XX w. Do tego czasu nie mieliśmy zawodowych aktorów, twórców teatralnych. Dodatkowo większość z nas, artystów – zwłaszcza reżyserzy­ kształci się za granicą. Ale nie stoimy w miejscu, zmieniamy i unowocześniamy nasz teatralny krajobraz.

Czy kiedykolwiek wcześniej byłaś w Polsce? Co myślisz o Kielcach?

Pierwszy raz przyjechałam do Polski w ubiegłym roku i spędziłam tu tydzień. Teraz zostałam na dłużej, bo przygotowania do premiery zajęły dwa miesiące. Bardzo mi się tu podoba. Kielczanie są otwarci, przyjacielscy i wyluzowani. Przyjechał ze mną mój syn, a opiekował się nim mój tato. Syn grał w piłkę z najmłodszymi podopiecznymi Korony Kielce, ale trener nie mówił po angielsku, a mój tato po polsku. Pomógł nam pracownik hotelu, który chętnie zgodził się tłumaczyć. Byłam pod wrażeniem! Podoba mi się też wasza architektura.

Islandia to mały kraj. Niektórzy złośliwie mówią, że wszyscy Islandczycy się ze sobą znają i że tak naprawdę jesteście jedną wielką rodziną. Macie także ciekawe nazwiska.

Mały ze względu na liczbę ludności, ale całkiem spory jeśli chodzi o powierzchnię. Rzeczywiście, być może jesteśmy jakoś wszyscy ze sobą spokrewnieni. Nasze nazwiska pochodzą od imion naszych ojców. Nazywam się Thorleifsdottir, co oznacza, że jestem córką Thorleifa. Gdybym miała brata, on nazywałby się Thorleifsson, czyli syn Thorleifa.

Pochodzisz z pięknego i tajemniczego kraju. Macie wszystko: wulkany, gejzery, lód, zorzę polarną. Opowiedz nam trochę o swojej ojczyźnie.

Przynajmniej geologicznie Islandia należy do Europy, to najmłodsza część kontynentu europejskiego. Leżymy w gorącym puncie Grzbietu Śródatlantyckiego, gdzie spotykają się dwie płyty tektoniczne: euroazjatycka i północnoamerykańska. Dlatego Islandię cały czas nawiedzają trzęsienia ziemi. Na szczęście w przeważającej części niewielkie. Gdy jestem w Kielcach czuję brak… przestrzeni. W Islandii mamy jej pod dostatkiem, tak samo jak zimna, szarości, skał i piasku. Oczywiście każde miejsce na ziemi ma swój urok. Gdy pojechałam w Góry Świętokrzyskie, zobaczyłam te urocze, niewielkie wioski, wasze piękne góry i lasy, byłam pod wielkim wrażeniem. W Islandii właściwie nie mamy drzew.

Czytałam o zmianie przebiegu jednej z dróg w Islandii. Stało się tak, bo ludzie bali się, że samochody zakłócą spokój mieszkających tam elfów. Wierzysz w elfy?

Wierzę w siłę i moc natury. Czuję, że jest coś większego i potężniejszego ode mnie. Nie wierzę w elfy, ale te mityczne stworzenia są ściśle z naturą połączone. Jednak – jak na prawdziwą Islandkę przystało ­do końca się elfom nie potrafię oprzeć. Gdy coś nam ginie, np. klucze, podejrzewamy, że pożyczyły je elfy i to je prosimy o zwrot zguby. Mój dziadek urodził się w maleńkiej wiosce na północno-zachodnim wybrzeżu Islandii. Tam nie było prądu, samochodów, drogi. Jego dom zbudowano z kamienia. Nic dziwnego, że ten związek z naturą jest u nas silny. Dużo silniejszy niż u kogoś, kto urodził się na przykład w Krakowie czy innym dużym mieście. Środowisko, w jakim wyrastasz, ma ogromny wpływ na to, kim się stajesz i w co wierzysz.

Elfy to nie jedyne wasze magiczne stworzenia.

Mamy 13 ogrów, którzy przed Bożym Narodzeniem przez 13 dni przynoszą dzieciom drobne prezenty i wkładają do zawieszonej w oknie skarpety. Niegrzeczne dzieci dostają gotowane ziemniaki. Każdy z nich ma imię, ciekawe przygody zamknięte w wielu książeczkach dla dzieci. Dawno temu te krasnale były okropne i niemiłe. Teraz się troszkę ucywilizowały, stały się bardziej przyjazne. Już nie kradną rzeczy, nie przeszkadzają w pracach w gospodarstwie, nie niszczą.

Nie wszystkie się ucywilizowały. Świąteczny kot potrafi zabić człowieka…

On wcale nie jest straszny (śmiech). Poluje na dzieci, które na święta Bożego Narodzenia nie mają nowych ubrań. I tak wróciliśmy do naszego konsumpcjonizmu. To bardzo stary zwyczaj, który miał sprawić, aby wszyscy w zimie ubierali się ciepło, na święta panie na drutach robiły nowe rękawiczki, skarpety. A teraz… po prostu wystarczy kupić coś nowego.

Powróćmy do sztuki. Miałaś tremę przed premierą?

Czułam niepokój, takie motyle w brzuchu, ale się nie bałam. Prawie każdy artysta musi liczyć się z tym, że jego praca będzie oceniana. W głębi serca każdy z nas chce być kochany, doceniany. Ale nie da się być akceptowanym przez wszystkich. By radzić sobie z krytyką, nauczyłam się być szczęśliwa wtedy, gdy jestem zadowolona ze swojej pracy.

Co zamierzasz robić teraz, po premierze?

Wracam do domu, do Islandii. Znowu będę uczyć. Mam już zaplanowaną kolejną sztukę w Teatrze Narodowym w październiku. To będzie adaptacja powieści islandzkiego laureata literackiej Nagrody Nobla z 1955 roku Halldóra Laxnessa „Stacja atomowa” (w Polsce wydana pod tytułem „Sprzedana wyspa. Powieść satyryczna” – red.). Książka opowiada o Islandii w latach 40. ubiegłego wieku, po II wojnie światowej. O czasach, gdy rząd islandzki zgodził się, by amerykańska armia wybudowała bazę na Islandii. To drugi, obok finansowego kryzysu, najtrudniejszy moment w historii Islandii. „Stacja atomowa” to opowieść o ścierających się dwóch opcjach politycznych: kapitalizmie i socjalizmie oraz ich wpływie na przyszłość kraju. I oczywiście o miłości. Sztukę pisze ze mną jego wnuczek, aktor, autor i raper znany jako Dóri DNA.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agnieszka Kozłowska-Piasta, zdjęcia Bartłomiej Górniak

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close