Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Mateusz Szymkowiak – pochodzący ze Skarżyska reporter i prezenter Telewizji Polskiej. Popularność przyniosło mu współprowadzenie pierwszej edycji programu „The Voice of Poland”. Dziś jest reporterem „Pytania na śniadanie” oraz prowadzącym magazyn kulturalny „Lajk!” w TVP2. Miłośnik popkultury, muzyki, teatru, filmu, mody, sportu i podróży. Lokalny patriota zauroczony Świętokrzyskiem.    

Czy praca w telewizji jest spełnieniem Twoich dziecięcych marzeń?

Mateusz Szymkowiak: Mali chłopcy zwykle chcą zostać strażakami, policjantami, kierowcami, a ja rzeczywiście zawsze chciałem być dziennikarzem telewizyjnym. Mając pięć lat, może nie do końca zdawałem sobie sprawę, na czym ta praca polega, ale bardzo ciekawiło mnie, jak w takim małym pudełku, bo przecież telewizorów plazmowych wtedy nie było, mieści się tyle rzeczy! W moim wyobrażeniu mieszkali tam bohaterowie bajek, spikerzy, aktorzy „Teatru Telewizji”. Od zawsze chciałem zobaczyć, jak to wszystko wygląda od środka.

Już jako czternastolatek dostałeś się na staż do TVN-u.

MS: Nie było wówczas lokalnego oddziału Telewizji Polskiej w Kielcach, najbliższy znajdował się w Krakowie. Miałem czternaście lat, chodziłem do gimnazjum i mama nigdy nie puściłaby mnie tak daleko. Zastanawiałem się, co zrobić, żeby na własne oczy przekonać się, jak wygląda profesjonalna telewizja. Dowiedziałem się o zgłoszeniach dla rodzin do programu „Chwila Prawdy” w TVN. Postanowiłem spróbować, o czym rodzice dowiedzieli się później, gdy dostaliśmy już zaproszenie. Zadaniem mojej mamy w programie było przenoszenie ziarenek kawy za pomocą chińskich pałeczek. Podczas tygodniowych przygotowań mieliśmy z tatą wszystko dokumentować. Nie udało nam się wygrać, ale… wygrałem wtedy coś więcej. Przekonałem się, że naprawdę chcę pracować w telewizji! Poza tym udało mi się namówić jedną z zaprzyjaźnionych redaktorek, żeby zabrali mnie ze sobą do Warszawy na czas wakacji. Chciałem pomagać przy realizacji tego programu: kserować, drukować, nosić za kimś teczkę. Mama się zgodziła. Spędziłem w Warszawie ponad miesiąc i to były świetne wakacje.

Potem próbowałeś szczęścia w różnych miejscach. Jako dwudziestolatek trafiłeś do TVP, a widzowie poznali Cię jako współprowadzącego pierwszą edycję programu „The Voice of Poland”. Robisz błyskawiczną karierę.

MS: Karierę robią Tomasz Kammel czy Maciej Kurzajewski. Daleko mi do nich. Ja chyba na razie spełniam marzenia. Kiedy trafiłem na studia do Warszawy w 2006 roku, zacząłem rozglądać się za miejscem, gdzie mógłbym praktykować. Pomyślałem, że spróbuję w telewizji muzycznej  VIVA Polska. Pamiętam, że tuż przed 8 marca zadzwoniłem do Vivy, trochę skłamałem, mówiąc, że jestem managerem jednego z początkujących artystów i chcę się umówić z redaktor naczelną na rozmowę. Udało się! Spotkaliśmy się właśnie w Dzień Kobiet. Podarowałem jej bukiet kwiatów, od razu przyznając się do kłamstwa i tłumacząc, że przecież inaczej nigdy nie udałoby mi się z nią spotkać. Powiedziałem, że bardzo chcę pracować w telewizji i chcę nauczyć się podstaw. Od tego się zaczęło. I tak w czasie studiów praktykowałem w różnych miejscach, zdobywając doświadczenie. Aż wreszcie trafiłem do „The Voice of Poland”. Dwójka szukała młodego, energicznego chłopaka, który interesuje się popkulturą, jest wygadany, zna język angielski. Stwierdziłem, że to dla mnie.

Wygląda na to, że masz dużo szczęścia w życiu.

MS: Zdecydowanie jest coś w tym, że w odpowiednim miejscu trzeba się znaleźć w odpowiednim czasie. Miałem wiele trudnych momentów, ale nie można zrażać się porażkami czy rozczarowaniami, one nas hartują. Trzeba też umieć wyciągać z nich wnioski.

Otwartość, śmiałość i ciekawość świata to Twoje wrodzone cechy?

MS: Moja mama śmieje się, że mówię odkąd tylko się urodziłem. Duże znaczenie ma wychowanie. Choć może w szkole nie do końca wszystkim nauczycielom podobał się mój temperament, ta otwartość, śmiałość i ciekawość świata, to jednak moi rodzice nigdy nie starali się go ograniczać.

Stawiasz nie tylko na karierę w mediach, ale zależy Ci również na własnym rozwoju. Najlepszym tego dowodem jest Twój doktorat.

MS: Na razie wprawdzie zawiesiłem studia doktoranckie, ale definitywnie z nich nie zrezygnowałem i na pewno je skończę. Bardzo podoba mi się praca naukowa. Poza pracą w telewizji chciałbym mieć kiedyś kontakt ze studentami, prowadzić zajęcia, warsztaty. Ale to jest przyszłość, bo na razie sam muszę się jeszcze sporo uczyć.

Rodzice, przyjaciele i nauczyciele wspierali Cię w Twoich marzeniach?

MS:  Rodzice – co naturalne – nauczyciele, zwłaszcza ci z liceum, również. Ale pamiętam, że na starcie edukacji, w I klasie podstawówki, w ćwiczeniówce, na pytanie kim będę w przyszłości, gdy odpowiedziałem: dziennikarzem telewizyjnym, nauczycielka stwierdziła, że inne dzieci mają normalne marzenia, a ja wyimaginowane. Dziś to śmieszne, ale wtedy było bardzo przykre. A znajomi? Mocno trzymają kciuki i mi kibicują. Od zawsze. To bardzo miłe.

Czy fakt, że pochodzisz ze Skarżyska miał dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie, gdy trafiłeś do Warszawy?

MS: Kiedy zaczynałem w telewizji VIVA, słyszałem za plecami opinie o „chłopcu z prowincji”. To paskudne. Po pierwsze Świętokrzyskie nie jest żadną prowincją. A po drugie uważam, że w dzisiejszych czasach prowincjonalizm co najwyżej jest w nas, ale na pewno nie dotyczy miejsca naszego pochodzenia.

Jak wspominasz dzieciństwo, szkołę, przyjaciół, co najbardziej zapadło Ci w pamięć?

MS: Uważam, że miałem bardzo fajne dzieciństwo. Zostałem wychowany przez rodziców raczej bezstresowo, z idealistycznym nastawieniem do świata. Byłem chłopakiem ze skarżyskiej ulicy, chodziłem po drzewach, skakałem po śmietnikach, biłem się z kolegami, dokuczałem sąsiadom. Niekoniecznie byłem grzeczny (śmiech), ale taki mam temperament!

Chętnie wracasz do domu?

MS: Uwielbiam moje rodzinne miasto. Gdy tylko mogę, jeżdżę tam i odpoczywam w domu otoczonym lasem. Z rodzicami rozmawiam przez telefon codziennie, czasem nawet dwa razy dziennie. Bardzo lubię Kielce – przyjemnie jest spacerować po ul. Sienkiewicza, wejść do KCK-u, miejsca dla mnie magicznego. Jako nastolatek jeździłem tam ze Skarżyska na warsztaty teatralne, a po latach kilkakrotnie miałem przyjemność poprowadzić na tej samej scenie wielką galę finałową OFF Fashion. Oczarowała mnie też Kadzielnia. W ogóle w momencie, gdy przekraczam granicę Świętokrzyskiego, zaczynam odpoczywać. Uważam, że jest to region wciąż mocno niedoceniony, dlatego wszystkim go polecam. I tak sobie teraz myślę, że gdybym wychował się w dużym aglomeracyjnym mieście, byłbym innym człowiekiem. W mniejszych miejscowościach ludzie mają zupełnie inne wartości. Okazują szczere uczucia i emocje. W Warszawie nie wiem, kto mieszka na moim piętrze w bloku, a w Skarżysku znaliśmy się wszyscy z całego osiedla. Warto się nad tym wnikliwiej zastanowić.

Znasz kilka języków, w tym migowy. Co skłoniło Cię, żeby się go nauczyć?

MS:  Na naszym podwórku była głuchoniema dziewczynka, która na migi porozumiewała się z bratem. Na zasadzie podpatrywania migać nauczyli się wszyscy. Znam co prawda tylko alfabet, ale potrafię się dogadać. Kilka razy nawet tłumaczyłem na ulicy drogę osobie głuchoniemej i udało nam się porozumieć.

Będąc reporterem „Pytania na śniadanie” musisz wykazywać się niemałą wiedzą o świecie, wymaga to chyba również solidnych przygotować przed każdym programem?

MS: Jestem bardzo otwarty na to, co dzieje się na świecie, oglądam nie tylko polskie, ale i zagraniczne serwisy informacyjne. Lubię konfrontację różnych punktów widzenia, tylko taką grzeczną. W „Pytaniu na śniadanie” najlepsze jest to, że poruszamy różne tematy. Cieszę się, że trafiłem do tego programu. Tworzymy jakby rodzinę, co widać na planie. Jest między nami wiele pozytywnych emocji, bo naprawdę się lubimy. Nie ma rywalizacji. Mamy frajdę tworząc program, choć nie jest to łatwa praca, bo to przecież sześć wydań tygodniowo po trzy godziny dziennie, a wszystko na żywo. Jest mnóstwo tematów i gości. Często rozmawiamy, a nawet spieramy się w redakcji kogo zaprosić, kto będzie dobry do danego tematu. To są zawsze twórcze dyskusje. Do każdego tematu trzeba się gruntowanie przygotować, a jeśli jest taki temat, czy podczas wejścia na żywo gość, z którym masz do czynienia po raz pierwszy, to musisz się przygotować jeszcze solidniej. Lubię „Pytanie na śniadanie”, bo to program pozytywny, blisko ludzi.

Czy w Twojej pracy – często na żywo – zdarzyły się sytuacje, które szczególnie Cię zaskoczyły?

MS: Było wiele takich, ale najbardziej potrafią zaskoczyć sami goście. Bywa tak, że ktoś przed rozmową wydaje się mocno zestresowany, a tymczasem na antenie zaskakuje otwartością i radością, ale bywa też odwrotnie. Jeden z uroków telewizji na żywo.

Interesujesz się wieloma rzeczami, znajdujesz na to czas?

MS: Uwielbiam kulturę – muzykę, książkę, film, teatr, sztukę. Zawsze znajdę na nią czas! (śmiech). Od niedawna robię o niej także program, bo kilka tygodni temu w Dwójce, w soboty o 10:45, pojawił się nowy magazyn kulturalny „Lajk!”, który prowadzimy razem z Marceliną Zawadzką. Poza tym lubię sport, zwłaszcza jazdę na desce snowboardowej. Jeżdżę też konno, a nawet skaczę przez przeszkody. Kocham podróże, ale na nie rzeczywiście brakuje mi czasu. W tym roku kończę 30 lat i obiecałem sobie to zmienić. Chcę podróżować, przy czym niekoniecznie all inclusive. Bardziej myślę o tzw. podróżach z plecakiem, za jak najmniejsze pieniądze.

Czy są osoby, które Cię inspirują, na których się wzorujesz?

MS: Gdy byłem dzieckiem, bawiłem się w Tomasza Kammela (śmiech). To jedyny polski prezenter, który z powodzeniem mógłby prowadzić programy w amerykańskiej, brytyjskiej, czy niemieckiej telewizji. Doskonale mówi, ma świetną prezencję, zawsze jest dobrze ubrany. Gdy w latach 90. pojawił się na ekranie, od razu miał w sobie taki naturalny luz, reprezentował już telewizję nowoczesną. Gdy byłem mały zakładałem marynarkę mojego taty, podpinałem ją z tyłu agrafkami, by była taliowana jak te Tomka, stawałem przed lustrem i bawiłem się w niego (śmiech). Przewrotność losu! Po latach spotkaliśmy się w TVP2 i dziś jesteśmy kolegami z redakcji. Jako prowadzący imponuje mi też wokalista zespołu Brainstorm – Renārs Kaupers, prezenter łotewskiej telewizji publicznej. Obaj są świetni. Nie powiedziałbym może, że się na nich wzoruję, ale na pewno podpatruję.

Jakie masz marzenia i plany na przyszłość?

MS: Zawodowo chciałbym się po prostu rozwijać. Marzy mi się program podróżniczy. Prywatnie chciałbym zrobić doktorat, a w tym roku pojechać do Andaluzji i Tajlandii. To są dwa miejsca, które koniecznie chcę zobaczyć. Marzę o tym, żeby w tej globalnej wiosce, jaką jest nasz świat, nie zagubić się, nie zwariować i nie poddać się!

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Łukasz Wojtczak, Zdjęcia: ak

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close