Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


O niebach, do których zawsze warto wracać, podróżowaniu oraz zbieraniu rzeczy dziwnych i nietuzinkowych rozmawiamy z Jaśminą Parkitą.

Graficzka, ilustratorka, scenografka, malarka, projektantka mody… Który z tych rzeczowników najpełniej określa panią jako artystkę?
Na pierwszym miejscu z pewnością jest ilustratorka. W tym najmocniej i najpewniej się czuję, ta praca przychodzi mi z intuicyjną łatwością. Natomiast nigdy nie nazwałabym siebie projektantką mody, bo to zbyt poważne określenie. Co najwyżej hobbystycznie eksperymentuję z ubraniami.

Ale jest pani współwłaścicielką marki odzieżowej „dzieńdobry”, która proponuje wyraziste i oryginalne ubrania.
Pojawienie się cztery lata temu marki „dzieńdobry” było zupełnym przypadkiem. Mój ówczesny partner Norbert Serafin namówił mnie, żebyśmy wspólnie projektowali ubrania. Wciąż jednak podchodzę do tego z pewnym sceptycyzmem, nie gonię za trendami…

Co pani czuje, gdy widzi pani swoje, tak bardzo charakterystyczne projekty, żyjące drugim życiem – na ubraniach, okładkach płyt, ilustracjach?
To niezwykłe uczucie, które szalenie mnie podbudowuje. Jedną z moich pierwszych prac było przygotowanie projektu okładki płyty Czesława. Wiele osób pytało mnie wówczas, co czuję, gdy widzę w sprzedaży swoją pracę. Odpowiadałam, że normalnie: coś stworzyłam, wypuściłam w świat i to zaczęło żyć swoim życiem. Zresztą w ten sposób robię wiele różnych rzeczy, nie przywiązuję się do nich zbyt mocno.

Marzy pani o takim momencie, kiedy ulica pełna będzie Jaśminy Parkity?
Chyba bym zwariowała! Ludzie pytają mnie często, dlaczego nie noszę zaprojektowanych przez siebie ubrań. To nie jest tak do końca, bo zawsze staram się mieć na sobie coś swojego, ale robię to tylko raz i później już do tego nie wracam. Nie mogę cały czas otaczać się swoją twórczością – nosić ją w wyobraźni i jeszcze się w nią ubierać. To byłoby za dużo, muszę trochę odpocząć. Dlatego najczęściej ubieram się na czarno.

I tu widzę pewną niespójność, kontrast – czarny strój i pani prace, które atakują feerią barw.
Rzeczywiście ubieram się na czarno, ale w głowie mam kolorowo. Barwa i światło pobudzają mnie, wyzwalają pozytywne emocje.

mw_0498a-edit_web

Niesamowitych barw jest bardzo dużo na wystawie „Space Voyage – czyli jak wygląda moje niebo” prezentowanej w kieleckiej galerii Winda. Oglądam pani prace i próbuję znaleźć słowa klucze do pani twórczej biografii – droga, podróż, dzieciństwo, rodzice…
To są właściwe tropy. Nigdy nie myślałam, że rodzice i dzieciństwo będą miały tak duży wpływ na moje życie. A jednak… Sposób, w jaki zostałam wychowana, ukształtował moją twórczość. A podróż? Ona nieustannie towarzyszy mojemu życiu.

Gdzie teraz podróżuje Jaśmina Parkita?
Dziś zdecydowanie jestem w kosmosie, w niebie. Wokół mnie są same kosmiczne rzeczy, które dzieją się gdzieś w wyobraźni i nie mają związku z rzeczywistością. W swojej twórczości nie zajmuję się zbytnio przyziemnymi problemami, tylko emocjami. Rozważam takie tematy, jak zakochanie, miłość, śmierć…

Śmierć? Skąd u młodej kobiety rozważania o rzeczach ostatecznych?
Pięć lat temu zmarł mój tata, jedna z najważniejszych osób w moim życiu. Tata był artystą, bardzo mi go brakuje, cały czas w swojej twórczości odnoszę się do niego, oddaję mu hołd. Smutne jest to, że teraz, gdy jestem świadoma, wiele rzeczy moglibyśmy robić razem. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się przygotować wspólną wystawę – jego i moich prac.

mw_0539_web

Pani zakotwiczenie w rodzinie jest bardzo silne. A jakie miejsca ukształtowały pani artystyczną wrażliwość?
Moja rodzina często się przeprowadzała. Nie mieliśmy stałego adresu i ja też, już jako osoba dorosła, nie mogę nigdzie zagrzać miejsca. W ciągu ostatnich dziesięciu lat mieszkałam w trzech różnych miastach: w Krakowie, potem cztery lata w Łodzi, teraz w Warszawie. Co roku zmieniam mieszkanie, bardzo podoba mi się aranżowanie nowej przestrzeni, doskonale się w tym odnajduję. Nieustające zmiany zahartowały mnie, podoba mi się odkrywanie nowych obszarów, to mnie ekscytuje i nastawia niezwykle pozytywnie.

A czy są takie miejsca, do których lubi pani wracać? Jak wyglądają i gdzie są te nieba, sportretowane przez panią?
Ogromny sentyment mamy wraz z całą rodziną do Zagnańska, gdzie mieszkaliśmy przez dziesięć lat. Chodziłam tam do podstawówki, tam działo się dużo fascynujących i magicznych rzeczy. To było bajkowe dzieciństwo. Mieszkaliśmy w stuletnim dworku, pod stuletnią lipą, wokół było bardzo dużo zieleni… Później tym miejscem zostało centrum Kielc, ulica Wesoła. I jeszcze Pierzchnianka, gdzie urodziła się moja mama i moi dziadkowie. Tam spędzałam każde lato i tam rzeczywiście jest jak w niebie – totalna wieś, wszędzie pola i lasy.

Sielskie krajobrazy można odnaleźć w pani pracach. Ale tylko na pierwszy rzut oka, bo okazuje się, że ten świat ma jakąś rysę, skazę i że gdzieś zawsze czai się zło. Zwodzi nas pani, każe się zachwycić, a potem straszy…
Wspaniale, że tak pani to odbiera. Lubię takie nieoczywistości, zagadki, tajemnice, znaki zapytania. Najgorszą rzeczą jest dla mnie banał. Wszystko, co pokazuję, wynika z moich emocji, przetwarzania świata i uczuć. Moje prace na pierwszy rzut oka wydają się bajką, ale później dostrzega się w nich coś więcej, coś strasznego, smutnego. Nie chcę mówić wprost tego, co czuję, choć zależy mi, aby ludzie rozumieli, co chcę im przekazać. Stąd przy niektórych moich pracach pojawiają się komentarze.

Jest taka pani praca – zwinięta w kłębek urocza sarenka. Po chwili dostrzegamy płynącą z jej pyszczka stróżkę krwi.
To przetworzenie tego, co dzieje się ze mną i co przeżywam. Mam trochę wybujałą wyobraźnię. Bywa tak, że gdy pływam latem w jeziorze, to na początku jest wszystko w porządku, a jak wypłynę za daleko, to wyobrażam sobie, że zaraz wynurzy się z wody jakiś potwór. Ogarnia mnie strach i muszę szybko dobić do brzegu. A wracając do saren – przez pewien czas czułam ogromny lęk przed nimi, bałam się, że jakaś wybiegnie na ulicę, gdy będę jechała samochodem. Może więc moja twórczość jest próbą oswojenia lęków? Nie wiem, nie zastanawiałam się nad tym.

Jakie przedmioty otaczają panią na co dzień?
Ostatnio mam wokół siebie te rzeczy, które gromadzę z myślą o wystawie. Kupuję, zbieram, wyszukuję i wszystko składuję w swoim mieszkaniu – te gadżeciki, świecące tkaniny, koraliki, sztuczne kwiaty, kiczowate znicze, złote wstążki… Ustawiam je na widocznym miejscu, aby później je przetworzyć.

Czy to oznacza, że pani świat artystyczny jest częścią pani prywatności, że zatarła się granica między życiem a twórczością?
Nie mam innego wyjścia. W Łodzi w stumetrowym mieszkaniu mieści się siedziba firmy, magazyn, pracownia. Wszędzie są ubrania i materiały, mój wspólnik ma już tego serdecznie dość i za każdym razem obiecuje mi, że to wszystko wyrzuci. A ja chowam to głębiej. I jest tego coraz więcej, bo wciąż zbieram. Artyści już tacy są, przetwarzają rzeczywistość. Malarze mają dużo farb i ogromny bałagan wokół siebie. Ja tworzę z tkanin, więc też muszę ich dużo zebrać, żeby to jakoś przetworzyć.

Rozmawiałyśmy już o dzieciństwie i dorosłości. A jaka będzie Jaśmina za dziesięć, dwadzieścia lat?
Nie mam pojęcia. Na pewno chcę się zajmować pracą artystyczną, czuję, że to moje przeznaczenie. Bardziej widzę się w tym, niż w roli matki i żony, co trochę martwi moją rodzinę.

Czy Warszawa będzie ostatnim etapem pani wędrówki?
Na pewno nie. Kiedyś, ale jeszcze nie teraz, spakuję walizki.

A więc znów podróż?
Chyba tak…

Chciałabym życzyć pani, aby, wbrew temu, co pani mówi o sobie, znalazł się ktoś, kto będzie nosił te walizki i żeby było w nich pełno przedmiotów, które twórczo panią natchną.

***mw_0484-edit_webJaśmina Parkita – kielczanka, rocznik 1988, absolwentka kieleckiego Plastyka i grafiki na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. W 2014 r. z wyróżnieniem obroniła dyplom na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi na Wydziale Tkaniny i Ubioru. Jak mówi – zdradziła grafikę dla tkaniny, bo ta daje znacznie większe możliwości twórczej ekspresji. Zadebiutowała w 2008 r. jako autorka okładki płyty Czesława, później projektowała m.in. dla Artura Andrusa, zespołów Happysad i Indios Bravos. Jest współwłaścicielką marki odzieżowej „dzieńdobry”, tworzy ilustracje do książek i czasopism, ma na swoim koncie m.in. wystawy „Okruchy dzieciństwa jak oceany”, „Space voyage – czyli jak wygląda moje niebo”. Indywidualistka, której trudno pracuje się w grupie. Zawsze – zarówno w życiu, jak i w pracy twórczej – idzie za głosem serca.

Rozmawiała: Agata Niebudek-Śmiech, Fotografie: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close