Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Nie lubię siebie, ale nie sposób się od siebie wyprowadzić… – mówi bohaterka jednej z powieści Beaty Kępińskiej. Więc co, jeśli nie można zatrzasnąć drzwi i rozstać się ze sobą na dobre? Mieszkająca na kieleckiej Bukówce pisarka przekonuje, że nie warto uciekać. Zawsze jest czas i szansa, by rozsmakować się w samym sobie.

Jeszcze do niedawna wraz z rodziną mieszkała w urokliwej wsi Baszowice w gminie Nowa Słupia. To tu zacumowała na długie lata i tu powstały wszystkie jej książki. Okazało się jednak, że to nie ostatni przystanek pisarki. Po dwudziestu latach – cytując tytuł powieści pani Beaty – sielskiego i diabelskiego życia u stóp Świętego Krzyża przeniosła się z mężem do Kielc. Wiejską posiadłość zamieniła na klimatyczne mieszkanie w przedwojennym bloku na kieleckiej Bukówce, wybudowanym dla stacjonującej tu niegdyś zawodowej kadry oficerskiej. Pięknie tu i spokojnie, okna z balkonem wychodzą na las, ma się wrażenie, że znajdujemy się w oddalonym od cywilizacji zakątku. Tymczasem wystarczy kilkanaście minut, by znaleźć się w centrum miasta. Pisarka częstuje kawą, której aromat miesza się z cudownym zapachem książek. Spoglądam na okładki wydanych przez Beatę Kępińską powieści oraz tomików wierszy i ukradkiem wodzę oczami za jakimkolwiek śladem jej najnowszej książki, która – jak zdradziła – gotowa jest już w połowie. To będzie historia wielopokoleniowej rodziny, jak zwykle z kobietą w roli głównej.

Muszę sama przejść
przez tunel wspomnień

Pisać chciała od zawsze. Już jako dziecko bawiła się w literatkę, sama tworzyła ilustracje swoich nigdy niedokończonych książek. Po latach w piwnicy znalazła jedno z tych dzieł, a gdy je przekartkowała, złapała się za głowę, tyle w nim było błędów ortograficznych. Litościwie więc zniszczyła tę młodzieńczą pamiątkę. Ale o pisaniu nie przestała myśleć. Pewnie tak jak każda absolwentka polonistyki, której gros studenckiego życia schodzi na czytaniu. Wciąż brakowało jednak czasu, wciąż miała setki innych, ważniejszych zajęć. Zajmowała się pracą zawodową, wychowywała dzieci i raz za razem pakowała walizki, by z rodziną osiąść w nowym miejscu. Jak mówi, to ona zawsze była motorem zmian, to ją gnało w nowe miejsca, które dawały nadzieję na lepsze i pełniejsze życie. Najdalej los zagnał ich do RPA, gdzie jej mąż lekarz wyjechał na kontrakt. Tu przeżyła – znów cytując tytuł jej powieści – i piekło, i niebo, a zebrane przez lata pobytu w Afryce notatki wykorzystała skwapliwie w swojej książce. Ale wróćmy do debiutu, który, jak na pisarską karierę, był dość późny.

–  Rzeczywiście odkładałam to swoje pisanie, bo wciąż brakowało czasu – Beata Kępińska uśmiecha się do swoich wspomnień. – A z pisaniem jest tak, że trzeba usiąść, skupić się, najzwyczajniej w świecie odsiedzieć wiele długich godzin. A mnie wciąż coś odciągało od pracy literackiej, pewnie też trochę bałam się tego, jak ta moja twórczość będzie odbierana.

Moment literackiego debiutu nastąpił więc dopiero wówczas, gdy pani Beata przeszła na emeryturę. – Zdopingowały mnie do tego moje uczennice z gimnazjum w Nowej Słupi, z którymi bardzo się zaprzyjaźniłam. One wiedziały o moich pisarskich planach – mówi. – Byłam już rok na emeryturze, gdy spotkały mnie i zapytały o moją powieść. Zrobiło mi się wstyd, bo przecież nie ruszyłam z miejsca. Wróciłam do domu i w ciągu trzech dni napisałam pięćdziesiąt stron. Jednak nie byłam z tego zadowolona, bo zamiast powieści wyszło opowiadanie. Zaczęłam więc pisać wszystko od nowa.

Praca nad debiutancką książką trwała siedem miesięcy. W tym czasie jej mąż stracił pracę w pobliskim ośrodku zdrowia i zmuszony był do wyjazdu na kolejny kontrakt, tym razem do Anglii. – Przyjeżdżał do domu co trzy tygodnie, a ja miałam na głowie rozbudowę kupionego przez nas malutkiego domku. Tyle się działo! – wspomina.

Te wszystkie historie znalazły odzwierciedlenie w debiutanckiej powieści Beaty Kępińskiej „Sielsko i diabelsko”, której bohaterka – Joanna  – po kilku przeprowadzkach rozpoczyna wraz z mężem lekarzem i dwójką dorosłych już dzieci życie na świętokrzyskiej prowincji, rychło przekonując się, że wiejska idylla to mrzonka.

Jak mówi pisarka – gdy zabierała się do pracy – w głowie miała pierwszą i ostatnią scenę. Reszta rodziła się wraz z kolejnymi zapisanymi stronami. Gotowy skrypt wysłała do dwóch wydawnictw. Zysk odpowiedział bardzo szybko, deklarując chęć wydania powieści i zastrzegając sobie pierwszeństwo publikacji wszystkich kolejnych.

Za wiele słów używam
a potrzeba tylko „tak” i „nie”

Wiele jest w „Sielsko i diabelsko” odniesień do życia pisarki, która pełnymi garściami czerpie z własnych doświadczeń i przemyśleń, ot, jak choćby we fragmentach opisujących pracę wiejskiej nauczycielki. Nic więc dziwnego, że czytelnicy doszukiwali się w losach Joanny historii Beaty Kępińskiej, utożsamiając literacką bohaterkę z pisarką. – Dopytywano nawet moich sąsiadów, czy pod nieobecność mojego męża nie odwiedza mnie jakiś mężczyzna, bo przecież wokół Joanny – słomianej wdówki – wciąż kręcili się interesujący panowie – śmieje się pisarka. Nie kryje, że bardzo przywiązała się do swojej bohaterki, której perypetie pokochały tysiące czytelniczek i – co warte podkreślenia – czytelników. A pisarka tak zatęskniła za swoją literacką przyjaciółką, że powróciła do jej losów w kolejnej powieści „Taniec z czarownicą”. – Gdy opisywałam historię Joanny, czułam się młodsza i piękniejsza – wspomina pisarka. Nie kryje, że jej bohaterka to taka kobieta, z którą każdy chciałby się zaprzyjaźnić. Czytelnicy nie szczędzili pochwał, mówiąc, że siłą obu powieści jest stosunek bohaterki do samej siebie, do rodziny, małżeństwa, dzieci i przyjaciół. Bo Joanna to kobieta z krwi i kości, w której każda czytelniczka może odnaleźć cząstkę siebie. Może też przekonać się, że świat nie składa się jedynie z pięknych, bogatych i szczupłych celebrytek, wiodących fascynujące życie na trzydziestym piętrze apartamentowca w centrum Warszawy.

Zupełnym przeciwieństwem Joanny jest Marta. Beata Kępińska opisała jej losy w powieści „Zaradna”. Już sam tytuł wiele zdradza, bowiem bohaterka to typowy „produkt” polskiej rzeczywistości lat 70. i 80. Doskonale odnajduje się w bezwzględnym świecie PRL-u, w którym, by żyć w miarę dostanie trzeba ubrudzić sobie ręce kontaktami ze Służbą Bezpieczeństwa, bezpardonowo wspinać po szczeblach kariery, kłamać, zdradzać i nieustająco uciszać wyrzuty sumienia. Słowem – być zaradną. Ale za wszystko trzeba kiedyś zapłacić… – Tę powieść pisałam tak, jak gdyby ktoś mi ją dyktował, bez większego wysiłku – wspomina pisarka. – Wiem, że trudno polubić Martę, ale potrafię sobie wyobrazić, co ona przeżywała i nie potępiam jej. Najłatwiej jest obrzucić kogoś błotem.

Beata Kępińska nie byłaby sobą, gdyby nie dała swojej bohaterce szansy, bowiem jak mówi Marta: Nie lubię siebie, ale nie sposób się od siebie wyprowadzić… Cóż więc pozostaje, skoro ucieczka jest niemożliwa?  Zawsze jest jakieś wyjście. Zawsze jest wybór.

Kryminalno-polityczne tło, tak obrazowo nakreślone w „Zaradnej”, powróciło w kolejnej powieści „Piekło-niebo”. Pisarka wykorzystała w niej wspomnienia z pobytu w RPA. Życie wrzuconej do tego pozornego raju bohaterki zmienia się w piekło. Czy uda jej się wyrwać z tych czeluści?

Krągła ziemia spod nóg mi umyka,
wykonując szalone obroty

Była modelką, bibliotekarką, prowadziła salon kosmetyczny, wypełniała faktury w fabryce gwoździ i drutu, pracowała w gazecie zakładowej… Długo można wyliczać profesje, których imała się Beata Kępińska. Równie bogata będzie lista miejsc, gdzie pisarka mieszkała. W tym życiu pełnym zmian, które mogłoby być niezłym materiałem na film i wystarczyłoby dla kilku osób, jedno zawsze było stałe i niezmienne – rodzina. Z mężem Michałem, lekarzem, wychowali trójkę dzieci. Zawsze razem w każdym nowym miejscu wspólnie budowali swoje życie. Pisarka pochodzi z Łodzi, tu ukończyła polonistykę na uniwersytecie, broniła się jednak przed podjęciem pracy w szkole, bowiem absolutnie nie czuła powołania do tego zawodu.

– Pamiętam nasz pobyt w Radomsku, gdzie pracowałam w gazecie zakładowej. To były czasy głębokiej komuny, mogłam z bliska przyjrzeć się, jak funkcjonuje takie PRL-owskie przedsiębiorstwo. Wiele z moich obserwacji wykorzystałam później w „Zaradnej” – mówi pisarka. Gdy rodzina przeprowadziła się na Mazury, pani Beata – wówczas świeżo upieczona mama – przez przypadek natrafiła na gazetę „Agrokompleks”. Nie zastanawiając się zbyt długo, wybrała się do redakcji. Tam okazało się, że właśnie zwolniło się miejsce i z marszu może rozpocząć pracę dziennikarską. – Przyszło mi więc pisać o hodowli bydła i  tworzyć reportaże z mazurskich PGR-ów – śmieje się pisarka. – A gdy w gazecie zostawała dziura, którą  trzeba było wypełnić, wrzucałam tam swoje wiersze.

Ale skokiem na najgłębszą wodę była decyzja o wyjeździe do Afryki. – W RPA mieszkaliśmy cztery lata, to było trudny czas przemian, które przetoczyły się przez ten kraj. W Johannesburgu było bardzo niebezpiecznie. Napaści, grabieże były codziennością. Kiedy mąż wracał nocą z dyżuru, to robił wszystko, aby nie zatrzymać się samochodem na żadnych światłach, bo łatwo mógł paść ofiarą rozboju. Ostatecznie postanowiliśmy wrócić do Polski, bo uznaliśmy, że ryzyko jest zbyt duże – tłumaczy pisarka.

Ale właśnie w Afryce Beata Kępińska w końcu zmierzyła się ze swoją profesją, ucząc w przykościelnej szkółce języka polskiego. Najwyraźniej diabeł okazał się nie taki straszny, bo rychło z zawodem tym związała się na długie lata.

Jak wspomina – rodzina wróciła do Polski z jedną walizką, znów rozpoczynając wszystko od nowa. Tym razem los zagnał ich do Kamienia Pomorskiego, gdzie mąż rozpoczął pracę w jednym z sanatoriów. – Nie czułam się nad morzem zbyt dobrze, bardzo dokuczały mi zachodnie wiatry, mąż też nie spełniał się zawodowo w swojej pracy – wspomina pisarka. Podjęli więc decyzję o kolejnej przeprowadzce.

– Jako nastolatka byłam na wycieczce w Górach Świętokrzyskich, przeżyłam tu swoją pierwszą miłość i te okolice jakoś tak za mną chodziły – mówi. Wybór padł na gminę Nowa Słupia. Zamieszkali najpierw w Mirocicach w służbowym mieszkaniu przy szkole, w której pani Beata rozpoczęła pracę. Potem przeniosła się do gimnazjum w Nowej Słupi, a małżonkowie podjęli decyzję o przeprowadzce do Baszowic, gdzie kupili dom.

– Mieszkaliśmy w gminie Nowa Słupia dwadzieścia lat, dla mnie to był bardzo dobry czas, tu powstały wszystkie moje powieści, miałam doskonały klimat do pisania, swój ogród, swoje róże – mówi z nostalgią. Ale najwyraźniej nic nie jest dane raz na zawsze. Po zdrowotnych perypetiach znów podjęli decyzję o przeprowadzce. Tym razem na kielecką Bukówkę.

Uspokój się, serce
nie przyspieszaj

Czy Bukówka to już  przystanek docelowy? – Zdecydowanie tak – uśmiecha się pisarka. W klimatycznie urządzonym mieszkaniu, w którym na ścianach królują obrazy jej ojca, pani Beata zabrała się do pisania kolejnej powieści. Przyznaje jednak, że pisanie nie idzie jest zbyt gładko, rozpoczynała od nowa sześć razy i wciąż nie była zadowolona z efektu. Dziś ma już połowę książki, która sięgać będzie czasów XIX wieku, a inspirowana jest historią rodziny pisarki.

– Początkowo miały być trzy narratorki – babcia, matka i córka, ale ostatecznie zostawiłam tę pierwszą i ostatnią – zdradza pisarka. Kiedy będziemy mogli wziąć do ręki jej najnowszą książkę? Pewnie jeszcze nie dziś, ani nie jutro, bo autorka nie spieszy się, w nowym miejscu wciąż jeszcze nie odnalazła ducha literackiej twórczości. Celebruje chwile, zamiast długich, samotnych godzin przy klawiaturze komputera, wybiera ludzi. Bo czas tak szybko umyka…

Nie mamy jednak wątpliwości, że ten pisarski duch prędzej niż później da o sobie znać i do rąk wiernych czytelników Beaty Kępińskiej trafi  jej najnowsza powieść zatytułowana „Album”. Tymczasem sięgam po podarowane przez pisarkę tomiki wierszy. Ciepłe, subtelne, operujące trafną pointą utwory to ważna cześć jej literackiego dorobku, choć zdecydowanie przesłonięta przez bestsellerowe powieści. Ale i w prozie i w wierszu liczy się mądrość i piękna fraza, bowiem jak pisze Beata Kępińska – słowo to tworzywo doskonale plastyczne/ przezroczyste i bezwonne/ w sam raz na tworzenie świata…

Tekst Agata Niebudek-Śmiech, zdjęcia Anna Benicewicz-Miazga

Śródtytuły pochodzą z wierszy Beaty Kępińskiej wydanych w tomikach „być liściem” i „Schwytać czas”

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close