Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Ech, jakże ten świat jest okrutny dla kobiet. A to nie znajdą zrozumienia u dostawcy przesyłek, a to do windy chce im się wtarabanić jakaś starucha, a to znów kot przyjaciół jest tak strasznie natrętny. Bywa też dramatyczniej – bo przemoc, bo osamotnienie, bo poczucie pustki… Więc jak jest z tym światem kobiet? I czy odpowiedź na to pytanie daje najnowsza premiera w kieleckim Teatrze im. S. Żeromskiego?

          Przyznam szczerze, że mam spory kłopot ze spektaklem „Schwarzcharakterki” na podstawie tekstu Martyny Wawrzyniak i w reżyserii Remigiusza Brzyka, który swoją premierę miał w przedostatnią sobotę lutego na deskach kieleckiej sceny. Ogląda się go całkiem znośnie i choć trudno doszukać się w nim jakiejkolwiek nici dramaturgicznej, stanowi zwartą i dość dynamiczną całość. Ale miałkość tekstu, który wyszedł spod klawiatury –  użyję tu poprawnego politycznie słowa – dramaturżki, każe zastanowić się, czy to już jest materiał na sceniczną adaptację w teatrze dramatycznym czy też raczej stand up w klubie? Wyrażanie emocji w najprostszy sposób czyli poprzez nagromadzenie wulgaryzmów, żonglowanie utartymi schematami i oczywiście obowiązkową kpinę z katolskiego ciemnogrodu są dowodem na powierzchowność całego przekazu i trywializowanie tak ważnego tematu jakim jest miejsce kobiet we współczesnym świecie. Bo co do tego, że tak wiele rzeczy im uwiera, że wciąż trudno im się przebić przez szklany sufit, że za próbę emancypacji i udowodnienia własnej wartości płacą ogromną cenę, nie ma przecież wątpliwości.

Kobiecość – ta młodzieńcza i ta dojrzała, ta z małych wiosek i wielkich metropolii, ta z korporacji i mieszkania wypełnionego gromadką dzieci – ma tak wiele barw i subtelnych odcieni, że próba jej opisania wydaje się wręcz niemożliwa. Ale twórcy „Schwarzcharakterków”  nawet nie podejmują się tego zadania, jadą memami i anegdotkami, krótkimi scenkami, które teoretycznie mają być krzykiem, ważnym głosem w sprawie feminizmu, gender, patriarchatu, przemocy, wolności, wyobcowania i samotności… Czy jednak rzeczywiście są? Czy dramaturżce udało się zdefiniować kobiecość, osadzić ją we współczesnym kontekście? Spośród wielu tropów i obrazów, które wydobywają twórcy spektaklu jest i ten przywołujący postać Karoliny Piaseckiej, która publicznie opowiadając o mężu polityku, stosującym wobec niej przemoc, przerwała zmowę milczenia, wywołując słuszne oburzenie. A potem z hasłem: walcz o siebie, ja to zrobiłam, wystąpiła w reklamie rajstop… I śmieszne to, i straszne, i impertynenckie.

„Schwarzcharakterki” to tekst napisany przez kobietę i o kobietach. Na scenie również widzimy prawie same przedstawicielki płci pięknej. Czwórka bohaterek, ubranych raz to w blokerskie dresy, kiedy indziej znów w cukierkowe, kiczowate spódnice i jaskrawe peruki lub skrywające swe twarze za kominiarką – osadza się w różnych, niekiedy błahych, czasami dramatycznych sytuacjach, próbując nie tyle na nowo zdefiniować swoją kobiecość, co okiełznać lęki. Czy sposobem na ich ujarzmienie są coraz to silniejsze dawki leków czy może pluszowe misie, do których z braku innych możliwości, warto się przytulić. Anna Antoniewicz, Dagna Dywicka, Ewelina Gronowska i Zuzanna Wierzbińska tworzą na scenie zgrany kwartet, który zdaje się rozumieć swoje rozterki bez słów, bowiem jak mówi jedna z aktorek – najgłośniej krzyczy ten, kto nic nie mówi. Są jednocześnie nieco infantylnymi trzydziestkami, które owszem w pracy radzą sobie nieźle, ale już w życiu uczuciowym niekoniecznie, wystraszonymi, samotnymi kobietami lub skrzywdzonymi przez patriarchat „siostrami”. Ten katalog uzupełnia wyświetlana pod koniec spektaklu litania, która jednak z modlitwą nie ma nic wspólnego, bo w jej siłę nikt tu nie wierzy. W świecie bohaterek spektaklu na ołtarze wynosi się raczej nierówność, dyskryminację i niczym sztandar biegnie z tymi hasłami, próbując drzewcem torować sobie drogę.

Nie wiem, jakie będą losy spektaklu „Szwarzcharakterki” na kieleckiej scenie. Chciałoby się, aby wywołał on ożywioną dyskusję, wbił ożywczy kij w mrowisko, sprowokował do refleksji. Co do tego, że nie jest  to widowisko oparte na literaturze najwyższych lotów, lecz raczej dość powierzchowny zestaw scenek, nie mam wątpliwości. Więc jeśli tekst się nie obroni, to niech chociaż zmusi do pewnej, być może zupełnie niepoprawnej refleksji.

  tekst: Agata Niebudek-Śmiech, zdjęcia: Magda Hueckel

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close