Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Ta kamienica byłaby pewnie zwykłym, zaniedbanym adresem, jakich pełno w centrum Kielc, gdyby nie jej główny lokator. To dzięki niemu szaroburą elewację zaczęły zdobić kolorowe rybki, w wąskiej bramie zakwitło barwne graffiti, a na podwórku pojawił się różowy płot. Bajkowość dekoracji sugeruje, że jest to miejsce przeznaczone głównie dla dzieci. I to bardzo dobry trop, bo od 27 lat w budynku przy ul. Dużej 9 mieści się Teatr Lalki i Aktora „Kubuś”.

Choć warunki lokalowe pozostawiają wiele do życzenia, teatr działa pełną parą, a odkąd rządy w instytucji objął Robert Drobniuch, mówi się o niej już nie tylko w Kielcach. Kolejne spektakle, działania edukacyjne, kulturalne i społeczne sprawiają, że Kubuś dzierży palmę pierwszeństwa wśród miejskich instytucji kultury pod względem ilości i jakości organizowanych wydarzeń. Jest także lokalnym liderem pozyskiwania środków na działalność kulturalną. Co roku około 500 tys. zł teatr otrzymuje z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w ubiegłym roku było to aż siedem dotacji, a w sumie na wydarzenia, warsztaty, edukację i festiwale zespół zdobył już prawie 2 mln zł.

Długa droga

Od dawna mówi się, że nowa siedziba dla Kubusia jest po prostu niezbędna. Wnętrza teatru pamiętają chyba lata 90., scena jest zbyt mała na realizację dużych przedstawień, a jakość sanitariatów dla widzów nie licuje z powagą i przeznaczeniem miejsca. Na szczęście wszystko jest na dobrej, choć długiej, krętej i wyboistej drodze. Wskazano budynek – przy ul. Zamkowej 1, po perturbacjach urzędniczo-prawnych przygotowano projekt nowej siedziby. I gdy już teatr miał ogłosić przetarg na roboty budowlane, w marcu władze miasta przesunęły wydzielone dla Kubusia fundusze na przebudowę ul. Witosa.

Szykując się do planowanej na styczeń 2021 roku przeprowadzki i wyczekiwanego pożegnania ze starą siedzibą, zespół przygotował nawet spektakl. „Pod adresem marzeń” to historia kielczan widziana przez pryzmat… historii budynku teatru przy ul. Dużej. Wcześniej mieścił się tam Hotel Europejski, kawiarnia, scena teatralna, a nawet zbiorniki na żywe ryby. Bohaterowie sztuki realizują swoje marzenia: operowa śpiewaczka sięga głosem gwiazd, Janusz Kurtyna występuje przed publicznością, wielbiciel kina ratuje gwiazdę filmową na ekranie, a mała dziewczynka pływa z karpiami. Jest też założyciel teatru Stefan Karski, który tuż po wojnie ze swoim objazdowym teatrzykiem pokazywał spektakle dzieciom z miasta i okolic. – Ludzie, którzy kiedyś byli związani z tą kamienicą, są wehikułami czasu. To przez nich poznajemy historię tego miasta. Bardzo się cieszę, że spektakl ma taki dobry odbiór, starszych wzrusza, a młodszych bawi. Myślę, że każda kielczanka i każdy kielczanin powinien go zobaczyć – zachwala Robert Drobniuch.

Miasto w teatrze

Za realizację „Pod adresem marzeń” odpowiada dynamiczny, międzynarodowy duet, któremu ani fantazji, ani pomysłów na formę nie brakuje. To Elżbieta Chowaniec i Marek Zákostelecký. – Dużo słyszałem o historii tej kamienicy, ale nigdy się w nią nie zagłębiałem. Na ul. Zamkową 1 planowo mamy się przenieść za dwa lata, więc już się z tym miejscem zaczynamy żegnać. Uznałem, że trzeba przywołać tę opowieść, bo to świetny moment. Jeszcze będziemy mieć okazję, aby ten spektakl pograć, pokazać widzom – wyjaśnia Drobniuch. Tropienie lokalnej historii nie skończy się na tej jednej realizacji: – Poznając dzieje tego budynku, odkryliśmy wiele fantastycznych inspiracji, z których będziemy czerpali jeszcze długo. Ten kierunek, nazwijmy go historycznym, jest bardzo ważny. Tworzy tożsamość lokalną, a tego – myślę – Kielcom brakuje. My kielczanie słabo znamy swoją historię, nie jest obecna w naszej codzienności, a szkoda. Nota bene – po kilku latach mieszkania w tym mieście też już czuję się kielczaninem – dodaje.

Zmienić świat

Przez blisko 7 lat dyrektury Drobniucha teatr zmienił się nie do poznania. Zaczęło się od zmiany logo i strony internetowej. W ślad za tym ruszyła scena dla najmłodszych, nazywanych pieszczotliwie najnajami, ze spektaklem „Jasno/Ciemno”. Chwilę później zajęcia edukacyjne i warsztaty, ze sztandarowym, realizowanym od 2013 roku „Latem w teatrze”. Jesienią tego samego roku zainaugurowała działalność scena dla dorosłych, a pierwszym spektaklem była adaptacja „Sklepów cynamonowych” Brunona Schulza, zrealizowana w koprodukcji z teatrem tureckim. Latem 2014 roku dołączył jeszcze wakacyjny festiwal teatrów dla dzieci Hurra! ART! Wszystkie te działania realizowane są nadal. Dla Drobniucha najważniejsze są te, które dotykają sfery społecznej: – Budzi się we mnie bunt, gdy widzę krzywdę, niesprawiedliwość, która przecież najbardziej dotyka dzieci. Myślę, że taka instytucja jak Kubuś może trochę tę rzeczywistość zmienić. Nasze narzędzia są abstrakcyjne, bo dotyczą działalności artystycznej, ale z czasem nabiorą kształtów i formy. Wrażliwość, którą zaszczepiamy w najmłodszych, kształtuje ich i wpływa na to, jak będą postępować w przyszłości – wyjaśnia.

Wymienia dwa najważniejsze projekty. „Teatr, mama, tata i ja” pozwala pozbawionym wolności spędzać czas ze swoimi rodzinami i dziećmi poza murami więzienia. Wspólnie się bawią, chodzą do teatru, uczestniczą w zabawach. Odpowiada za niego wicedyrektorka Kubusia Joanna Kowalska, a projekt jest unikatowy w skali kraju. Kolejny ­„Ojczyzna” ­w tym roku będzie nazywał się „Święto”. Skierowany jest do uchodźców, którzy mieszkają w ośrodku dla cudzoziemców w Łukowie. Te projekty są dla Drobniucha ważne także z innego powodu.­ To kontynuacja myśli i działań założyciela teatru Stefana Karskiego, który stale myślał o tych najsłabszych. Chciał docierać z kulturą tam, gdzie jej nie było. My to teraz kontynuujemy na większą skalę, dzięki większym środkom finansowym, liczniejszemu i świetnemu zespołowi pracowników i artystów – podsumowuje dyrektor.

Teatr w mieście

Nieprzystający do potrzeb i możliwości teatru budynek sprawia, że Kubuś często opuszcza swoją siedzibę i korzysta z gościny innych instytucji. Od marca – na próbę – małe spektakle grane są na scenie w Muzeum im. Laurensa Hammonda przy ul. Kościuszki. Podczas festiwalu Hurra! ART! ­w Teatrze im. Stefana Żeromskiego czy Kieleckim Centrum Kultury. Inspirację do stworzenia takiej imprezy dyrektor Drobniuch znalazł na drugim końcu kontynentu. – Kiedyś podróżowałem stopem po Europie i w Barcelonie natknąłem się na festiwal El Greco. Ten fantastyczny pomysł, by właśnie w wakacje pokazywać najlepsze spektakle teatralne, postanowiłem przenieść tutaj. Gdy zaczynaliśmy, a w tym roku festiwal będzie miał swoją 5. edycję, Kielce nie miały tak dużej profesjonalnej imprezy teatralnej. Wybraliśmy sierpień, bo wtedy w naszym mieście nic się nie dzieje, są pustki – wspomina Drobniuch. Na Hurra! ART! można nie tylko oglądać spektakle dla dzieci i młodzieży, ale także wziąć udział w warsztatach, dyskusjach, czytaniach sztuk czy pokazach filmów. – Robimy ankiety wśród widzów festiwalu. Okazuje się, że odwiedza nas coraz więcej ludzi spoza Kielc, którzy na tę imprezę przyjeżdżają specjalnie. Hurra! ART! ma więc wpływ nie tylko na to, jak postrzegany jest teatr, ale także i miasto – wyjaśnia.

Wyjść z szufladki

Teatr konsekwentnie rozszerza także ofertę dla dorosłych. Choć nadal wielu kielczan mówi o Kubusiu „teatrzyk”, zespół się nie zniechęca. – Ciągnie się za nami taki stereotyp, bo ludzie lubią myśleć na skróty i przyklejać łatki. Próbujemy z tą opinią walczyć, przekonywać. Bardzo liczę na nową siedzibę i idący za tym nowy wizerunek, które sprawią, że będziemy inaczej postrzegani – wyjaśnia Drobniuch. Zastrzega, że jego zdaniem i tak już dużo się zmieniło. Nie można odmówić mu racji. Scena dla młodzieży i dorosłych może już pochwalić się solidnym repertuarem, choć tak naprawdę działa dopiero sześć lat. Te spektakle grane są regularnie raz w miesiącu. – Przychodzą do nas licealiści, studenci, pojawiają się klasy ze szkół średnich z nauczycielami. Są też nawet tacy, którzy twierdzą, że te nasze spektakle są jednymi z najciekawszych, jakie udało im się kiedykolwiek zobaczyć – opowiada z uśmiechem. Teatr współpracuje także z nauczycielami w ramach Komitetu Nauczycielskiego oraz rozszerza ofertę dla młodzieży.

W ubiegłym roku zrealizowano projekt „Wczytuję sztukę”. Pod czujnym okiem aktorów uczniowie szkół średnich poznawali klasyczną literaturę romantyczną. – Młodzież do czytania, zwłaszcza klasyki, podchodzi bardzo niechętnie. Gdy okazało się, że można to zrobić trochę inaczej, ciekawiej, to wszyscy chcieli spróbować – wspomina Drobniuch. Jego zdaniem ta grupa wiekowa jest dla teatru największym wyzwaniem. Zapomniana przez lata, bez „lekturowej” oferty przedstawień (bo na Kubusia za duzi, a na Teatr im. Stefana Żeromskiego za mali), na dodatek wychowani w świecie mediów i nowinek technologicznych, do teatru nie zaglądają zbyt często. – Warto o tę publiczność walczyć. Zwłaszcza, że problem nie leży już w braku oferty, bo takie spektakle mamy. Trzeba szukać nowych form i narzędzi, które pomogą do tych młodych ludzi dotrzeć, zainteresować ich światem z trochę wyższej półki. Przyznam, że to szalenie skomplikowane. Zwłaszcza, że nawet nie wszyscy dorośli rozumieją potrzebę, by młodym ludziom dać alternatywę dla tego, co oferuje im współczesny i nowoczesny świat. Wiem, że to nie stanie się od razu. Czekają nas lata pracy, żeby zmienić świadomość i wzbudzić potrzeby uczestniczenia w teatrze – przyznaje dyrektor.

Lalka ma przyszłość

By sprawić, aby o Kubusiu w środowisku było jeszcze głośniej, zespół wyciągnął kolejnego asa z rękawa. Jesienią ubiegłego roku zorganizowano I międzynarodowy konkurs na koncepcję i realizację lalki teatralnej Animatus. Listopadowy finał odbył się w opuszczonym budynku po Biurze Wystaw Artystycznych, gdzie zaprezentowano zwycięskie projekty. Towarzyszyły mu wykłady, dyskusje i spektakle teatralne. Dorośli widzowie mieli szansę zobaczyć lalkowego „Hamleta” w wykonaniu i reżyserii Adama Walnego oraz prawdziwy teatralny hit – spektakl niemieckiego mistrza animacji Michaele Vogela „Spleen”.

– To jest jedyny konkurs w Polsce i jeden z niewielu w Europie, który podejmuje problem rozwijania konstrukcji lalkowych na potrzeby teatru formy. Skierowany do twórców, ludzi teatru, scenografów z Polski i ze świata. Na pierwszą edycję przyjechało bardzo dużo studentów z całej Polski, twórców, po to tylko, aby się spotkać, uczestniczyć w wydarzeniu. To są rzeczy, które nas uskrzydlają, ale też wymagają od nas dużej pracy – podsumowuje Drobniuch i już zapowiada kolejną edycję konkursu, gdyż Kubuś ponownie otrzymał na niego dotację z ministerstwa. Tym razem poza konkursem obejrzymy aż trzy spektakle dla dorosłych.

Zespół tańczy breakdance

Polskie środowisko teatralne już Kubusia i jego działania zauważyło. Spektakle zapraszane są na festiwale, o realizowanych projektach się dyskutuje, a niektóre instytucje czerpią z nich inspiracje. Doświadczenie zdobyte w teatrze otwiera także drzwi ludziom, którzy z Kielc wyjeżdżają i w nowym miejscu szukają pracy. Robert Drobniuch nie to jednak uważa za swoje największe osiągnięcie. –Poprzez codzienną pracę, szczególnie przy projektach, które często są szalenie trudne, wypracowaliśmy w teatrze świetny zespół ludzi, pracowników, którzy potrafią zrobić wiele dziwnych, niecodziennych rzeczy. To się przekłada na jakość pracy. I nie myślę tylko o działalności artystycznej. W takim teatrze potrzebna jest także sprawna, skuteczna księgowość, produkcja, marketing. Cały czas podnosimy nasze kompetencje, każdy chce i daje z siebie wszystko. Ta wiara i chęć tworzenia wyjątkowych rzeczy jest nie do opisania. Co ważne, nie zawsze tak było. Gdy obejmowałem stanowisko miałem wrażenie, że ludzie są zmęczeni, zniechęceni. Być może dlatego, że teatr przechodził wtedy trudny okres – wyjaśnia.

Gdy pytam o plany i marzenia na przyszłość jak bumerang powraca temat nowej siedziby. Nie możemy w nieskończoność podnosić poprzeczki. Walka z materią, ograniczeniami technicznymi tego budynku i tej sceny sprawia, że się spalamy. To nas uwiera i trochę nam przeszkadza. Jesteśmy w złej sytuacji jeśli chodzi o warunki pracy, ale oferujemy naszym odbiorcom naprawdę dużo.  Choć by to osiągnąć, musimy tańczyć breakdance na głowie – wyjaśnia dyrektor Drobniuch. Przyznaje, że nowa siedziba pozwoliłaby na wiele. Marzy o spektaklach z większym rozmachem, np. o lalkowej inscenizacji opery Mozarta, zapraszaniu wybitnych twórców, których realizacje choć na moment zabiorą nas w lepszy, inny świat, pełen autentycznych wzruszeń. – Im więcej sztuk które pozwalają przeżyć coś wyjątkowego, tym lepiej. To jest w teatrze najważniejsze , wtedy wiemy, że teatr jest po coś, ma swój sens, swoje miejsce w świecie – podsumowuje.

Tekst Agnieszka Kozłowska-Piasta, Zdjęcia Bartek Warzecha

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close