Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


O przesadzaniu starych drzew, rodzinnym Kowalu i Kielcach, kobietach, aktorstwie, miłości i przemijaniu rozmawiamy z Janem Nowickim.

Takie mam dziwne przeczucie, że nie zaznam lat później starości. Mówię o tym bez cienia żalu – tak napisał Pan w swojej książce „Między niebem a ziemią”. Tymczasem od jej wydania minęło już prawie dwadzieścia lat, a Pan zaczął nowy etap życia.

Mężczyzna, który boi się śmierci, jest trupem za życia. Nie rozumiem, dlaczego temat przemijania ludzie odbierają z poczuciem tak ogromnego dramatu. Ten, kto żyje bez świadomości końca, jest idiotą. Brak takiej refleksji spowodował całą masę okrucieństw, bowiem wielu możnych tego świata zachowuje się tak, jakby mieli żyć wiecznie. U mnie przemijanie i umieranie pojawiło się bardzo wcześnie. Pamiętam, że tuż po dyplomie przechodziłem koło kościoła św. Floriana w Krakowie i po raz pierwszy pomyślałem sobie, że kiedyś mnie nie będzie. Przez rok nie mogłem się pozbierać, ale potem zrozumiałem, że nic się nie dzieje. I dziś widzę, że tak strasznie dużo życia przeżyłem, mało tego, boję się, że jeszcze długo to będzie trwać.

Wygląda Pan na człowieka, który z życia czerpie pełnymi garściami.

Kiedyś, gdy nie mogłem zasnąć, zamiast baranów próbowałem przeliczyć moje lata z takim małym przystankiem i refleksją na każdy rok. Doliczyłem do 35 i zasnąłem. A gdzież mi do moich 78 lat…

Wśród tych życiowych przystanków, o których Pan często wspomina, jest rodzinny Kowal.

Są dwa miejsca, dwa momenty w życiu człowieka najważniejsze i godne uwagi – miejsce urodzenia i miejsce śmierci. To są te słupy, które w naszym życiu mają wyrazistość. Urodziłem się w Kowalu i tak naprawdę nigdy się stamtąd nie wyprowadziłem, bo na dobrą sprawę nie miałem gdzie. Parę lat temu wybudowałem tam grób dla mojej rodziny, pozbierałem w jedno miejsce szczątki wszystkich, nawet tych, których nigdy nie poznałem.

Ten Pana Kowal wydaje się miejscem magicznym. Znów odwołam się do fragmentu książki „Miedzy niebem a ziemią”: Kowal zasypia. Pies skrobie pazurkami o deski podłogi. Mruczy gazowy piecyk. Ciemno… Stoi ciągle dom, w którym się urodziłem. Szczęściarz z Pana.

Mój Kowal jest taki, jak go tworzę w swojej wyobraźni. Kiedyś moja koleżanka powiedziała mi: Jak ty pięknie opisujesz to swoje rodzinne miasto, a przecież to jest parszywa dziura, rozplotkowana i zawistna. Odpowiedziałem jej wówczas, że nie interesuje mnie Kowal taki, jaki on jest, tylko taki, jak ja sobie go wyczaruję w moich pragnieniach i wyobraźni. Podobnie wygląda sytuacja z Panem Bogiem – każdy ma takiego, na jakiego zasługuje, jak go sobie wypracuje, oczywiście jeśli pokona ponętny moment niewiary. A wiara to jest kawał potężnej roboty.

Ale przecież związany był Pan z tyloma miejscami, wiele osób kojarzy Pana przede wszystkim z Krakowem.

Zrosłem się z Krakowem. To miasto, z którego człowiek tak naprawdę nigdy do końca się nie wyprowadza. To jest miasto-czarodziej, ale także miasto-wampir, które poprzez swoją urodę rozleniwia. Tu siedzi się zamiast iść, rozmawia zamiast pisać, ale tu też wyjątkowo traktuje się przyjaźń czy czas.

Czyli rodzinny Kowal i Kraków, to miejsca, których nie da się zostawić?

Ten łuk tęczy, który zahaczamy między urodzeniem a śmiercią, jest pełen atrakcji i bardzo ważnych akcentów: miłości, dzieci, zawodowych sukcesów, miast, krajów, krajobrazów… Ale to tylko punkty na tym łuku. Jakież może być miejsce ważniejsze od tego, w którym człowiek przyszedł na świat i z którego z tego świata odchodzi?

A jakie miejsce na tym łuku tęczy zajmują dziś Kielce?

W jedynym z wywiadów powiedziałem, że na Kielce trzeba sobie zasłużyć. Oczywiście nie jest to miasto absolutnie szczególne – nie przesadzajmy. Ale nie wolno wchodzić w jakąś przestrzeń z poczuciem, że nasze pojawienie się jest dla tego miejsca wyjątkowym dobrodziejstwem. Tylko dlatego, że jest się na przykład znanym aktorem.

No więc jakie są te Kielce?

To będzie takie miejsce, jakie ja zdołam pokochać, odnaleźć, zrozumieć, a przede wszystkim poznać poprzez ludzi. Wchodzę tu krok po kroku.

Czy może raczej – człowiek po człowieku?

Tak. Pojawiłem się tu, bo przygnało mnie do Kielc serce, a nie architektura. Gdyby to serce, które ma na imię Ania, mieszkało w Sosnowcu, to prawdopodobnie mieszkałbym w Sosnowcu. Tak naprawdę poznałem Kielce, zanim jeszcze pani przyszła na świat – przejeżdżałem przez nie, podróżując do Warszawy. Tamte Kielce nie były brzydsze, może nawet były piękniejsze, bo były miastem mojej młodości, miastem Leszka Drogosza, Rysia Sarnata. Mało kto wie, że tu właśnie debiutowałem w Klubie Dziennikarza. Było trzech panów – Ryszard Smożewski, Wiesław Barański i Ryszard Podlewski – i ta trójka wykombinowała bardzo miłą rzecz: spektakl „Zamek na szklanej górze”, oparty w całości na tekstach z dziecięcego „Świerszczyka”, które w rzeczywistości traktowały o bardzo ważnych sprawach dotyczących Polski. W tym spektaklu grała m.in. Anna Seniuk i Krysia Mikołajewska, a jego premiera odbyła się w Klubie Dziennikarza. Byliśmy wówczas jeszcze studentami. To był może drobny fakt w mojej biografii, ale uważam, że znaki stawiane na początku drogi z czasem nabierają znaczeń, więc ten debiut w Kielcach jest dla mnie ważniejszy niż późniejsze role w Teatrze Starym czy filmie.

Był więc Klub Dziennikarza, o którym do dziś krążą legendy, a teraz jest Baza Zbożowa i Teatr Ecce Homo.

Uznałem, że skoro już tu jestem, to wypada coś zrobić. Zaczęło się od teatru Ecce Homo i spektaklu „Padamme, Padamme”, który zobaczyłem na festiwalu w Horyńcu-Zdroju. A potem przyjechałem do Bazy Zbożowej, miejsca absolutnie czarownego, na kolejne przedstawienia Ecce Homo. Ja, człowiek wychowany na wspaniałych tradycjach krakowskiego Starego Teatru, stwierdziłem, że jest tu wszystko to, co najistotniejsze – koleżeństwo, mądre picie wódki i wyszukana widownia. W tym teatrze wyrasta Polak, o jakiego chodzi. Nie znarkotyzowany, nie rozpity, nie głupi, lecz czytający książki, myślący, wiedzący, co to jest przyjaźń. Ten teatr zostawia takie ślady w ludziach, że oni już po wyjeździe z Kielc, mieszkając w różnych miejscach Polski, wracają, żeby się spotkać choć na chwilę. To jest rzecz niezwykła.

W 2013 roku według Pana scenariusza powstał spektakl „Łagodna” na podstawie prozy Dostojewskiego.

Nad tą adaptacją pracowałem około dziesięciu lat, miałem nawet grać Lichwiarza, ale bałem się, że jak go zagram, to umrę. Miałem już doświadczenia z rolami postaci z utworów Dostojewskiego i wiedziałem, jaką cenę trzeba zapłacić za to, żeby prawdziwe zagrać. Tu nie wystarczy tylko talent.

Ale egzemplarz „Idioty” ma Pan wciąż pod ręką.

Tak, otwieram na przypadkowej stronie i czytam. To jest moja absolutna fascynacja. Wracając do „Łagodnej”, Ecce Homo wzięło moją adaptację, spektakl wyreżyserował Stanisław Miedziewski, a potem zacząłem pracować z Michałem Pustułą, który grał Lichwiarza. I tak się z nimi zaprzyjaźniłem.

Mówi Pan, że to aktorstwo wybrało Pana, a nie Pan ten zawód. Wyczuwam w tym odrobinę kokieterii. To nie blef?

Nigdy za bardzo nie chciałem być aktorem i do tej pory nie chcę. To nie jest ani zawód moich marzeń, ani moja pasja, w gruncie rzeczy się od tego dystansuję, ale pracuję nad tym, by pokonać niechęć do tej profesji. Paradoksalnie wszystko mi łatwo przychodziło – angaż w najlepszym teatrze, główne role u najwybitniejszych reżyserów, filmy. Byłem takim gładkim chłopcem z powodzeniem u kobiet. Zdarzało mi się, że myliłem porażki z sukcesami.

Zgadza się Pan ze swoim przyjacielem Piotrem Skrzyneckim, że aktorom rzadko przytrafia się coś takiego, jak charakter?

Aktorstwo to jest sąsiedztwo dwóch rzeczy – wzniosłości i bylejakości. To jest byle jakie zajęcie, a jednocześnie nieprawdopodobnie piękne, zawieszone między dziełem pisarza a uwagą widza. Gdzieś po drodze jest reżyser, który inspiruje i w końcu opuszcza aktora, zostawia go na długie lata z rolą. Kiedyś Jerzy Grzegorzewski zaproponował mi, abym zagrał Gustawa Konrada w „Dziadach” Adama Mickiewicza, przygotowałem na próbę „Wielką Improwizację”, żeby nie myślał, że nie dam sobie z tym rady, a potem odmówiłem grania, bo nie chciałem takiego Gustawa Konrada dźwigać w sobie.

Trzeba koniecznie tak mocno wchodzić w role?

Ogromnie obciążałem się rolami, które grałem, może dlatego, że nigdy nie byłem aktorem kompletnym, nie miałem oczywistego talentu, takiego wyssanego z mlekiem matki, jak Wojtek Pszoniak, Ania Polony, Janek Frycz czy Janusz Gajos.

Jakieś herezje Pan opowiada…

Nie kokietuję. Nigdy nie byłem prawdziwym aktorem, ale to zawsze była tajemnica, którą zdradzam dopiero teraz, gdy już nie gram. Jako aktor musiałem boleśnie podrażnić siebie, utoczyć własnej krwi, żeby zaistnieć w jakiejś roli. Stąd też moje kreacje to są raczej pomysły na role, a nie granie ich. I kiedy inaczej odczytałem Wielkiego Księcia Konstantego, to wszyscy okrzyknęli to teatrem Wielkiego Księcia, zapominając, że tak naprawdę tę postać genialnie zagrał tylko Jan Kurnakowicz. Mając świadomość, że się kompletnie do tej roli nie nadaję, musiałem zrobić wszystko, żeby ona zaistniała w nowej formule. I to się niesłychanie powiodło. I to było tak naprawdę oszustwo, ale teatr jest czasami łgarstwem.

A są tematy, w których nie potrafi Pan kłamać?

Nie umiem oszukiwać w sprawach kulinarnych. Nie jestem w stanie nigdy pochwalić czegoś, co mi nie smakuje i to niestety powoduje bardzo niezręczne sytuacje. Nie stać mnie też na kłamstwo w sztuce, a to wymaga odwagi. Na przykład powiedzenie Andrzejowi Wajdzie, że nie zrobił „Hamleta” tylko „omleta” poskutkowało tym, że moje szanse na zagranie u niego mocno zmalały, bo poczuł się bardzo obrażony. Są geniusze, którzy wymagają wiecznej adoracji.

To głównie mężczyźni.

Tak. Ale teraz kobiety są głównie mężczyznami. Jedna z moich książeczek „Mężczyzna i one” traktuje o kobietach, które podziwiam, których się boję, którym się przyglądam i które do końca życia będę starał się zrozumieć. Kobieta to istota absolutnie niezwykła, choćby przez fakt, że powołuje do życia nową istotę. A dzisiejsi mężczyźni po to, żeby zarobić, muszą być tchórzami i bać się szefa, muszą kłamać i kogoś udawać. Takie są czasy, że mężczyźni babieją, a kobiety stają się mężczyznami.

A przy tym, jak to stwierdził Pana przyjaciel ks. Mieczysław Maliński, chamiejemy. Smutna to diagnoza.

Chamstwo to jeszcze mało, my na dodatek głupiejemy. Jeśli by mnie pani zapytała, jaki jest poziom aktorstwa w tej chwili, to bym odpowiedział, że zmalał w momencie, gdy złotówka nabrała wartości, jak staliśmy się bogatsi, jak zaczęliśmy posiadać, mieć. Nieciekawi są ludzie, czasami fajna jest miłość. Mówi się, że wszystko jest miłością, ale to nieprawda. Wszystko jest cierpliwością i żeby do niej dążyć, żeby jej nie wypaczać, żeby pogodzić się z tym, że nie jest doskonała, trzeba wykonać ogromną robotę.

Ale to miłość kazała Panu na nowo zapuszczać korzenie, a ponoć nie przesadza się starych drzew?

Za chwilę będę miał 80 lat. Co z tym zrobić? Ano właśnie wyjechać do Kielc, dlatego, że stare drzewa – wbrew temu co się mówi – wyłącznie nadają się do przesadzania. Trzeba zmieniać miejsca, nie wolno żyć w takim zasiedzeniu warszawskim, krakowskim czy londyńskim, bo tak jest bezpiecznie – tu jestem, tu mam swoje układy, swojego lekarza, swoją emeryturę. Dziś jestem więc w Kielcach i założyłem tu nawet pewien tajemny klub.

Klub ma nazwę?

Tak. KBA, ale ponieważ jest tajemny, nie rozszyfruję nazwy. Spotykamy się, przyjaźnimy, chodzimy po górach, bo jeden z członków, Maciek Filipowski, wymyślił, żebyśmy zdobywali nasze K2. Tam jest ponad 8000 m n.p.m., a my chodzimy po wzniesieniach w Górach Świętokrzyskich. Zdobywamy m.in. Zelejową, Klonówkę, Grabinę, Karczówkę, Telegraf, Pierzchnicę i Świętą Katarzynę. I tam sobie idziemy i rozmawiamy…

Dzięki Kielcom stał się Pan turystą?

Za dużo powiedziane. Powinienem więcej wychodzić, ale chyba się zestarzałem. Na dodatek lubię wszystko, co w ogólnym pojęciu jest niezdrowe: papierosy, alkohol, tłuste jedzenie, mało ruchu. Lubię bardziej podążać w dół, niż w górę. Już się tyle nałaziłem w życiu, tyle naoglądałem. Teraz myślę raczej o tym, jak zagospodarować ten metr kwadratowy, na którym stoję, co mam po nim oczekiwać, dokąd on zmierza. Myślę o książce, którą teraz wydaję, potem będzie następna, którą mam już napisaną.

W tym metrze kwadratowym mieszczą się Pana role filmowe?

Film uważam za sztukę błahą, zwyczajny biznes, nie mówiąc już o telewizji, która w wielu przypadkach jest tak bardzo żałosna, z powodu nieszczególnych ludzi i ich nadmiernej popularności, którą osiągnęli z niewiadomej przyczyny. Nie wracam do swoich filmów, nie interesuje mnie to, nie towarzyszą temu żadne wzruszenia. Wyjątek stanowi „Niepochowany”, gdzie grałem Imre Nagy’a, m.in. dlatego, że reżyserowała to Marta Meszaros. Ona była reżyserką, a ja aktorem, nakręciliśmy wspólnie kilka filmów, zobaczyliśmy kawałek świata, aż przyszedł moment, kiedy postanowiliśmy się rozstać. Przychodzą takie chwile, które zawsze są wielkim dramatem.

Czy odbiera to Pan jako osobistą klęskę czy coś, co przychodzi i trzeba przejść nad tym do porządku dziennego?

W kategoriach klęski – raczej nie, to naturalna kolej rzeczy. Bywa, że w człowieku z latami wypalają się różne rzeczy – miłość do zawodu, do partnera.

A czy są w Pana życiu rzeczy stałe, nie ulegające dewaluacji?

Pierwsza to umiłowanie prawdy, druga – miłość do pór roku, choć co to za miłość, która tak przeraża? Za każdym razem jestem zachwycony, że pojawia się kolejny listopad czy maj i że będzie związany ze mną. A jedyne miejsce, które sobie naprawdę cenię, to szpital. Tam jest prawda o życiu. Cała reszta – boiska sportowe, bieżnie, diety, odchudzanie, to coś pretensjonalnego. Zdrowie, siła i sport to są pozory, bo za chwilę już tego nie będzie. W szpitalu na jednej ręce jest kroplówka, a drugą gra się w tysiąca. Tam na łóżku leży ktoś, kto nie robi histerii z bólu, który przeżywa. To są sytuacje absolutnie imponujące. Gladiatorzy mnie nie interesują.

Niezwykła myśl, z którą pozostanę na długie chwile. Dziękuję za rozmowę.

Tekst: Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Jan Nowicki – absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, w 1964 r. zadebiutował na deskach Starego Teatru, z którym związany był ponad trzydzieści lat i gdzie zagrał dziesiątki ról, a kreacje Stawrogina w „Biesach”, Rogożyna w „Nastazji Filipownej”, Artura w „Tangu” czy księcia Konstantego w „Nocy listopadowej” przeszły do historii polskiego teatru. Zagrał w ponad 240 filmach, w tym m.in. w „Niepochowanym”, „Wielkim Szu”, „Magnacie”, „Spirali” i „Sanatorium pod Klepsydrą”. Jest autorem kilku książek (m.in. „Między niebem a ziemią”, „Mężczyzna i one”, „Białe Walce” i „Dwaj Panowie”), wierszy, tekstów piosenek i kolęd.

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close