Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Nasi dziadkowie i rodzice naprawiali przedmioty, przerabiali ubrania. Mieli umiejętności, które w świecie nieokiełznanej konsumpcji przeszły do lamusa. Stać nas przecież na to, żeby wyrzucić i kupić nowe! W dobie kurczących się zasobów planety Własnoręczni, Latająca Komitywa Naprawcza oraz Ambasada Dizajnu przypominają o szacunku do rzeczy.

Własnoręczni

– Od początku działalności Instytutu Dizajnu w Kielcach próbowaliśmy te nowoczesne narzędzia: projektowanie, technologie i materiały użyć do znalezienia rozwiązań przyjaznych dla środowiska; chcieliśmy, żeby działalność IDK nie dawała pożytku tylko indywidualnym osobom. Zajmowaliśmy się na przykład renowacją mebli, wykorzystywaliśmy materiały z recyklingu, ale nie w sposób banalny, tylko nowoczesny, żeby efekt był estetyczny. Często zdarza się przecież, że fajny pomysł po realizacji razi formą – tłumaczy Olga Grabiwoda, inicjatorka ekologicznych działań Instytutu Dizajnu.

Pod hasłem Własnoręczni przy ul. Zamkowej 3 kielczanie – duzi i mali – od lat mają więc okazję popróbować swoich sił w twórczych zajęciach prowadzonych przez specjalistów z różnych dziedzin. – Wychodzimy z założenia, że lepiej coś zrobić samemu niż kupować – mówi pomysłodawczyni.

Design kosmiczny

Hydroponikę wprowadziła na salony Instytutu miłośniczka tej sztuki Ewa Klimek. W Galerii Brama w ramach cyklu Green Idea stworzyła w 2013 roku instalację hydroponiczną, czyli zestaw połączonych naczyń, w których rośliny rosły bez gleby. I choć w bramie jest dość ciemno i zimno, wystawa funkcjonowała przez trzy miesiące. Miała charakter instruktażowy – pokazywała, jak można samemu wykonać instalację hydroponiczną, która jest rozwiązaniem dla osób nie dysponujących zbyt dużą powierzchnią, by móc uprawiać rośliny. Poza tym jest to sposób uprawy oszczędzający wodę.

Cztery lata później kielczanka stworzyła uprawę hydroponiczną w bazie kosmicznej Lunares na potrzeby projektu MARS – Modular Analog Research Station, czyli symulacji misji księżycowych i marsjańskich, przeprowadzanych przez Europejską Agencję Kosmiczną.

– Hydrouprawa była jednym z pierwszych działań z zakresu tzw. designu panicznego wynikającego z przekonania, że zasoby planety się kończą, więc trzeba znaleźć rozwiązanie problemu wyżywienia ludzkości – mówi Olga Grabiwoda. Poszukiwania nowych źródeł pożywienia doprowadziły do kolejnych warsztatów – na temat jadalnych owadów, których twórczyni Własnoręcznych jest entuzjastką, a także jadalnych glonów.

W ramach cyklu Green Idea powstał także miejski ul, a „designerskie” pszczoły wyprodukowały kilka kilogramów miodu. Posłużył on m.in. do wypieku świątecznych pierniczków.

Bez śladu

„Czy w Twoim mieście mieszka Potwór? Pewnie tak, ale na co dzień możesz go nie zauważyć, bo jest oswojony i sprawia wrażenie niegroźnego. Ale to tylko pozory! Jeśli nie podejmiesz z nim walki, to zabierze nam czystą wodę, lasy i piękne krajobrazy. Jego moc jest ogromna, może nawet zmieniać pogodę!” – czytamy we wstępie do publikacji „O potworze z wielkimi stopami i długim ogonem. Elementarzu prawdziwego Ekoninja”, towarzyszącej projektowi Ślady. Dzieci dowiadują się z niej, co to jest ślad węglowy, jak groźne są plastikowe śmieci i uczą się, że nawet architektura może być recyklingowa, płaszcz przeciwdeszczowy może być biodegradowalny, a energię tańczących tłumów może gromadzić specjalna podłoga. Książeczka zachęca do naprawiania popsutych przedmiotów, sadzenia  miododajnych roślin, używania naczyń z otrąb czy budowania płotu z wikliny. Pokazuje, jak zrobić skakankę z reklamówek lub torbę na zakupy ze starej podkoszulki.

Do dorosłych w ramach cyklu Ślady odbyły się warsztaty wikliniarskie z Jackiem Gądkiem – kielczanie pod jego kierownictwem stworzyli plantację wierzby i wiklinowe hamaki w parku miejskim. Wykłady i warsztaty z biobudownictwa z gliny i słomy zatytułowane Dom Bez Śladu poprowadził Mateusz Szwagierczak.

Gościnnie na Gdynia Design Days ekipa Instytutu Dizajnu w Kielcach zrobiła kuchenkę, na której można gotować za pomocą słońca.

– W ramach Śladów naprawialiśmy też uszkodzone naczynia złotą laką zgodnie z japońską sztuką kintsugi. Propagujemy inne podejście do rzeczy – z szacunkiem do tego, że są stare i zużyte. Mają prawo takie być, a nawet źle wyglądać, jeśli wciąż dobrze nam służą. Nie musimy wciąż kupować nowych rzeczy – przekonuje Olga Grabiwoda.

Komitywa Naprawcza

Zaczęło się od zajęć dla Małych Własnoręcznych „Szacuneczek dla zabaweczek”. Dzieci naprawiały swoje zabawki dzięki pomocy Złotej Rączki, czyli fachowca, który pokazuje, jak coś jest zrobione i pomaga przedmioty przywrócić do życia, zamiast je wyrzucać. – Bardzo długo szukałam Złotej Rączki, niełatwo znaleźć takich ludzi – mówi koordynatorka Własnoręcznych. Taką osobą okazał się Norbert Konieczkiewicz, który nie tylko potrafi naprawiać przedmioty, ale też podziela wiarę w to, że naprawianie jest lepsze od kupowania. Dzięki jego zaangażowaniu już cztery razy odbyły się spotkania Latającej Komitywy Naprawczej, podczas których z pomocą Złotej Rączki w Instytucie Dizajnu można zreperować popsute urządzenia.

– Jako inżynier z zawodu interesuję się tym, jak rzeczy są zrobione, dlaczego się psują i jak można je naprawić – mówi Norbert Konieczkiewicz. Tłumaczy, że istnieje tzw. reverse engineering, czyli inżynieria odwrotna – proces badania produktu w celu ustalenia, jak jest zbudowany i jak działa.

 – To fakt historyczny, że w 1950 roku powstał i został wdrożony do produkcji koncept zaprogramowanego starzenia produktu. I rzeczy, które mogłyby dłużej służyć, zostały tak przekonstruowane, żeby po pewnym czasie musiały się zużyć, zostały wyrzucone i zastąpione nowymi. I nawet nikt nie ukrywał, że tak jest, ale ceny poszły w dół, ludzie zaczęli kupować i pomysł chwycił. Dla biznesu to jest oczywiście dobra sprawa. Ale nie w tę stronę powinien iść rozwój – uważa.

Mimo tej zaplanowanej awaryjności, producenci wciąż chwalą się niezawodnością produktów, są normy, kontrola jakości i z reguły urządzenia mają tylko jeden czy dwa słabsze elementy. Dzięki temu można usunąć usterki. Najtrudniejsza sprawa jest z drobną elektroniką i rzeczami z plastiku, których nie da się skleić. Większość przedmiotów, z którymi radzi sobie Komitywa, to lampy, wentylatory, garnki, patelnie. – Z ciekawszych rzeczy Olga na przykład przyniosła teleskop, który nie działał. Zobaczyłem, co jest w środku, wyczyściłem go i teraz działa. Na zajęciach dla dzieci jedną z zabawek był duży, drewniany wózek widłowy, któremu brakowało kółek, a teraz jeździ – wspomina.

Z jego obserwacji wynika, że – na szczęście – dużo jest osób, które mają umiejętności reperowania rzeczy – inżynierowie, których zatrudnia, piszą w CV, że amatorsko zajmują się naprawianiem.

Większość osób uczestniczących w Komitywie stanowią panie. – Niektóre potem mówią, że skoro to jest takie proste, to same sobie różne rzeczy zrobią – podsumowuje Konieczkiewicz.

Założenie Komitywy jest takie, że podczas naprawiania panuje atmosfera przyjacielskiego spotkania, można na przykład usmażyć naleśniki i zjeść je z domowymi dżemami przyniesionymi przez uczestniczki.

Pomysł spodobał się ekipie telewizyjnej, która przygotowywała materiał o tym, jakimi zagadnieniami zajmuje lub zamierza się zająć Parlament Europejski. A że PE walczy z tzw. planowaną zużywalnością, czyli takim projektowaniem produktów, by po określonym czasie przestawały działać, Latająca Komitywa Naprawcza stała się tematem spotu. Bo urządzenia mają być trwałe i łatwo naprawialne.

Praktyczna Pani / Praktyczny Pan

W czasach peerelowskich niedoborów PSS Społem wychodziła naprzeciw społeczeństwu, zakładając ośrodki Praktyczna Pani, w których można było przerobić sobie sukienkę pod okiem instruktorki lub przejść cały kurs krawiecki. W placówkach funkcjonowały też wypożyczalnie sprzętu domowego, oferujące namioty czy zastawy stołowe, można było skorzystać np. z porad prawnych czy kursu pielęgnacji niemowląt. Istniały również punkty Praktyczny Pan wyposażone w narzędzia umożliwiające majsterkowanie.

Praktycznych Pań (i Panów) już nie ma, ale jeśli ktoś chce się nauczyć szyć, to powinien zaprzyjaźnić się z Ambasadą Dizajnu przy ulicy Wesołej 38. Tam z pomocą Jakuba Święcickiego i Hanny Zarzyckiej-Konieczkiewicz każdy, naprawdę każdy, może spróbować swoich sił w sztuce krawieckiej.

– Nasze babcie wszystko szyły, a my żyjemy w czasach, kiedy ludzie o tym zapomnieli, i są zdziwieni, że szycie jest proste i każdy może sobie coś na przykład przerobić – uważa Hanna Zarzycka-Konieczkiewicz. Jej zdaniem zajęcia krawieckie są wręcz odprężające.

Ambasada organizuje zajęcia tematyczne „Uszyj to sam”. Można było na przykład samodzielnie zrobić sobie spodenki do jogi i od razu je wypróbować na zajęciach z profesjonalną nauczycielką. Była m.in. edycja, podczas której szyto osłonki na doniczki, nocne koszule, gorsety, espadryle i szkolne plecaki.

Ale oprócz warsztatów tematycznych, na które trzeba się zapisywać, placówka przy ul. Wesołej od wtorku do piątku w godz. 12.30-18 jest otwarta i można skorzystać nie tylko z maszyn, ale też podpowiedzi i pomocy fachowców.

Ambasada nie tylko propaguje własnoręczne wykonywanie czy przerabianie odzieży; wpisuje się także w inicjatywy ograniczające ilość odpadów. Jedną z nich jest wytwarzanie tzw. toreb-bumerangów, które trafiają do sklepów, a stamtąd są wypożyczane przez klientów. Była też okazja, by uszyć sobie ze starych firanek wielorazowe torebki, do których można w sklepach pakować owoce, warzywa czy nasiona, rezygnując z foliówek. Kolejne takie zajęcia odbędą się w czerwcu.

Nie ma planety B

Naturalne kosmetyki. Miejskie łąki. Jadalne chwasty. Dom w stylu zero waste. Tworzywa na bazie skrobi. Jednorazowe naczynia, które można zjeść. Meble z odpadów. Przerabianie plastiku. Bombardowanie ziarnami. Nie ma chyba ekologicznego pomysłu, którego prędzej czy później nie można przetestować w Instytucie Dizajnu w Kielcach.

– Wcześniej przychodzili głównie młodzi ludzie, z czasem średnia wieku się podniosła i teraz na warsztatach przeważają osoby dojrzałe, które czują się odpowiedzialne i biorą sprawy w swoje ręce – zauważa Olga Grabiwoda.

Własnoręczni to ludzie, którzy dążą do samodzielności i samowystarczalności, maksymalnie dużo chcą wytwarzać sami – energię, pożywienie, kosmetyki, meble, instrumenty czy ubrania; wiedzą bowiem, że to służy im i Ziemi.

Nie mamy przecież planety B, na którą moglibyśmy się przenieść.

Tekst Agnieszka Gołębiowska, zdjęcia: Olga Grabiwoda

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close