Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Pochodzi z Piórkowa w powiecie opatowskim. Jest pisarzem, scenarzystą, dramaturgiem i… piłkarzem. Na podstawie „Chmurołapa”, „Niech żyje wolność” i „Scyzoryka” – trzech ksiąg z jego autobiograficznego cyklu powieściowego – powstał scenariusz filmu „Księstwo” Andrzeja Barańskiego. Może pochwalić się też tytułami: trzykrotnego Mistrza Polski w piłce błotnej i kapitana Reprezentacji Polskich Pisarzy w Piłce Nożnej. Zbigniew Masternak.

Michał Sierlecki: Od kiedy wiedziałeś, że chcesz zająć się pisaniem?

Zbigniew Masternak: Grałem w piłkę w niewielkim klubie OKS Opatów. To była wtedy chyba czwarta liga. Miałem 14, może 15 lat. Dziennikarka „Słowa Ludu” poprosiła mnie o zastępstwo. Miałem pisać o meczach, w których grałem. Zgodziłem się. Ludzie ze wsi wiedzieli, że piszę do gazety. W tamtym czasie podłączyli nam też wodę, ale nie na długo. Był listopad, mróz rozsadził rury. Moi sąsiedzi przyszli i poprosili, żebym zainterweniował. Powstał tekst, rury naprawiono. Zrozumiałem wtedy, że dzięki słowu mogę coś zmienić, wpłynąć na rzeczywistość. Potem napisałem swoje pierwsze opowiadanie, ale nie traktowałem tego do końca poważnie. Dopiero po paru latach odkryłem, że mogę się tym zająć profesjonalnie.

MS: „Niech żyje wolność”, „Chmurołap”, „Scyzoryk” spodobały się odbiorcom. Można je uznać za Twoje rozliczenie z przeszłością – rozterki młodego chłopaka żyjącego w Świętokrzyskiem. Potem powstała powieść „Nędzole”, opowiadająca o losach współczesnej polskiej emigracji we Francji.

Reżyser „Księstwa” Andrzej Barański powiedział, że ta trylogia napisała mi się sama, bo przelałem na karty wszystko, co mnie niepokoiło. Zastanawiał się, jak poradzę sobie dalej. A po „Nędzolach” stwierdził, że dam radę jako pisarz. Część piąta jest już gotowa. Opisuje losy bohaterów żyjących w małym miasteczku. Mieszkam teraz w Puławach i nieobce są mi drobnomieszczańskie klimaty. Fragmenty powieści pojawiły się w niedawno wydanym zbiorze opowiadań zatytułowanym „Kniaź”.

MS: Recenzenci piszą, że Twoi bohaterowie mają przetrącone życiorysy, zwierzęce odruchy i zajmują się ciemnymi sprawkami. A przecież bazujesz na swoim doświadczeniu i portretujesz ludzi, których spotykasz na swojej drodze.  Chyba nie są tym zachwyceni…

ZM: Mogę nawet powiedzieć, że nadal ich spotykam. Oczywiście opisywanie takich sytuacji jest lekko groźne dla autora. Obrazili się na mnie na przykład mieszkańcy mojej rodzinnej wsi i okolic, bo nie zrozumieli, że nie chodziło mi o jakiś paszkwil czy wyśmiewanie kogokolwiek. Chciałem stworzyć dokument czasów i okoliczności, w których się znajdowałem i wychowałem.

MS: Czyli w Piórkowie mają Cię za tego złego pisarza?

ZM: Tak. Nawet ostatnio sobie żartowałem na ten temat. Jest taki pisarz wiejskiego pochodzenia, który nazywa się Jan Pocek i pochodzi z Markuszowa w lubelskim. W jego rodzinnej miejscowości postawili mu pomnik, choć wydał trzy tomiki poezji niekoniecznie najwyższych literackich lotów. Pomyślałem, że ze swoimi książkami chyba też już w Piórkowie na pomnik zasłużyłem. Z drugiej strony, gdyby obrzucono go jajami lub zniszczono? Może lepiej, że go nie mam.

MS: W czwartym tomie piszesz bez ogródek o emigracji, islamie, Europie. To też może się nie spodobać.

ZM: Kiedy wydałem „Nędzoli”, w tłumaczeniu na język niemiecki tytuł brzmiał „Biedne Kundelki”. Obraziła się niemiecka Polonia. Gdy promowaliśmy tę książkę, jeździłem do Goerlitz, do Frankfurtu nad Odrą, do wielu innych miejscowości. Na jedno z takich spotkań przyszli Syryjczycy z pobliskiego ośrodka dla uchodźców, bo dowiedzieli się, że w książce krytykuję islam. Chcieli podyskutować. Skończyło się tak, że musiałem bocznym wyjściem uciekać z biblioteki i oni za mną szli aż do granicy polsko-niemieckiej. Było mi głupio, bo nie napisałem czegoś, co by ośmieszało islam. Zarzuciłem Arabom, że od ośmiuset lat niczego sensownego nie wymyślili, a kiedyś byli genialnymi matematykami, lekarzami… Mam wrażenie, że ta kultura stanęła w miejscu. Coraz bardziej skłaniam się też do ucieczki z Puław, choć mieszkam tu już 10 lat. Czuję, że kiedy ukaże się „Wieszcz”, część piąta cyklu (a celowo opóźniałem to wydanie), będę musiał opuścić miasto. Opisałem w książce wszystkie typy, które tu spotkałem: lokalnych żuli, meneli, prezydenta miasta, księdza proboszcza i innych. Oczywiście nikogo nie obraziłem, nie zrobiłem niczego, co byłoby karalne. Po prostu spisałem fakty, a one mogą okazać się dla niektórych niewygodne.

MS: Bez upiększania opisujesz rzeczywistość również w „Nędzolach”. Portretujesz parę młodych Polaków. Wyruszają w podróż po Francji w poszukiwaniu pracy. Stopniowo dojrzewa w nich myśl, by osiąść tam na stałe. Napisałeś tę opowieść, dzieląc się swoimi doświadczeniami z emigracji.

ZM: W wieku 27 lat znalazłem się na życiowym zakręcie. Wydawało się, że z tej wielkiej chmury: z piątek i szóstek w liceum, z potencjalnej gry w Koronie Kielce, zostały same wióry, wszystko się sypało. Okazało się, że talenty, które mam, wcale nie prowadzą mnie do dobrego życia. Byłem przegrany. Skończyły mi się pieniądze i jeszcze zostawiła mnie dziewczyna. Stwierdziłem, że wyruszam za granicę. Poznałem wspaniałą kobietę, która potem została moją żoną. I wyruszyliśmy razem w podróż. To miała być wakacyjna przygoda. Gdy byliśmy koło Wrocławia, zadzwonił do mnie Tadeusz Zysk – szef wydawnictwa Zysk i S-ka. Mówi do mnie tak: „Proszę Pana, chcę wydać tę książkę. Czy Pan się zgadza?”. Okazało się, że parę miesięcy wcześniej w jego ręce wpadło „Księstwo, księga II”. To była pierwsza wersja „Niech żyje wolność”, którą wydałem amatorsko i sprzedawałem różnym ludziom.

MS: Ale nie zawróciłeś?

ZM: Zgodziłem się na druk. I wiedziałem już, że jadę do Francji nie jako tania siła robocza, tylko jako pisarz szukający materiału do swojej nowej książki. To bardzo zmieniło moją perspektywę. Błąkaliśmy się po tym kraju z dziewięć miesięcy, bardziej szukając sposobu na przeżycie kolejnych paru dni, niż próbując znaleźć stałą pracę. Kiedy wracałem do kraju, okazało się, że będę tatą. Z żoną i dzieckiem w drodze znalazłem się znów w swojej rodzinnej miejscowości. Musiałem od ojca pożyczyć parę dych na buty, bo mi się rozpadły. Był w szoku, że nie mam pieniędzy. Zwykle, gdy ktoś wracał z zagranicy, przywoził ze sobą zarobione euro. Ze mną było inaczej. Z perspektywy czasu mogę jednak stwierdzić, że warto było zdobyć materiały i ciekawie żyć.

MS: „Nędzolami” zainteresował się Krzysztof Zanussi.

ZM: Skontaktowała się ze mną jego sekretarka. W tej chwili wszystko jest prawie dograne. Reżyserem filmu będzie Niemiec Matthias Luthardt, producentem Krzysztof Zanussi i zespół TOR, a całość to koprodukcja polsko-niemiecko-francuska.

MS: Twoje książki są tłumaczone na wiele języków, m.in. niemiecki, ale także macedoński, arabski, wietnamski i mongolski. Na ich podstawie powstają filmy, audiobooki, a nawet komiksy.

ZM: Dużo nad tym pracuję. Odwiedzam rocznie około 150 miejscowości. Mam spotkania autorskie, które oczywiście pomagają mi w utrzymaniu. Powstają kolejne przekłady moich książek, adaptacje teatralne, słuchowiska radiowe. Jest tego dużo. I to dobra sytuacja dla pisarza. Najbardziej cieszą rzeczy, na które nie mamy do końca wpływu. Znalazłem na przykład swoje książki w sześciu bibliotekach w Australii. Byłem zaskoczony. Pomyślałem, że to może Polonia albo kupili przez Amazon. Patrzę, a one są po wietnamsku. Wyobraź sobie: Wietnamczycy, jadąc do pracy w Australii, zabrali ze sobą książki, które opowiadają o losach mieszkańców świętokrzyskiej wsi.

MS: Ale pisanie to nie wszystko. Grasz w piłkę nożną i błotną…

ZM: W tym sporcie trzeba mieć mocne nogi i być wytrzymałym na pogodę, umieć biegać w deszczu, słońcu, brudzie. Przyjeżdżałem do Błotnowoli w świętokrzyskie na takie mecze. Czasem nawet zdarza się, że dostaję honorarium od sponsora. Mam za to strzelić określoną ilość bramek. Trudno się w Polsce utrzymać tylko z pisania. Sytuacja nieporównywalna z innymi krajami jak Francja, czy Niemcy, gdzie funkcjonują stypendia literackie.

MS: Czyli lepiej pisać książki za granicą?

ZM: W Niemczech są literaci żyjący tylko ze stypendiów. Małe niemieckie teatry utrzymują pisarzy, scenarzystów. Mówimy o miasteczkach porównywalnych do Buska-Zdroju, gdzie działają sceny z etatami dla aktorów i nowym repertuarem w ofercie.

MS:  Artystów się wspiera, a co z odbiorcami? Czy Niemcy czytają książki?

ZM: Tak i to masowo. W Niemczech na moje spotkanie autorskie przychodzi na przykład 400 osób, a bilety są po 5 euro. Graliśmy kiedyś mecz w Dortmundzie: pisarze niemieccy kontra polscy. Mecz był biletowany, 15 euro za wejście. Przyszło 82 tys. ludzi. Nie spodziewałem się aż takich tłumów.

MS: Zatem życzę Ci ich i w naszym kraju. A także rosnącej liczby czytelników Twoich książek. Dziękuję bardzo za rozmowę.

ZM: Również dziękuję.

Rozmawiał: Michał Sierlecki, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close