Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Szachownica pól. Po prawej owies, po lewej pszenżyto, tutaj wrotycz, tam rumian, nieużytki, śródpolne zadrzewienia… Piaszczystą drogą ucieka przed nami bażant… Jak to na Kielecczyźnie. I nagle w swojskim krajobrazie niezbyt urodzajnych pól pojawiają się fioletowe pasy. Malownicza i aromatyczna plantacja lawendy w Modliszewicach to dzieło Małgorzaty i Tomasza Głowackich.

Magia lawendy

Z reguły takie historie zaczynają się od marzenia, fascynacji książką lub filmem, od podróży do Prowansji, która zmienia całe życie… Tak byłoby w amerykańskim scenariuszu. W życiu zaczęło się zupełnie inaczej.

– Jechaliśmy na półmaraton do Białegostoku i rozmawialiśmy, co by tu robić. Zaproponowałem: krowy będziemy hodować, a żona odpowiedziała: a może lawendę? Lawenda ładniej pachnie. Tylko że lawenda rośnie w Prowansji. Zupełnie nie wiedziałem, że można ją w Polsce uprawiać. Po biegu poczytaliśmy o tym trochę i w kilka minut podjęliśmy decyzję – wspomina Tomasz Głowacki. – Tak rzuciłam, a okazało się, że to nie jest głupi pomysł. W Polsce plantacje działają od lat, czyli się da. Okazało się też, że pole, które mają rodzice nadaje się pod lawendę, bo ma spadek, co jest ważne, gdyż woda nie zalega, a lawenda lubi jak jest sucho. Uwielbia słońce, nie lubi deszczu, potrzebuje ziemi przepuszczalnej i zasadowej – dodaje pomysłodawczyni przedsięwzięcia.

Głowaccy nie są rolnikami. Ona zajmowała się fotografią studyjną, on jest z wykształcenia kartografem i pracuje przy systemie informacji geograficznej, czyli GIS. Pomysł zakiełkował w maju 2015 roku, a jesienią już przygotowali pole, wysiali poplon, wapnowali. Wiosną zrobili kopce, co było wyzwaniem, bo nikt z okolicznych rolników nie wiedział, jak to zrobić. Niektórzy nawet pytali, co to jest ta lawenda? W pierwszym roku kupili 800 sadzonek. – Można je samemu wyhodować, ale rozmnażanie lawendy to magia, którą trzeba zgłębić, by robić to w odpowiedni sposób, to wymaga czasu. Teraz już dosadzamy ze swoich rozsad – mówi Małgorzata. Dziś mają trzy tysiące krzaczków.

Odmian lawendy jest mnóstwo. – Mamy pole doświadczalne i sprawdzamy, która nam pasuje. Najwięcej mamy takiej, która nazywa się Hidcote, jest najbardziej uniwersalna – tłumaczą.

Przed zakupem pierwszych sadzonek wahali się między Hidcote a Bluescent. Na szczęście wybrali tę pierwszą, bo okazało się, że Bluescent, który kwitnąć może nawet trzy razy w sezonie, ma bardzo ładny zapach, ładnie wygląda w bukietach i wiankach, ma słaby system korzeniowy i po zimie mizernieje.

Wiedzę zdobywają eksperymentując i czytając. Odwiedzali też inne plantacje. – Nasza społeczność lawendowa chętnie się dzieli informacjami. Wszyscy, których spotkaliśmy, są wspaniali i otwarci – podkreślają.

Natura jest niesamowita

W słoneczny dzień na polu uwijają się pszczoły, trzmiele, motyle. Właściciele wiedzą, na którym krzaczku osy założyły gniazdo i zostawili ich mieszkanko w spokoju. Zrywają kwiaty ręcznie, z pomocą rodziny i znajomych.

Pierwsza wiadomość, jaką przeczytali o lawendzie, była taka, że jak się nie chce mieć w ogrodzie mrówek, to trzeba ją zasadzić. – A my w co drugim kopcu mamy mrówki! Na szczęście nie mają na lawendę negatywnego wpływu, więc je zostawiamy. Natura jest niesamowita, można czerpać z niej do woli, tylko trzeba chcieć i umieć – uważa Małgorzata. – Nawet jak usuwamy chwasty, to niektóre, te niskie, zostawiamy, żeby przyroda sobie sama radziła. Nie niszczymy ich chemią, chcemy mieć certyfikat ekologiczny. Natura sama daje sobie radę i albo można z nią walczyć, albo się z nią ułożyć – uważa jej mąż.

Co roku pojawiają się problemy. Na początku walczyli ze skrzypem, co doprowadzało ich prawie do łez. Ponieważ skrzyp nie lubi wapna, to powoli wyprowadza się z ich pola. Poza tym lawenda już urosła, więc sobie z nim radzi. Tomasz podejście do plantacji porównuje do chowania dzieci: przy pierwszym potomku za każdym razem wyparza się upuszczony smoczek, ale już trzecim dzieckiem zajmuje się dwójka starszych.

Cały czas się czegoś uczą, co roku mają inwazję innych chwastów. – Najpierw jeździliśmy wzdłuż rzędów glebogryzarką, ale potem się zastanowiliśmy, dlaczego ta gleba ma być goła. W Prowansji jest skała i piach, a u nas nie, więc niech naturalnie zarasta. Niech natura robi swoje, eksterminować chwastów nie zamierzamy – deklarują.

Z monokulturami w Prowansji też wiążą się zagrożenia. – Najpierw chcieliśmy mieć hektary lawendy, ale doszliśmy do wniosku, że jeśli będziemy się rozszerzać, to najwyżej jeszcze o jedno pole, nie więcej. Taka szachownica upraw jest dla roślin bezpieczniejsza, ułatwia zatrzymywanie patogenów. W ubiegłym roku we Francji na skutek działalności skoczka, owada który roznosi bakterię zabijającą lawendę, zbiory plantatorów obniżyły się o jedną trzecią, a w tym o połowę. A wszystko przez to, że mają lawendę po horyzont – tłumaczy plantator z Modliszewic.

W uprawy monokulturowe trzeba wprowadzać chemię, kompletną mechanizację. – Być może my na większym polu też wprowadzimy maszyny, ale nie chcemy inwazyjnie wjeżdżać kombajnem. Chcemy być jak najbliżej tej rośliny, bo to jest naturalne – deklarują.

Czy uprawa lawendy przybliżyła ich do natury? – Zawsze segregowaliśmy śmieci i staraliśmy się żyć ekologicznie, ale nie zwracaliśmy takiej uwagi na zioła i na to, co się dzieje w rolnictwie w kwestii chemii – mówi Małgorzata. Jej mąż dodaje: – Wiedzieliśmy, że środek glifosat (składnik wielu popularnych pestycydów) jest szkodliwy, ale teraz go nienawidzimy, bo okazuje się, że to morderca i przez niego ludzie umierają na raka.

Nie mając sprzętu, zaczęli wynajmować rolników także do zbioru lnu i gorczycy, które sieją na innych polach odziedziczonych po dziadkach. – Oni nam radzą, że trzeba pryskać pestycydami, a my próbujemy ich przekonać, jak zła jest chemia. Tłumaczymy, że międzynarodowy koncern Monsanto przegrał pół roku temu pierwszy proces w Stanach na grube miliony dolarów za rakotwórczość glifosatu. Nie ma tu dużo ludzi, którzy stosują chemię, bo wokół rośnie zboże, do którego go nie potrzeba. Ale już rzepak jest wysuszany na polu za pomocą glifosatu. „Zdrowy” olej rzepakowy zawiera więc w sobie glifosat, który jest najsilniejszym na świecie antybiotykiem. Łyżeczka gleby zawiera 1011 sztuk bakterii, a po wyroundupowaniu – 103! Generalnie nie wszystkie bakterie są chorobotwórcze, a rośliny ich potrzebują, by mogły przetworzyć składniki mineralne i rosnąć. Jak jest ziemia jałowa, to można ją nawozić składnikami mineralnymi, ale roślina nie może ich pobrać, bo nie ma odpowiedniego biotopu. A jak nie ma bakterii, to pojawia się miejsce na rozwój grzybów, a wtedy nie pozostaje nic innego tylko opryski fungicydami. I tak powstaje błędne koło – mówi Tomasz.

MilejMi

Gdy się ich chwilę posłucha, nie ma wątpliwości, że to ich pasja. – Lawenda jest wspaniałą rośliną, bo jednocześnie działa uspokajająco i pobudzająco. Daje jedyny olejek, który nie drażni skóry. We Francji lekarze przepisują go na receptę. W czasie pierwszej wojny światowej był standardowym wyposażeniem szpitali, stosowanym do dezynfekcji ran – mówi Tomasz. – Jest świetny na ugryzienia przez owada i odstrasza komary. Jak pszczoła użądli, można rozgnieść lawendę albo olejkiem posmarować i to naprawdę działa – przekonuje Małgorzata.

Musieli się nauczyć, kiedy zbierać kwiaty. Demonstrują, że gdy jest odpowiedni moment przy łamaniu łodyżki słychać „pyk”, a czubek roślinki jest idealnie sztywny. Aromat lawendy zmienia się w zależności od tego, kiedy zbiera się kwiaty, od pory dnia, czy jest mokro czy sucho… Na początku kwitnienia, gdy lawenda jest jeszcze w pączkach, ścinają ją na bukiety. Gdy kwiaty rozkwitną – na susz. Potem na olejek.

Sami destylują olejek w alembiku, najprostszą destylacją przy pomocy pary wodnej. Po eksperymentach doszli do wniosku, że lepiej jest używać do destylacji samych kwiatów, bez łodyżki, bo powstaje wtedy olejek bardziej wartościowy, z większym stężeniem zdrowotnego linalolu i octanu linalylu, z minimalną ilością kamfory. Wymaga to więcej pracy, bo trzeba odciąć łodyżkę, ale uważają, że warto. Jedyne mechaniczne udogodnienia, o jakich myślą, dotyczą właśnie przygotowania roślin: oddzielenia kwiatu od gałązki czy kruszenia suszu. – Tomek jest bardzo dobrym projektantem i sam te maszyny opracowuje  – chwali Małgorzata.

Drugim produktem destylacji jest hydrolat, który też ma właściwości antyseptyczne. Plantatorzy z Modliszewic robią bukiety, wianki, fusetki, tabliczki zapachowe, wosk zapachowy do rozpuszczenia w kominku. Chcieliby robić kosmetyki, ale nie mogą sami się wszystkim zajmować, zresztą musieliby zatrudnić kosmetologa. Nie chcą współpracować z dużymi kosmetycznymi firmami, wolą lokalnych wytwórców. W ubiegłym roku zlecili znajomej wykonanie mydełek z ich lawendą. W sierpniu na lawendowym polu wujek pszczelarz planuje ustawić ule i będą mieli lawendowy miód.

Fioletowe kwiaty zaparzają jako herbatkę, wrzucają szczyptę, gdy parzą kawę. Robią syropy o pięknym malinowym kolorze, nastawiają lawendę na ocet. – Gdy pierwszy raz spróbowaliśmy syropu z lawendy – to był szok, zupełnie nieznany smak – wspominają. Na własny użytek robią też nalewkę, która świetnie leczy przeziębienie.

Swoją firmę nazwali MilejMi. Wkrótce na stronie pojawi się sklep internetowy.

Czy na własnej skórze odczuwają cudowne właściwości lawendy? – Mogę tu cały dzień pracować i to mnie nie męczy. Wszyscy nam mówią, że jesteśmy uśmiechnięci i pełni energii – odpowiada plantatorka.

Tekst Agnieszka Gołębiowska, zdjęcia Anna Benicewicz-Miazga

 

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close