Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Dzięki autorskim programom komputerowym potrafi grać obrazami i malować muzyką. Nowe technologie nie mają przed nim tajemnic, a wirtualne otwieranie drzwi czy chodzenie po wodzie stały się zbyt zwyczajne. Nadal najważniejsza jest dla niego muzyka. O tym, co widać i słychać, opowiada kielczanin, niezależny muzyk i producent Darek Makaruk.

Robisz dużo niebanalnych rzeczy. Jesteś muzykiem, producentem i wykonawcą muzyki elektronicznej, współtworzysz projekty jazzowe, grasz muzykę do filmów niemych. Jesteś też autorem oprawy wizualnej także do utworów innych artystów i spektakli teatralnych. Jesteś wreszcie autorem wizualno-muzycznych instalacji i… video mappingu. 

To wszystko się ze sobą łączy, wypływa jedno z drugiego. Robię to, żeby się nie nudzić (śmiech). Nigdy nie miałem pracy na etacie. Zawsze tworzyłem autorskie rzeczy.

Nie bądź taki skromny. Te autorskie rzeczy docierają w odległe zakątki świata, m.in. do Japonii.

To prawda. W Japonii prezentowałem swoje projekty już trzy razy, szykuje się kolejny wyjazd tam i do Hong Kongu. Zaczęło się od Grand Prix podczas Międzynarodowego Konkursu Bains Numeriques #9 w 2016 we Francji. Wspólnie z Albą Corral pokazywaliśmy tam projekt Dimension N. Jednym z jurorów był pan Takuya Nomura, szef japońskiej firmy Knowledge Capital. Zwrócił na mnie uwagę i od tamtej pory jeżdżę do Japonii na zaproszenie tej firmy, która dla mnie jest idealnym modelem prowadzenia działalności biznesowej. Knowledge Capital wspiera start-upy, nowe technologie, ale także kulturę. Mają swoją galerię, salę koncertową, przestrzeń do realizowania projektów kulturalnych i artystycznych. To właśnie tam pokazywałem „Inside-Outside”, instalację immersywną (taką, która „otacza” użytkownika ze wszystkich stron i powoduje, że można się w niej  „zanurzyć” i przenieść w zupełnie inny świat – red.).

Opowiedz o swoich projektach.

Dimension N, to koncert audiowizualny, który realizuję wspólnie z artystką z Hiszpanii Albą Corral. Dźwięki granej na żywo muzyki rysują na ekranie abstrakcyjne obrazy. To dzieje się jednocześnie. Malujemy muzyką, czy może lepiej powiedzieć – gramy obrazami. Z kolei „Inside-Outside” przygotowałem specjalnie dla Japończyków. To instalacja immersywna, w której ludzie mogą tworzyć i eksplorować swoją przestrzeń 3D, pokazaną na czterech ścianach pomieszczenia w pełnej panoramie 360 stopni. Instalacja działa dopiero wtedy, gdy ludzie zaczynają współpracować. Chcąc uruchomić program i wizualizacje, muszą złapać się za ręce. To taka moja kontrpropozycja dla świata mediów wirtualnych, który przecież zamiast zbliżać do siebie, oddala ludzi. By tworzyć nową rzeczywistość użytkownicy muszą zmniejszyć dystans do drugiego człowieka, wejść w jego bezpieczną przestrzeń i złapać się za ręce. To chwyciło, w Osace zdarzało się, że aplikacją sterowało nawet 30 osób, tworzących wielkie koło wewnątrz pomieszczenia. To w tym kraju niezbyt powszechny widok, bo Japończycy nie są zbyt wylewni i zachowują dystans w kontaktach z innymi.

Film z Osaki na Twoim facebookowym profilu rzeczywiście robi wrażenie. Czy mamy szansę, by „Inside-Outside” zobaczyć w Polsce?

Jest takie powiedzenie „If you can make it in New York, you can make it anywhere” (Jeśli możesz to robić w Nowym Jorku możesz to robić gdziekolwiek – red). Zmieniłem je trochę: „If you can make it in Poland, you can make it anywhere” (śmiech). Bo w Polsce nie jest tak prosto zainicjować nowy projekt audiowizualny. „Inside-Outside” interesują się m.in. Hiszpanie i mieszkańcy Hong Kongu. Być może uda się to pokazać tam. Myślę także nad inną formą dystrybucji swojej twórczości.

Czyli?

Mam w przygotowaniu aplikację mobilną oraz komputerową grę, która będzie dostępna online. Dzięki nim będę mógł pokazać swoje pomysły całemu światu, zachowując zasadę kreatywnej interakcji użytkownika. Wrażenie robi nie tylko skala – 7 miliardów ludzi zamiast kilkuset na koncercie czy kilku tysięcy zwiedzających wystawę. Z tyloma osobami mogą podzielić się tym, co robię. Znaczenie ma też czas. Mogę to udostępnić błyskawicznie odbiorcom z najodleglejszych zakątków globu.

Ale to chyba jednak nie będzie to samo, co instalacja z Osaki. Zabraknie tego trzymania się za ręce, wrażenia, jakie robi na ludziach projekcja 3D.

Można pokazywać swoje instalacje w galeriach sztuki i jednocześnie podzielić się tym w innej formie, aplikacji właśnie czy gry online. Dać szansę, by inni także mogli spróbować. Choćby na małym ekranie komputera, iPada czy komórki. Fascynują mnie nowe technologie. Dla mnie to przyszłość całej produkcji filmowej, telewizyjnej, muzycznej. Przecież we współczesnych grach komputerowych tworzone są światy, które wyglądają lepiej niż w filmach. Na dodatek ludzie mają wpływ na to, co się w nich dzieje: mogą budować, niszczyć, zmieniać, decydować o losie bohaterów. Mogą łączyć się w grupy, spotykać w rzeczywistości wirtualnej, działać razem lub przeciwko sobie.

Mogą też założyć gogle VR, czyli okulary, które pozwalają przenieść się do wirtualnej rzeczywistości i znaleźć się w zupełnie innym świecie.

Jeśli chodzi o kulturę i rozrywkę, nie wróżę VR tak dużego powodzenia, jak innym technologiom XR. Wiem, że gogle VR na pewno będą przydatne w projektowaniu, tworzeniu nowych rzeczy. Przeszkadza mi jednak, że okulary odcinają człowieka od otoczenia. Jest on ze swoim nowym światem sam na sam. A dla ludzi z „naszego” wymiaru wygląda jak ktoś, kto stoi w dziwnych okularach i macha rękami. Nawet jeśli sam przeżywa wyjątkowe rzeczy, to nikt inny nie może tego zrozumieć ani doświadczyć. Dlatego mówiąc tylko i wyłącznie o twórczości artystycznej, nie wróżę tej technologii jakiegoś spektakularnego rozwoju. Wybieram technologię AR (nakładanie nowych elementów wizualnych na rzeczywisty świat – red.) lub mixed reality (połączenie rzeczywistości wirtualnej oraz rzeczywistości rozszerzonej – MR – red.).

My tu o technologiach, a przecież tworzysz nie tylko projekty wizualne, ale także muzykę. Na swoim profilu na Facebooku informujesz o koncertach, jakie grasz np. z Włodkiem Kiniorskim, pochwaliłeś się także japońską recenzją płyty „Erotyki ludowe”.

To duże wyróżnienie, że moja płyta trafiła do… japońskiego leksykonu muzyki europejskiej. Pracuję teraz nad kolejnym krążkiem. 10 lub 11 utworów muzyki klubowej imprezowej, rozrywkowej. Miks muzyki progressive, electro, reggae, psy-trance. Taką najbardziej lubię grać. Mam także pomysł na kolejną płytę. Jeden z utworów jest już dostępny w Spotify. To będą kompozycję akusmatyczne.

A cóż to takiego?

To bardzo ciekawa muzyka, pisana głównie z myślą o odtworzeniu „z taśmy”, czyli przez głośniki,  a nie do wykonywania na żywo. Fundamentalne znaczenie kompozycyjne ma w niej barwa i spektrum. Wywodzi się z tradycji musique concrète (kierunek w muzyce współczesnej, w którym oprócz instrumentów i śpiewu wykorzystuje się realne dźwięki otoczenia, np. szum ulicy, odgłosy przyrody czy fabryki – red.), której wybitnym przedstawicielem był na przykład Pierre Henry. To genialna forma, absolutna wolność wyrazu, duże brzmienie i wyjątkowe, nieograniczone możliwości dla wyobraźni muzycznej.

A  tę wcześniejszą płytę kiedy usłyszymy?

Szukam teraz wydawcy, liczę, że płyta ukaże się latem. Promocyjny koncert zagrałem w maju z Antonim Gralakiem w klubie Park.

Gdy poznałam Cię ładnych kilka lat temu mówiłeś, że muzyka jest najważniejsza, teraz robisz instalacje, mappingi.

Ależ ona jest najważniejsza, ale współcześnie nie da się zamknąć tylko w jednej dziedzinie. To logiczny krok do przodu. Warstwa wizualna zaczyna być nieodłącznym towarzyszem muzyki, zwłaszcza gdy ktoś zajmuje się nie tylko graniem, ale i sztuką wideo. Po prostu łączę te dwie rzeczy ze sobą.

A co sądzisz o współczesnym rynku muzycznym?

Moim zdaniem, nie nadąża za współczesnym światem i powinien się trochę zmienić, przebranżowić. Z dwóch powodów. Po pierwsze: szkoda nie wykorzystać nowoczesnych technologii, skoro one już są, działają i mogą naszą muzykę wzbogacić. Jeśli skomponuję utwór i dodam do niego warstwę wizualną, to sprawi, że odbiór tej muzyki będzie inny. Jeśli umożliwię jeszcze odbiorcom interakcję, sprawię, że będą mogli się w tej wizualno-muzycznej materii zanurzyć. To nadal będzie moja kompozycja, ale nie tylko dana ludziom, ale i przez nich współtworzona.

A drugi powód?

Rynek muzyczny jest w recesji. Kiedyś wydanie płyty było sukcesem, a teraz nikt już płyt nie kupuje. Mało to, są tacy, którzy nawet już nie mają odtwarzacza CD, a kupują najwyżej winyle. Totalna globalizacja mediów cyfrowych sprawiła, że płyty ściąga się teraz z internetu. Ale do tego kanału dystrybucji potrzebne są nowe metody sprzedaży i wyceny twórczości. Zobacz, jak to wygląda w grach. Jeśli chcesz tylko pograć, kupujesz wersję podstawową. Jeśli jesteś fanem, możesz dokupić dodatkowe treści, uzupełniający kontent. Podobnie powinno być z muzyką. A tutaj zostało po staremu. Płyta kosztuje ok. 30 zł. Tyle zapłaci ktoś, kto chciałby po prostu posłuchać, bo nie zna, bo ktoś mu o tym wspomniał, bo przypadkiem znalazł tego artystę. Ale przecież są zagorzali fani, miłośnicy muzyki, którzy z przyjemnością wsparliby ulubionego artystę i zapłacili więcej, dostając w zamian dodatkowe treści. Przy tym systemie sprzedaży nie mają jak. Co prawda są już próby, by to zmienić. W internecie działa model Patreon, który ma służyć właśnie tworzeniu grona odbiorców – mecenasów danego artysty.

Ale przecież globalizacja to także szansa, by zaistnieć poza strukturą wydawców, wytwórni.

Tak, demokratyzacja daje twórcom możliwość prezentacji swojej twórczości. Frank Zappa powiedział kiedyś, że w latach 70. szefowie wytwórni się nie znali na muzyce, więc nie bali się eksperymentować. Dzięki temu możemy słuchać Tangerine Dream czy Genesis. A potem nastąpiła era fitmodnych, którzy lepiej wiedzą i decydują o tym, jaka muzyka zyska popularność i co się sprzeda. Umieścić muzykę w internecie jest prościej niż dogadać się z wytwórnią. Dużo prościej ją promować i dystrybuować.

Bardzo chwalisz ten wirtualny świat. Ale przecież on nie jest idealny, dzięki niemu oddalamy się od siebie, nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Zresztą w „Inside-Outside” sam na to zwróciłeś uwagę. 

Jak przy korzystaniu z każdego narzędzia, wszystko zależy od świadomości i intencji jego wykorzystania. Myślę, że ludzie to też już zauważają. Wiesz dlaczego uważam, że muzyka jest najważniejsza? Bo to uniwersalny język, który zrozumieją ludzie w każdym miejscu na świecie. A koncert to dla mnie duchowe przeżycie bazujące na „tu i teraz”, szansa na doświadczenie jedności z innymi – widzami, muzykami – i z muzyką. Dla mnie koncert umożliwia transgresję, spojrzenie na siebie i świat – choć przez chwilę – z zupełnie innej, wyższej perspektywy, a potem… nawet może zmianę swojego życia. Tylko na koncercie muzyka naprawdę staje się własnością odbiorcy. Mówię o tym, bo zauważyłem, że coraz więcej ludzi chodzi na koncerty. Nawet te niszowe, niezależne. Może to przez zmęczenie światem wirtualnym? Może to po to, by przeżyć coś naprawdę, a nie żyć wyobrażeniami o sobie, znajomych i świecie? Może po to, by zintegrować się z innymi w rytm muzyki?

Sam także starasz się integrować ludzi nie tylko z muzyką, ale i z obrazem. Duże wrażenie zrobił na mnie kolejny Twój projekt, tym razem teatralny. Myślę o „Boundaries”, w którym idealnie połączyłeś tancerkę z wizualizacjami. Jak to zrobiliście? Co było pierwsze scenariusz, ruch czy wizualizacje?

Mieliśmy scenariusz, ale tak naprawdę dużo działo się na żywo. Autorski program komputerowy śledził ruchy tancerki i tworzył obrazy, idealnie z nimi zgrane. Wyobraź sobie, że projekt miał premierę w Ostrołęce za sprawą organizatorów festiwalu InQbator, a nie zagranicą. Tam stworzono nam odpowiednie warunki, by odegrać ten krótki, bo tylko 8-minutowy pokaz. Teraz jest szansa na nową odsłonę zagraniczną projektu.

A kiedy pojawisz się w Kielcach? W ubiegłym roku żegnałeś dworzec PKS na koncercie „Kino Mocne” z gościnnym udziałem Kasi Kowalskiej.

Zawsze, gdy pojawi się propozycja. Jestem stąd i wracam tu często, prywatnie i zawodowo. My kielczanie mamy nieprawdopodobny luksus, bo tuż za rogiem mamy wspaniałą przyrodę z niesamowitą energią, zasobami Gór Świętokrzyskich. Takie otoczenie to na świecie prawdziwa rzadkość. Warto tę energię wykorzystać.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Agnieszka Kozłowska-Piasta, zdjęcie portretowe Klaudia Gajkowska

Dariusz Makaruk – wykonawca live electronics, producent muzyki, autor pokazów videomappingu 3D. Gra muzykę elektroniczną oraz experimenial ambient. Współpracował  m.i.in. z Tomaszem Stańką, Włodkiem Kiniorskim, Michałem Urbaniakiem, Tymonem Tymańskim. Komponuje muzykę do spektakli teatralnych i ścieżki dźwiękowe do filmów. Na płycie „Erotyki ludowe” zinterpretował polską muzykę ludową. W projekcie „Kino Mocne” dał drugie życie przedwojennym szlagierom filmowym. Pisze autorskie oprogramowanie na potrzeby widowisk, koncertów i wydarzeń artystycznych. Dyrektor artystyczny festiwalu Moving Closer w Warszawie i kieleckiej Laserowej Nocy.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close