Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Ludzie zapomnieli o tej prawdzie – rzekł lis.
– Lecz tobie nie wolno zapomnieć.
Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś.

A. de Saint Exupery „Mały Książę”

 

Są samotne, nieufne, głodne, półdzikie, czasami ranne lub chore. Tułają się po lasach, parkach, biegają po ulicach, mieszkają w piwnicach, drewutniach, stodołach… Wiele z tych zwierzaków ma jednak szczęście, bo trafia na ludzi, którym ich los nie jest obojętny. Dostają wtedy imię, ciepłe legowisko, czasami nawet własną kanapę, pełną miskę i wielką dawkę miłości.

Choć z bezdomnymi zwierzętami najczęściej kojarzymy schronisko, nie jest to jedyne miejsce, do którego trafiają. W Kielcach i okolicy od wielu lat działa prawie 20 domów tymczasowych Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Prowadzący je ludzie dbają stale o kilkaset nieszczęśliwych zwierzaków. To nie specjalne budynki, wyposażone w odpowiednią infrastrukturę i opatrzone odpowiednimi tabliczkami, ale zwyczajne mieszkania w blokach i kamienicach, domki z ogródkami, także przystosowane do potrzeb zwierząt piwnice, pralnie, czy postawione na działkach kojce.

Dom jak parasolka

Każde z tych miejsc ma swojego opiekuna, który czuwa nad bezpieczeństwem zwierzaków. – To praca na pełen etat, bo zwierzaki muszą jeść, wychodzić na spacery, odwiedzać weterynarzy. To my znajdujemy im szczęśliwy dom i odpowiedzialnego opiekuna. I odławiamy kolejne zwierzęta – wyjaśnia Anna Studzińska, prezes kieleckiego oddziału TOZ. – Pracujemy społecznie, poświęcamy nasz wolny czas. Robimy to z potrzeby serca i poczucia odpowiedzialności za bezbronne zwierzaki – zaznacza. Domy tymczasowe prowadzą głównie panie, choć ich mężowie czy partnerzy często im w tym pomagają. Wśród ekipy są: lekarz weterynarii, psychiatra, dentystka, konserwatorka zabytków, anglistka, tłumaczka japońskiego i przedstawicielka firmy farmaceutycznej. – Wiem, że to nie jedyne domy tymczasowe w Kielcach, bo prowadzą je też inne stowarzyszenia. To dobrze, że jest nas tak dużo – cieszy się Studzińska.

Te domy nazywane są także punktami parasolowymi. – Lepiej jest trzymać te zwierzaki w kilkunastu, kilkudziesięciu rozłożonych terytorialnie punktach, niż w jednej gromadzie. To zmniejsza prawdopodobieństwo epidemii chorób wirusowych. Poza tym dużo łatwiej jest poznać potrzeby kilku zwierzaków, które przebywają z nami stale w jednej przestrzeni, niż kilkudziesięciu, kilkuset mieszkających na przykład w schronisku. Widzimy, gdy coś się ze zwierzakiem dzieje, poznajemy jego charakter i łatwiej nam znaleźć mu nowego opiekuna – opowiada prezes TOZ.

Nie tylko kanapa

Właściciele domów tymczasowych dbają także o zwierzaki, które w mieszkaniach nie czują się najlepiej. Dotyczy to najczęściej kotów. Przyzwyczajone do swobody, dostają ciepły kąt, np. w piwnicy, zawsze pełną miskę i kuwetę. Opiekun sprawdza, czy wszystko z nimi w porządku, jeśli potrzeba, zawozi do weterynarza, ale nie zmusza do przyjaźni, pozwala im na samodzielne wyprawy i spacery. Co ważne, wszystkie zwierzaki są sterylizowane, by tych – jak to się fachowo nazywa  – wolnobytujących – w sposób niekontrolowany nie przybywało. 

Wiele z tych domowych, choć przygarniętych na chwilę, zostaje na zawsze. Najczęściej te, które kradną serce początkującym opiekunom tymczasowym. U pani Eli Pietszczyk od 13 lat jest Zszywka. – Trafiła do mnie jako mały kot z wielkim brzuchem. Miała ogromną przepuklinę. Była podziurawiona, nie miała mięśni między skórą a wnętrznościami. Okazało się, że to wada genetyczna. Lekarz wszył jej siatkę chirurgiczną i świetnie sobie radzi. Teraz jest postrachem podwórka. Został jej już tylko jeden kieł, bo lubi awantury. Ona ma charakterek. Bez naszej pomocy już by jej dawno nie było – opowiada.

Z czasem u opiekunów zwycięża rozsądek. Nie chodzi bowiem o to, by zgromadzić jak najwięcej zwierząt i nie poradzić sobie z opieką nad nimi. Trzeba je przygotować i przekazać nowemu właścicielowi. Rocznie kielecki oddział TOZ oddaje do adopcji około 250 zwierząt.

Każdy futrzak zostaje wyleczony, odrobaczony, odpchlony i zaszczepiony. Nowy właściciel dostanie wskazówki dotyczące opieki i zwyczajów zwierzęcia, a dodatkowo w umowie musi się zobowiązać np. do sterylizacji. – To najlepsza metoda kontroli populacji bezdomnych zwierząt. Teraz już nie widuje się gromad dzikich kotów. Jest ich znacznie mniej. Z drugiej strony zmieniły się warunki życia w mieście. Podwórka pięknieją, dbamy o czystość, nie ma już zakamarków, w których mogłyby się ukryć – wyjaśnia Studzińska.

Kocio-psi zakątek na KSM-ie

U Ani Studzińskiej mieszka pięć kotów. Trikolorka o imieniu Kropka, Biełka – biała z burym ogonem, czarna Kitka, Burasek, Łatka, i Mruczysław Ogonek z trochę zdeformowanym ogonem. Dwa z nich czekają na nowych właścicieli. Kocią ekipę dyscyplinuje – głównie ze względu na wzrost i wagę – sznaucer Bies, który z kotami dogaduje się wręcz koncertowo, za to nie przepada za… listonoszem. Studzińska wzięła go ze schroniska. – Dobrze, że takie miejsca są, a gmina ma obowiązek rozwiązać problem bezdomnych zwierząt. Szkoda tylko, że czasami urzędnicy nie kontrolują, co się w tych miejscach dzieje. A to pole do nadużyć. Właściciel takiego przybytku może bardziej dbać o zysk niż o swoich podopiecznych. Zdarzało nam się zabierać ze schronisk chore zwierzęta – opowiada.

Wśród kotów, którymi opiekuje się Studzińska są „zadziory”, ale też miłe i przytulaśne, które uwielbiają się szczotkować i mruczeć. Są takie, które chcą wychodzić na zewnątrz i takie, które nigdy nosa na dwór nie wystawiają. Każdy ma swój charakter, upodobania, zwyczaje. – Rodziny adopcyjne dopasowujemy do tego, co o zwierzakach wiemy. Do bloku lepiej dać przytulankę, a zadziora – np. do domku z ogródkiem – wyjaśnia zasady Studzińska

Psiarnia pełna miłości

Joanna Choroszyńska na nasze spotkanie przyszła z szóstką psów prowadzonych na smyczy – po prostu umówiłyśmy się na spacer. Ale to nie wszyscy lokatorzy jej tymczasowego domu. – Są tam jeszcze trzy moje psy i kot. Od kilku dni jest też sunia zabrana z podkieleckiej wsi i jej maluchy. Pani, gdy psinka się oszczeniła, zamknęła przed nią i jej małymi stodołę, by nie mogła się ogrzać. Nadal jej też nie dokarmiała. Suka była nieprawdopodobnie chuda. Na dodatek pani opowiadała, że to już nie pierwsze szczeniaki suczki. Wcześniej jej w zimie… zamarzały. A przecież jest darmowa sterylizacja i taka psinka byłaby za nią wdzięczna – mówi Joanna ze łzami w oczach.

Gdy wychodzi na spacer ze swoją ferajną, nie wszyscy są zachwyceni, wielu osobom to przeszkadza. – Mówią, że niszczę teren, że psy brudzą, że tu już nic nie urośnie. Biorą mnie za osobę niespełna rozumu, taką psią wariatkę –  opowiada. Trafiają do niej psy najtrudniejsze, które próbuje otwierać i uczyć na nowo zaufania do ludzi, a że pracuje w domu – jest tłumaczką języka japońskiego – to może sobie na to pozwolić. Psiaki mają często złe doświadczenia: były bite, kopane, głodzone, straszone, czasami ranne, i potrzebują wiele uwagi i dobrego serca. Nie wszystkie są w pełni sił. Nieleczone złamania, obcięta przez kosiarkę łapka czy ogon, rany na szyi po drucie, pogryzienia… Wymieniać można długo. Te najbardziej dzikie zwykle siedzą obok Joanny, gdy pracuje przy biurku, a ona co chwilę zwraca na nie uwagę, ciepło do nich mówi, głaszcze. – Gdyby siedziały w kojcu, nie byłoby to możliwe – opowiada psia opiekunka. – By psy naprawdę do człowieka przekonać, trzeba się z nim podzielić metrażem, przebywać we wspólnej przestrzeni. Niektóre ośmielają się szybko, inne potrzebują więcej uwagi. Muszą nauczyć się utrzymywania czystości czy chodzenia na smyczy. Joanna opowiada o nich jak o dzieciach. – Karmel na początku tylko się trząsł, a plecy miał łyse, bo stale się drapał z powodu pcheł. Teraz ciągle jest głodny. Widocznie nie jadł za często – wyjaśnia i pokazuje mi jego starte na zbyt twardym pożywieniu zęby. Wymyśliła nawet swój sposób, jak psy wyprowadzać na spacer, bo spłoszony, przerażony pies potrafi wyplątać się z każdej obroży.

Joanna buduje budę

Opieka nad psami jest jej pasją. Odkąd pamięta, marzyła o tym, by mieć ich co najmniej dziesięć, a teraz tęskni za nimi nawet, jak wychodzi tylko na godzinę. Przyglądała się swojej sąsiadce, która ratuje psy i koty od wielu lat. Zgłosiła się i zaopiekowała najpierw pierwszym, potem drugim i kolejnymi dzikusami. Po kolei znajdowała im domy. – A potem nagle kilka psów na raz potrzebowało schronienia. Przyjęłam je wszystkie i tak już zostało – opowiada. Ci nowi lokatorzy na początku nie do końca podpasowali mężowi Joanny. Jest jedynakiem, chowanym w sterylnych warunkach, a psy brudzą. Pokochał najpierw pierwszego psiaka, a potem następne. Teraz zgodził się zbudować dla nich dom. – Sama go zaprojektowałam, by zwierzakom było w nim wygodnie. To nie chodzi o wnętrza i luksusy. Raczej o… dużą budę. Będą miały własną łazienkę, salon, dużo kanap. Gdy tylko zamkniemy stan surowy i będzie ogrzewanie będą mogły się tam przeprowadzić. Czekam z niecierpliwością. Niektórzy sąsiedzi także – wyjaśnia. Bo psiarnia w bloku nie wszystkim się podoba.

Pies to nie ogórek

Mimo że od wielu lat ratuje psy, nie potrafi się uodpornić. Ciągle tak samo przeżywa smutne historie kolejnych zwierzaków. ­– Ludzie są chyba dumni z tego, że topią szczeniaki, że nie dają im jeść. Zwierzę ma taki sam układ nerwowy jak człowiek. Przecież to nie ogórek – oburza się. Swoich podopiecznych znajduje na wsiach, wydostaje z niezbyt profesjonalnych schronisk, łapie przy jezdniach. Wciąż pamięta pierwszego szczeniaczka, któremu… nie pomogła. Biegał przy drodze z czerwoną obróżką, więc myślała, że opiekun jest blisko. Następnego dnia zobaczyła, że psinkę przejechał samochód. Teraz łapie i stara się ochronić wszystkie. Ma już doświadczenie. – Gdy pies komuś ucieka, pojawiają się ogłoszenia, opiekunowie ich szukają. Gdy widzę takiego, który ma bardzo dużo pcheł, błąka się przy ulicy i nie ucieka przed człowiekiem, to już wiem, że trzeba mu pomóc, bo albo go ktoś zostawił albo do tej pory radził sobie sam – wyjaśnia.

Jest szczęśliwa, gdy pies trafia do nowego właściciela, a ten potem dzwoni i opowiada, jak nowy członek rodziny się czuje i zachowuje. Czasami to „mrożące krew w żyłach” opowieści o zniszczonych kanapach, butach, bałaganie w szafie czy przegryzionych kablach. Ale też o wspólnych wyprawach i przygodach. Uwielbia oglądać zdjęcia swoich podopiecznych, którzy z wystraszonych, brudnych, skulonych futrzaków, wyrastają na pewne siebie, kochane i przywiązane do właściciela psy. Te przygarnięte, najczęściej kundle, kochają mocniej od wychuchanych rasowców z rodowodem.

W oczekiwaniu na szczęście

Niektóre pieski długo czekają na swój dom, nie każdy decyduje się na kalekiego czy wymagającego specjalnej opieki. Pani Joanna już się martwi o beznogą Kózkę, niepokoi ją też niezwykle przyjacielska Ira, która odstrasza potencjalnych właścicieli swoim podobieństwem do amstafa. Bo jej zdaniem, każdy pies zasługuje na prawdziwy dom i odrobinę luksusu. Przypomina sobie jednego, który po trzech latach spędzonych w lesie, przyszedł do jej domu i od razu wskoczył na kanapę. Na dodatek potem wcale nie chciał jej opuszczać. Pewnie dlatego pani Joanna ma jeszcze jedną wyjątkową umiejętność: byłaby doskonałym marketingowcem. Gdy przyznałam się, że myślę o zaopiekowaniu się psem, nie zasypiała gruszek w popiele. Po naszym wspólnym spacerze do domu pani Joanny wrócił jeden pies mniej. Teraz Grosik mieszka z moją rodziną.

Sarenka na Sienkiewce

Najbardziej zadziwia kolejny dom tymczasowy. Ze względu na standard opieki nad zwierzakami można mu dać pięć gwiazdek, dlatego trafiają tam wyjątkowi lokatorzy. To dom prowadzony przez panią Karolinę Siedlecką-Kowalczewską, lekarkę weterynarii. Było o niej głośno, gdy wiosną tego roku zaopiekowała się tak piękną jak rzadką żołną. W tej chwili w kamienicy w centrum miasta pod jednym dachem mniej lub bardziej zgodnie mieszkają: dzikie ptaki – dwa wróble, zięba, cztery jaskółki, sikorka, pleszka, kura; egzotyczne – sześć papug, szesnaście zeberek, dwie amadyny wspaniałe, dwa kanarki, dwa czyżyki hodowlane, dwa mewki japońskie; do tego – myszy, nietoperze, pająki, wąż, żółwie, legwan zielony i sześć kotów. Jest także kurczak Karo, dla którego pani Karolina została adopcyjną… kwoką.

W ubiegłym roku w tym niezwykłym kurorcie przy ul. Sienkiewicza gościła też sarenka. – Layla, bo akurat słuchałam piosenki Erica Claptona, gdy po nią jechałam, trafiła do mnie spod Piekoszowa. Straż łowiecka zadzwoniła, gdy kłusownik zabił jej matkę. Layla miała wtedy 10-14 dni, więc bez pomocy człowieka nie miała szans. Najpierw karmiłam ją mlekiem, ale szybko rosła. Zaczęła mi kwiatki obgryzać. Była przesłodka, prześliczna, przecudo, ale… tak to mi jeszcze nikt domu nie zasikał … Najbardziej lubiła moje łóżko – opowiada pani Karolina.

Layla mieszka dziś w minizoo w Lisowie. Pozostali lokatorzy także dostarczają pani Karolinie wielu wrażeń. Kurczak Karo, gdy trafił do domu miał jeden dzień. – Proszę sobie wyobrazić, że już następnego ten mały pompon zaczął się stawiać mojej sikorce bogatce o imieniu Morales. A on tu rządzi i na dodatek jest mocno pamiętliwy. Bardzo mu się to nie spodobało i teraz się wyżywa na kurczaku, atakuje go, dziobie po plecach. A ten w odwecie straszy kanarki. Zresztą Morales już nie raz i nam dał się we znaki. Kiedyś dziobał nas po oczach tak, że groziło nam w domu siedzenie w goglach – opowiada ze śmiechem pani Karolina.

Kurczak towarzyszy naszej rozmowie. Jest przyjazny, kontaktowy i wcale się nie boi. Kombinuje, jak dobrać się do moich okularów czy dziubnąć telefon. Zachowuje się trochę jak kot czy pies. Pani Karolina tłumaczy, że to mądre zwierzęta, które szybko się uczą, a na dodatek są zabawne. Mocno przywiązują się do swojego opiekuna, a przez to ufają wszystkim ludziom. Przy rozmowie był też ktoś jeszcze, choć mocno zaspany. Nietoperz Faruk uciął sobie drzemkę pod pachą pani weterynarz.

Ptasio-gadzi raj

W domu pani Karoliny nie wszystkie zwierzęta przeznaczone są do adopcji. Tutaj obowiązują trochę inne zasady, bo dzikie zwierzaki, gdy odzyskają siły, wrócą do formy lub nauczą się latać – mogą i powinny odzyskać wolność. – Ważne, by urazy nie obniżały komfortu ich życia, bo inaczej nie zdobędą pożywienia – tłumaczy. Te, które miały połamane skrzydła zostaną. Tak będzie z jaskółkami, bo obie nie latają i z nietoperzami.

Pani Karolina zajmuje się także egzotycznymi gadami. Pod opieką ma węża znalezionego niedaleko Starachowic, ale ma już dla niego nowy dom. Z rozrzewnieniem wspomina… warana stepowego. –Maciek już nie żyje. Był najpierw moim pacjentem, ale jego opiekun nie dbał o niego. Gdy do mnie trafił miał hiperwitaminozę A, metaboliczną chorobę kości, atonię jelit i zgnilec pyska, czyli zapalenie jamy ustnej. Jego stan się pogarszał. Jak powiedziałam, że leczenie będzie długotrwałe i wymagające dużej uwagi, opiekun zrzekł się go. Wyprowadziłam go z tych chorób, ale pojawiły się następne. Miał dnę moczanową, znowu się udało, a potem przypętała się sepsa. Był u mnie 5 lat. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Gdy już trochę do siebie doszedł, bo na początku to tylko leżał i się nie ruszał, to okazało się, że miłość jest wzajemna. Gdy umarł mój ukochany wróbel, było mi smutno, źle się czułam. Siadłam na kanapie przygnębiona, a Maciek, mimo, że nie był wtedy w szczytowej formie, wspiął się do mnie i się przytulił. I potem za każdym razem, gdy miałam gorszy humor, przychodził się przytulać – opowiada pani Karolina.

Pręgowane i skrzydlate

Karolina Siedlecka-Kowalczewska specjalizuje się w leczeniu zwierząt nieudomowionych, więc to do niej trafiają wszystkie zwierzaki z lasów, pól, łąk i gniazd. – Schronisko im nie pomaga, a miasto – mimo licznych rozmów – nie chce prowadzić ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt. Nie ma miejsca na przykład dla nietoperzy. A Ptasi Azyl nie jest w stanie przyjąć wszystkich ptaków. Utarło się, że dzikie zwierzaki trafiają do mnie, mam też kilku znajomych, którzy ratują gołębie – wyjaśnia pani Karolina.

Jej lokatorzy to m.in. nietoperz, który był pogryziony przez koty. Dużo ptaków, które wypadły z gniazd, zwłaszcza wiosną. Jaskółkę znaleziono ze złamanym skrzydłem przy drodze, druga nie miała skrzydeł w lotce i ogonie i mieszkała w stajni. Sikorce kot zjadł całą rodzinę. Miała wiewiórki, których mamę zabił samochód. Były malutkie, więc musiała karmić je mlekiem z butelki. Były ranne jeże, potrącone przez samochód lub pogryzione przez psy.

W domu jest głośno, fruwa pierze i sierść, a ptaki rozsypują ziarno. – Rodzinę przyzwyczajałam stopniowo. Mąż też musiał to zaakceptować. Kocham ptaki, odpoczywam przy nich i nie wyobrażam sobie, bym kiedykolwiek przestała to robić – mówi pewnie pani Karolina.

A wszystko przez ludzi

Panie napatrzyły się na krzywdę zwierzaków, za którą odpowiadają ludzie. Joanna Choroszyńska mówi o znieczulicy, okrucieństwie i traktowaniu psa jak rzeczy. Anna Studzińska o ludzkim wygodnictwie, na przykład porzucaniu zwierząt podczas wakacji, oddawaniu z powodu rzekomych uczuleń lub zapominaniu o nich przy… przeprowadzce. Karolina Siedlecka-Kowalczewska o tym, że to ludzie zdominowali terytorium należące wcześniej do zwierząt.

Wszystkie robią, co mogą, by ratować sytuację. Poświęcają swój czas, energię, dają serce. Działają pod szyldem TOZ. Fundusze zdobywają dzięki odpisom podatkowym (TOZ ma status organizacji pożytku publicznego). Organizują akcje zbierania karmy w szkołach, współpracują z firmami i osobami prywatnymi. Ich darczyńcą jest m.in. duża sieć sklepów zoologicznych. – Nie jest prosto, bo często ludzie wspierają, ale np. tylko schronisko. Ze zrozumiałych względów. Jest bardziej widoczne, wiadomo, jak ich sprawdzić. Nasze „partyzanckie” domy nie maja przecież tabliczek. Często nawet sąsiedzi nie wiedzą, czym się dodatkowo zajmujemy. Żeby nam pomóc, ludzie muszą nam najpierw zaufać, oprzeć się na tym, co piszemy na stronie, profilu na Facebooku. Dajemy radę i tylko to się liczy, choć każda dodatkowa pomoc się przyda – apeluje Studzińska.

***

Chcesz adoptować psa lub kota? Zebrałeś karmę dla bezdomnych zwierząt? Widzisz gdzieś błąkającego się psiaka czy kocięta bez opieki mamy? Zadzwoń pod numer 515 500 953, 515 499 852. Telefon interwencyjny TOZ działa przez cały tydzień w godz. 10-18. Zajrzyj też na stronę www.kielce.toz.pl lub profil Towarzystwa na Facebooku.

Możesz także wesprzeć TOZ finansowo. Numer konta: 50 1240 1372 1111 0010 7860 0486.

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close