Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Ostatnia premiera minionego sezonu w Teatrze im. Stefana Żeromskiego to spektakl dyplomowy studentów krakowskiej PWST. Reżyser, notabene dyrektor kieleckiej sceny, Michał Kotański sięgnął po sprawdzony i dość znany tekst Ödöna von Horvátha „Opowieści lasku wiedeńskiego”. Zrobił z niego ciekawą i nad wyraz aktualną adaptację.

Śmiało można stwierdzić, że przedstawienie dyplomowe to osobny gatunek sceniczny. Ma za zadanie pokazać, że student przez lata nauki nabył odpowiednie kwalifikacje do wykonywania zawodu. Ba, ma wyłonić prawdziwe talenty, które w tym zawodzie będą pracować. To często od sukcesu bądź porażki takiego spektaklu zależy los młodego delikwenta, który wymarzył sobie kiedyś karierę aktora. Zadanie jest więc niebywale trudne i dla grającego, i dla samego reżysera. Wybór tekstu Horvátha okazał się strzałem w dziesiątkę. Umożliwił aktorom zaprezentowanie swoich umiejętności, reżyserowi stworzenie własnej, co więcej udanej, interpretacji.

„Opowieści lasku wiedeńskiego” powstały w 1931 roku i są małym studium stanu umysłu wiedeńczyków po utracie wpływów imperialnych po I wojnie światowej i w przededniu faszystowskiej plagi. Moralność, etyka, współczucie zostają zastąpione pustymi doktrynami. Zaciera się granica między dobrem a złem. Bardzo łatwo znaleźć pretekst i usprawiedliwienie dla haniebnych czynów. Coraz trudniej demaskuje się nietolerancję dla odmienności. Co gorsza, staje się ona czymś oczywistym (przykład: potępienie za nieślubne dziecko).

W tak niesprzyjającej szczęściu atmosferze poznajemy główną bohaterkę Mariannę (świetna, nieprzerysowana, oszczędna kreacja Kamili Banasiak). Młodą dziewczynę, wychowywaną samotnie przez ojca. Powoli zaznajamiamy się z jej codziennością, polegającą na posłusznym wykonywaniu poleceń rodzica i zmuszaniu się do czułości z przyszłym, a jakże, wybranym przez tatusia mężem. Im dalej w wiedeński las, tym więcej tego typu postaci: kobiet w pełni zależnych od pozycji, wpływów, zachowania i humorów mężczyzn. Chyba skądś to znamy, prawda? Temat po tylu latach nadal, niestety, aktualny.

Prosta scenografia Barbary Hanickiej, na którą składa się karuzela podzielona na mansjony, świetnie oddaje atmosferę spektaklu. Kręcąc się, zabiera widzów do różnych miejsc, w których toczy się akcja dramatu. Symbolizuje historię, lubiącą się powtarzać z uporem maniaka. Może być też interpretowana jako indyjskie koło samsary: źródło wiecznego cierpienia, przed którym nie wyzwoli nas nawet śmierć. Do pełni smutku i zwątpienia potrzebna jest odpowiednia muzyka. I tutaj nie zawiódł Lubomir Grzelak. Korzysta oczywiście z walca Straussa, ale łączy go z dźwiękami mniej przyjaznymi dla ucha, budzącymi niepokój, a nawet i rozdrażnienie (elektroniczny bas).

Mimo mało radosnej tematyki, na którą wielu widzów Żeromskiego liczyło, spektakl polecam. Skłania do refleksji i zmusza do zatrzymania się i krytycznego spojrzenia na rzeczywistość.

Tekst: Aneta Zychma, Zdjęcia: Krzysztof Bieliński

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close