Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Jeśli stoisz, to przykucnij albo najlepiej połóż się na łące. Zamknij na chwilę oczy, chłoń wszystkie zapachy, a potem otwórz je szeroko i szukaj darów natury.

Kiedyś już tu byłam i tak jak teraz wędrowałam pod górę na szczyt Huty Szklanej, co chwilę odwracając się za siebie i kradnąc łapczywie wyłaniające się widoki. Kiedyś już siedziałam na tym tarasie i zajadałam się twarożkiem z pokrzywą, mleczem i krwawnikiem. Teraz znów tu jestem i słucham opowieści o niezwykłym życiu, którego rytm wyznacza natura.

Jak okiem sięgnąć – wszędzie zioła

– To już tuzin lat, jak tu mieszkamy – uśmiecha się Teresa Tomaszewska, zielarka, propagatorka medycyny naturalnej, która w Hucie Szklanej nieopodal Świętego Krzyża prowadzi „Oazę Zdrowia”. Siedzimy na tarasie, na niebie pojawiają się czerwone smugi, które nieśmiało zahaczając o łagodne górskie wzniesienia, dają sygnał, że dzień powoli dobiega końca. Gospodyni przesuwa na środek stołu wiklinowy kosz wypełniony po brzegi świeżo zerwanymi ziołami.

– To macierzanka – ziele świętej Hildegardy z Bingen – tłumaczy gospodyni, która jest wielką orędowniczką tej benedyktyńskiej mniszki i uzdrowicielki, jednej z najwybitniejszych kobiet, którą pięć lat temu ogłoszono Doktorem Kościoła. Jak nikt inny potrafiła ona obserwować otaczający ją świat, postrzegając człowieka jako jedność ciała i duszy, a zdrowie jako dar Boga. Wielka mistyczka poszukiwała harmonii zarówno w życiu człowieka, którego rytm wyznaczają praca i odpoczynek, jak i w żywiołach świata, z których należy rozsądnie korzystać. Św. Hildegarda zostawiła potomnym traktat o leczniczym i szkodliwym działaniu roślin, który dla Teresy Tomaszewskiej jest nie tylko źródłem wiedzy, ale i nieustającym natchnieniem.

– Benedyktyńska mistyczka mówiła, że naturalny sposób to taki, który odpowiada naturze człowieka – tłumaczy. Idąc za tą wskazówką zielarka dwanaście lat temu porzuciła kieleckie osiedle, gdzie mieszkała wraz z rodziną, zrezygnowała też z pracy w firmie farmaceutycznej. Oboje z mężem pochodzą ze wsi, więc gdzieś w głębi duszy tkwiła w nich tęsknota za naturą.

– Chcieliśmy zmienić styl życia, ale kluczowa była dla nas decyzja, gdzie zakotwiczymy – wspomina zielarka. – W pewnym momencie stało się dla nas jasne, że tym miejscem musi być okolica Świętego Krzyża, bowiem już od dłuższego czasu oddychaliśmy intensywnie klimatem tego miejsca. Znajomi odradzali nam przeprowadzkę, dziwili się, że mając małe dzieci, rezygnujemy z wygodnego życia w mieście. Byliśmy trochę jak szaleńcy, którzy nie zważając na przeciwności, uporczywie prą do przodu.

Kupili – jak mówi – bezdomną ziemię. Wprawdzie jej poprzedni właściciel początkowo odmówił im sprzedaży, ale oni wrócili tu po raz drugi… I wówczas ich marzenie o kawałku własnego świata u stóp Świętego Krzyża spełniło się. Nie było łatwo zbudować dom na wzniesieniu, ale te trudy zrekompensowały im nieziemskie widoki na mieniące się różnymi odcieniami zieleni górskie garby, niczym nieskażone środowisko, bogactwo ptaków i roślin. I wszędzie, jak okiem sięgnąć, pełno ziół.

W „Oazie Zdrowia”

Teresa Tomaszewska była nastolatką, gdy zainteresowała się ziołolecznictwem. Tuż przed maturą otrzymała w prezencie opasły tom „Medycyny naturalnej”. W jej domu pełno było ziół, z podziwem patrzyła na babcię, która wiedziała, jak wykorzystać leczniczą moc roślin, a rodzina celebrowała picie popołudniowych herbatek ze świeżych ziół. Dodawało się je do kąpieli i sporządzało z nich maści… Gdy skończyła studia, rozpoczęła pracę w firmie farmaceutycznej w dziale leków roślinnych. To doświadczenie było dla niej niezwykle cenne – wyjeżdżała na szkolenia do Włoch i Szwajcarii, zgłębiała tajemnice fitoterapii, czyli dziedziny medycyny wywodzącej się z ziołolecznictwa i wykorzystującej produkty pochodzenia naturalnego, które zostały przebadane naukowo do celów leczniczych. Ale był jeszcze jeden, niezwykle istotny powód, dla którego tak uparcie i wnikliwie zgłębiała wiedzę o roślinach.

– Sama ciężko zachorowałam na reumatoidalne zapalenie stawów. Tuż po urodzeniu syna, w wieku 28 lat usłyszałam od lekarzy, że nie nadaję się ani na rentę, ani do pracy. To brzmiało jak wyrok, pomyślałam sobie, że to nie przelewki i muszę na poważnie zająć się swoim zdrowiem – pani Teresa zawiesza na chwilę głos i wlewa do szklanek pyszny podpiwek. Idealnie uwarzony, z delikatną pianką, cudownie chłodzi w letnie popołudnie.

Gdy na własnej skórze przekonała się, jak niezwykłe efekty może przynieść stosowanie ziół, pomyślała, że swoją pasją i wiedzą o ich zbawiennej mocy, chciałaby się dzielić z ludźmi. I tak powstała „Oaza Zdrowia” – wyjątkowe miejsce i niepowtarzalna marka. To z jednej strony dom gościnny, do którego każdy może przyjechać i spędzić czas, korzystając z diety zgodnej z zaleceniami św. Hildegardy i zanurzyć się w świecie, którego rytm wyznacza natura. Z drugiej zaś – to zielarnia, czyli sklepik z ekoproduktami, u stóp klasztoru na Świętym Krzyżu, w którym każdego dnia można spotkać panią Teresę, poradzić się i kupić to, co ofiarowuje nam natura.

– Uruchomienie zielarni i możliwość kontaktu z pacjentem, były dla mnie przełomowym momentem – przyznaje Teresa Tomaszewska. – Moją ambicją było to, aby nie tylko sprzedawać naturalne produkty, ale i wsłuchiwać się w problemy zdrowotne ludzi, wspierać ich fachową poradą. Pracuję z pacjentami cierpiącymi na choroby przewlekłe i autoimmunologiczne – m.in. stawów, skóry, śluzówki czy tarczycy i wiem, że do głównych przyczyn tych schorzeń należą m.in.: przewlekły stres, zakwaszenie organizmu i nieprawidłowa praca jelit, a w efekcie – często autoagresja, czyli niewyjaśnione dotąd zaburzenie immunologiczne, skutkujące „atakiem” organizmu na własne tkanki. Moją misją jest, by tak dobierać zioła dla moich pacjentów, aby zminimalizować obciążenie chorobą i poprawić jakość życia. Na własnym przykładzie przekonałam się, że jest to możliwe.

Zielarka nie przypuszczała pewnie, że tak szybko zyska grono stałych klientów, którzy wracają do niej z całej Polski, ba – nawet z zagranicy. Ot, jak choćby małżeństwo ze Stanów Zjednoczonych, które każdego roku, przy okazji pobytu w Polsce, koniecznie musi zawitać do pani Teresy i uzupełnić zapasy ziół i soków. – Jedyny dylemat, który mają, to jak szczęśliwie przetransportować cały ten arsenał – śmieje się zielarka. Te powroty sprawiają, że między nią a klientami tworzą się niezwykłe więzi, a jednocześnie pojawiają się wciąż nowe wyzwania, bo każdy człowiek to osobna historia i inny problem zdrowotny. Dlatego Teresa Tomaszewska nieustannie wzbogaca swoją wiedzę z zakresu fitoterapii, dużo czyta, bierze udział w szkoleniach i jak przyznaje – im głębiej wchodzi w tematykę ziołolecznictwa, tym więcej pojawia się pytań.

Chwast dodaj do sałatki

– Wiosna była cudowna, na wyciągnięcie ręki krwawnik, mniszek, pokrzywa. I jeszcze gwiazdnica, uważana za uporczywy chwast: rośnie, gdzie chce, na przekór wszystkiemu i ma wspaniałe właściwości – Teresa Tomaszewska patrzy wymownie przed siebie. A wokół, jak okiem sięgnąć, wszędzie dary natury. Zielarka zawsze powtarza: – Nie tęp chwastów, lecz dodaj je do sałatki. Dzieciaki, które biorą udział w organizowanych przez nią warsztatach, same z pasją przygotowują np. deser twarożkowy ze stokrotką. Jak smakuje? Subtelnie słodkawo i aromatycznie.

Ile gatunków ziół rośnie wokół domu Teresy Tomaszewskiej? Liczyła kiedyś, zbierając na tradycyjne wianki – wyszło ponad 150, tylko tych, które rozpoznaje. Liczba ta świadczy o bogactwie przyrodniczym naszego regionu, z którego zielarka korzysta pełnymi garściami.

– Jeśli stoisz, to przykucnij albo najlepiej połóż się na trawie – zachęca pani Teresa i prowadzi mnie na pobliską łąkę, gdzie zrywa sprężyste, zielone listki i każe mi rozcierać je palcami. Przymykam oczy, próbując nazwać znajomy zapach. Tymianek, może podbiał, a może szałwia?

– Niektóre gatunki roślin rozsiewają się naturalnie, inne przywożę, próbując zadomowić je w moim ogrodzie – mówi Teresa Tomaszewska. – Nie miałam na przykład pokrzywy, ale przyjęła się. Z Bielin przywiozłam glistnik, wciąż nie mam u siebie komosy, która wykazuje niezwykłe właściwości zdrowotne i odżywcze.

Z tych wszystkich darów natury, obok których wielu z nas przechodzi obojętnie, zielarka przygotowuje mieszanki, wyciągi, maści, balsamy i kosmetyki. Potrafią one zdziałać cuda w walce z pasożytami, alergiami, łuszczycą, grzybicami czy przypadłościami reumatoidalnymi. Ale, jak przestrzega zielarka, fitoterapia wymaga cierpliwości i systematyczności. Tu nic nie wydarzy się natychmiast. I to jest wyzwanie dla nas wszystkich, którzy żyjemy w pędzie, i słowa – natychmiast, błyskawicznie, bezzwłocznie – powtarzamy jak mantrę. A tak się nie da. Naprawdę można inaczej, ale by się o tym przekonać, trzeba jechać do Huty Szklanej i wspiąć się na wzgórze, a potem przekroczyć próg „Oazy Zdrowia”.

Pomedytować ze św. Hildegardą

Na tarasie robi się coraz chłodniej. Surowe powietrze przypomina, że jesteśmy w górach. Z wnętrza domu dochodzą dźwięki pianina. To córka pani Teresy, świeżo upieczona licealistka Agatka ćwiczy frazy. Myślę sobie, że taka chwila jak ta warta jest zatrzymania. Choćby tylko w pamięci.

Kiedyś znów tu wrócę, może późną jesienią zanurzę się w medytacje św. Hildegardy, która przed wiekami uczyła, jak żyć w zgodzie z sobą i naturą. Czy dziś jest to możliwe? Historia Teresy Tomaszewskiej niezbicie dowodzi, że tak.

***

Syrop z podbiału: umyte, pokrojone kwiaty lub liście układamy warstwami w słoiku, przesypujemy cukrem albo zalewamy miodem. Ugniatamy lekko i odstawiamy słoik w ciepłe miejsce. Po tygodniu zlewamy. Do bieżącego użycia można przechowywać go w ciemnym, szklanym naczyniu w lodówce przez ok. dwa tygodnie. Dla utrwalenia – można go zapasteryzować. Stosujemy trzy razy dziennie, po łyżce. Ta roślina znana jest od wieków i opisywana także przez św. Hildegardę z Bingen, jako środek w „chorobach piersiowych”. Kwiaty – można dodawać (kilka sztuk) do wiosennych sałatek: dekorują i smakują (choć mają w sobie trochę goryczy). Młode listki warto zbierać, a po pokrojeniu – mieszać z twarożkiem, posypywać kanapki i sałatki.

Syrop z pączków sosnowych: 6 kg młodych pączków sosny (koniecznie z brązowymi łuskami) przesypujemy w słoju warstwami cukru (4 kg) tak, aby cukier znalazł się na wierzchu. Pozostawiamy na 12 dni w miejscu ciepłym i słonecznym. Co dwa dni mieszamy. Po tym czasie zlewamy syrop i możemy wykonać dwie jego wersje: dla dzieci (który pasteryzujemy w buteleczkach lub słoiczkach przez 15-20 minut.) lub dla dorosłych (mieszamy syrop ze spirytusem w proporcji 3:1 i zakręcamy). Syrop sosnowy to ludowy, tradycyjny specyfik przeciw przeziębieniom, łagodzący kaszel i chrypkę.

Tekst: Agata Niebudek-Śmiech, Zdjęcia: Mateusz Wolski

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close