Zabezpieczenie antyspamowe *


Zabezpieczenie antyspamowe *


Miasto kontrastów, w którym adres zamieszkania jest zbieżny z wyznawanymi poglądami, a dzielnice katolickie i protestanckie dzielą mury, tzw. ściany pokoju. Tu dzieciaki często z nudów rzucają w policję koktajlami Mołotowa. I właśnie tu Aleksandra Łojek znalazła swój drugi po Kielcach dom.

Monika Rosmanowska: Jak trafiła pani do Belfastu, jednego z najbardziej podzielonych miast świata?
Aleksandra Łojek: To był zupełny przypadek. Oczywiście chciałam odwiedzić Belfast, fascynowała mnie historia Irlandii Północnej, historia The Troubles, czyli konfliktu, który rozgrywał się w latach 1968-1998 pomiędzy katolickimi Irlandczykami a protestanckimi Brytyjczykami. Jednak nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek tam zamieszkam. Do Londynu przyjechałam, by w ramach stypendium badać konwertytów na islam. Dostałam pracę w gazecie polonijnej i postanowiłam zostać. Finansowo było ciężko, trudno było związać koniec z końcem. I wtedy pojawiła się propozycja stałej pracy. Miałam zostać redaktor naczelną nowego magazynu dla Polaków ukazującego się w Carrickfergus pod Belfastem. Zdecydowałam się, ale szybko zaczęło się tam źle dziać i znów rozpaczliwie potrzebowałam pracy. Znalazłam ją w organizacji polonijnej w Belfaście, która właśnie uruchamiała projekt dla polskich imigrantów mający na celu wspieranie ofiar rasizmu. Był 2009 rok. Belfast był dla mnie miejscem zesłania.
MR: Czym się pani konkretnie zajmowała?
AŁ: Byłam kimś, kto wspiera ofiary rasizmu. Doradzałam, uczyłam jak zgłaszać przestępstwo policji, pomagałam w trudnych sprawach, m.in. kobietom, które doświadczyły przemocy domowej. Miałam i mam, bo dziś pracuję jako mediator, do czynienia z ogromnymi problemami emocjonalnymi. Dla kogoś, kto został wyrwany ze świata książek, badań naukowych i wykładów, to było wyzwanie.
MR: Czy tam poznała pani bohaterów swojej książki?
AŁ: Też, ale nie tylko. Wiele osób poznałam odwiedzając różne dziwne miejsca, m.in. to, w którym gromadziły się osoby mające za sobą próby samobójcze, czy dom kultury, gdzie odbywało się spotkanie przeznaczone tylko dla miejscowych na temat historii jednej z ulic. W Belfaście z racji wciąż tlącego się konfliktu – jak nigdzie indziej – adres ma ogromne znaczenie. Swoją obecnością wzbudziłam sensację.
MR: Co panią „pchało” w te wszystkie miejsca? Ciekawość Belfastu?
AŁ: Na pewno tak. W pewnym momencie okazało się, że to piękne miasto z ceglanymi budynkami, dobrymi restauracjami i luksusowymi sklepami ma też inną twarz. Zaczęłam spotykać ludzi, którzy opowiadali o swojej przeszłości, o bolesnych sytuacjach, o rzeczach, które się działy lub dzieją, a które nie mieszczą się w głowie.
MR: I to kazało pani uczestniczyć w niebezpiecznych wydarzeniach?
AŁ: Z moim partnerem, który jest fotografem, chcieliśmy być z ludźmi także w trudnych momentach. Słuchać i widzieć, co się dzieje. Dużo ważnych spraw rozgrywa się na pierwszej linii frontu, podczas zamieszek. Owszem, bywały sytuacje niebezpieczne, ale Belfast naprawdę niebezpieczny może być tylko dla tych, którzy się tu urodzili, nie dla cudzoziemców.
MR: Jak żyje się w miejscu, w którym wciąż tli się konflikt, gdzie spotyka pani ludzi „którzy nie mogą spać, bo na zakupach spotykają mordercę syna”?
AŁ: To specyficzne miejsce. Zawsze do zamieszkania wybieraliśmy trudniejsze dzielnice. Na jednym z ultrarepublikańskich osiedli nasz dom został obrzucony cegłami przez miejscowe dzieciaki. Nie zaakceptowali nas tam, ciągle były jakieś napięcia, groźby, że nam spalą dom. Ta dzielnica miała swojego opiekuna, który nie współpracował z policją, a ja byłam wówczas częścią projektu policyjnego. Część dzielnicy mi nie ufała. I choć mieliśmy tam kilku serdecznych sąsiadów, przestaliśmy się czuć bezpiecznie. Nasz synek miał wtedy kilka miesięcy, postanowiliśmy się więc przeprowadzić. Do dziś unikam tej dzielnicy.
MR: Czyli jednak Belfast nie jest wcale taki bezpieczny?
AŁ: Ważne, aby znać lokalne zwyczaje, które Polacy niestety czasami demonstracyjnie lekceważą. Głośne imprezy w protestanckiej dzielnicy nigdy nie będą mile widziane. Jednak jako Polacy nie jesteśmy stroną konfliktu. Nie mamy problemu z wyborem pubu – cudzoziemcy mogą wchodzić do wszystkich: republikańskich i protestanckich. Podobnie jest z taksówkami, nie ma znaczenia, na którą korporację – tę w której jeżdżą katoliccy, czy lojalistyczni kierowcy – się zdecydujemy. Oczywiście, jeśli ktoś wejdzie do protestanckiego pubu z koszulką IRA i po wypiciu kilku głębszych zacznie się awanturować, to może się zrobić niebezpiecznie. Dużym ryzykiem zawsze będzie też popełnienie przestępstwa. Nie tylko policja, ale i organizacje paramilitarne, które rządzą niektórymi dzielnicami, mogą wkroczyć i złożyć nam propozycję nie do odrzucenia, nakazując np. natychmiastowe opuszczenie Belfastu bez możliwości powrotu. Tu się wszyscy znają, każdy każdego obserwuje. Oczywiście wszyscy są wobec siebie grzeczni, ale też czujni. Długo uczyłam się lokalnych zwyczajów, a i dziś zdarza się, że coś potrafi mnie zaskoczyć.
MR: Na przykład podczas zbierania materiałów do książki? Rozmawiała pani z mordercami, osobami, które torturowały innych…
AŁ: To nie było łatwe. Podczas tych rozmów nigdy nie wchodziłam w rolę dziennikarza. Nie chciałam być tak utożsamiana, bo w Belfaście nie ufa się dziennikarzom. Nie chodziło mi więc o to, aby mieć świetny materiał. Chciałam wysłuchać i zrozumieć.
MR: Udało się?
AŁ: Nie zawsze. Jeśli nie rozumiałam motywów lub czynów, to mówiłam o tym. Czasami próbowałam wyczytać coś z zachowania tych osób, obserwowałam je wnikliwie. Nigdy jednak nie dociskałam. Niejedną historię mocno odchorowałam. Mierzyłam się z motywami, których nie potrafiłam zrozumieć, ze stereotypami, które starałam się przebudować. To była ogromna praca także nad sobą.
MR: Czy jest coś, co szczególnie mocno panią wstrząsnęło?
AŁ: Ostatnio usłyszałam o kobiecie, której trzej najważniejsi w życiu mężczyźni: syn, mąż i ojciec podczas The Troubels byli zamknięci w trzech różnych, rozsianych po całej Irlandii Północnej, więzieniach. Władza chciała w ten sposób udaremnić wszelkie próby kontaktu między nimi. To byli działacze organizacji paramilitarnej (nie ma znaczenia republikańskiej czy lojalistycznej), którzy samych siebie określali jako bojowników o wolność. Przez osiem lat co kilka dni ta kobieta ruszała w podróż po całej Irlandii, by móc ich odwiedzić. Co czuła, jakich wyborów musiała dokonywać na przykład podczas świąt, jak znosiła powroty do pustego mieszkania? Chciałabym coś z tą historią zrobić.
MR: Zostaje pani w Belfaście? Czy to miasto „o rozdwojonej jaźni” stało się pani miejscem do życia?
AŁ: Na razie tak. Mieszkam tu już tak długo, że Belfast stał się moim drugim domem. Dziwnym, ale jednak domem. Nie podjęliśmy jeszcze ostatecznej decyzji, gdzie będziemy żyć. Kusi nas Sycylia, miejsce także pokonfliktowe, przeżarte mafią, a jednocześnie niezwykle przyjazne uchodźcom. Niestety nie znam włoskiego…

Rozmawiała: Monika Rosmanowska, Fotografie: Mariusz Śmiejek (www.mariuszsmiejek.com)

Ta strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close